|
Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje
|
|
Czarnohora Jak zwykle w weekend majowy trzeba gdzieś pojechać. Wcześniej był Krym i Pribałtika, a teraz ponowny wypad w Czarnohorę. Miała być Mołdawia, ale koszt wizy+zaproszenia wynosił 100$, co zdecydowanie przekraczało mój zakładany budżet. Trzeba było zatem wymyślić coś innego, tańszego i ciekawego. W Czarnohorze byłem już 2 lata temu, ale tylko na Howerli. Tym razem chciałem całe pasmo zaatakować od zachodu i sporo po nim przejść. Chcieliśmy razem z Moniką wyjechać w poniedziałek 28 kwietnia. Nie przewidzieliśmy jednak jednej rzeczy – mianowicie Świąt Wielkanocnych na Ukrainie. W związku z tym nie było ukraińskiego autobusu relacji Lublin-Lwów. Na wtorek kasa także nie sprzedawała biletów. Trzeba było więc jechać pociągiem. We wtorek o 9 rano wsiadamy do pociągu do Rawy Ruskiej. Granica przeszła bez kłopotów. Wymieniam pieniądze i wsiadamy do marszrutki do Lwowa, która odchodzi co godzinę z centrum Rawy i kosztuje 6 hrywien. We Lwowie wsiadamy od razu do tramwaju nr 6 i jedziemy na dworzec kupić bilety na nocny pociąg do Iwano-Frankowska i zostawić plecaki w przechowalni. Mamy całe popołudnie na zwiedzanie Lwowa. Jestem tutaj już chyba po raz ósmy, staram się pokazać Monice najciekawsze miejsca. Wysoki Zamek i Cmentarz Łyczakowski zostawiamy sobie na powrotną drogę. Szkoda, że wyszło tak, że nie udało nam się ich zobaczyć podczas powrotu. No, ale o tym później. Lwowa nie chcę opisywać, bo moje wrażenia są przedstawione w relacjach m.in. z Krymu i Czarnohory 2001. O 21.40 odjeżdża nasz pociąg. Do Iwano-Frankowska dojeżdżamy o 4:33 i od razu rozglądam się za transportem w stronę Rachowa. Niestety jest problem. Jedyny pociąg odchodzi wieczorem, autobus dopiero o 12.30. Jeżeli będziecie chcieli jechać w Czarnohorę to lepiej jechać ze Lwowa aż do Kołomyji, bo stamtąd jest sporo pociągów do Rachowa. Podczas czekania na dworcu postanowiłem chodzić co jakiś czas i obserwować czy przypadkiem jakaś marszrutka nie jedzie w interesującą nas stronę. I w końcu zaważyłem autobus jadący do Mukaczewa przez Rachów. Ciekawe tylko dlaczego na rozkładzie nic o tym nie było. Jedziemy tym wehikułem za 8 hrywien ponad 2 godziny i wysiadamy w Kwasach przed Rachowem, bo stąd jest najbliżej na zaplanowany przez nas szlak. Krótki posiłek i do góry. Podejście pod pierwszą górę już mocno daje nam się we znaki. Mój plecak z namiotem jest zdecydowanie za ciężki, do tego musimy iść głównie na przełaj i ostro w górę. Musieliśmy robić także dużo odpoczynków, bo nasza kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Po długich męczarniach wyszliśmy w końcu na przełęcz Wiesniarka. Rozpościera się stąd wspaniały widok również na Karpaty Marmaroskie po stronie rumuńskiej. Szukamy wzrokiem naszego szlaku na Szeszuł i ruszamy dalej. Jednak po przejściu kilkuset metrów mamy spory problem. Zaczyna się mnóstwo śniegu, szlak jest zasypany i idź sobie człowieku, którędy chcesz. Widzimy szlak po drugiej stronie zbocza i tam chcemy się dostać przez ten głęboki śnieg i krzaki. Zajmuje nam to grubo ponad godzinę, a my nie dość, że wyczerpani do jeszcze cali przemoknięci i w błocie. Nie jest dobrze. Staramy się wejść jak najwyżej i tam znaleźć miejsce do rozbicia namiotu. Udało nam się znaleźć dobre miejsce, ale za to strasznie wiało i próba rozstawienia namiotu niestety się nie udała. Jedyne wyjście to zejść trochę w dół, gdzie widzieliśmy opuszczone chaty pasterskie. Była tam też szansa na wodę, więc postanowiliśmy zejść w sumie spory kawałek w dół. Okazało się, że warto było. Była tam kapliczka, obok źródło z bardzo zimną wodą, no i znaleźliśmy całkiem czystą chatę, w której mogliśmy się przespać. Rano idziemy do źródełka się umyć i spotykamy kilku ukraińskich chłopaków. Spali pewnie jakoś niedaleko kapliczki. Śniadanie i postanawiamy iść jednak szlakiem dookoła Szeszułu, a nie wchodzić na niego. Początkowo szło się całkiem nieźle mimo śniegu na szlaku w lesie. Po drodze mijamy kolejne puste pasterskie chaty. W końcu szlak nam się urywa i robi się wielki problem. Jedyne wyjście to pójście pionowo pod górę przez las. Od razu zakopujemy się po pas w śniegu. I tak non stop. Mamy dość. W końcu wpadliśmy na pomysł by iść jednym z płynących tu strumyków. Rozwiązanie całkiem niezłe, bo i tak wszystko mamy mokre i brudne, a przynajmniej nie zapadamy się co krok. Gdy rzeczka się kończy resztę drogi nad las jakoś cudem przechodzimy. Potem jeszcze długi kawałek i znowu jesteśmy na przełęczy. Po prawej Szeszuł, po lewej z daleka widać Pietrosa. Gdy sobie odpoczywamy na przełęczy widzimy na Szeszule kilka osób. Bardzo szybko się poruszają i w końcu zaliczają kolejny szczyt. Postanawiamy się zbierać, bo i tak pewnie niedługo nas miną po drodze na Pietros. Szło się na niego przez 3 pośrednie szczyty, przed trzecim nas szybko minęli. To ci sami, co byli przy źródle. Byliśmy w szoku, jak szybko można chodzić po górach z plecakami. Po długich męczarniach dochodzimy na Pietrosa na wysokość 2020 m n.p.m. Nasi ukraińscy koledzy wciąż tam byli, czekali na nas chyba z godzinę. Strasznie tu wieje i widać z daleka przepiękny szczyt Howerli. Wygląda jak stożek wulkanu. Pytamy się chłopaków gdzie zamierzają spać i czy chcą wchodzić na Howerlę. Dziś ani my, a ni nawet oni nie daliby już rady, bo jest za daleko i dzień się kończy. Postanawiają szukać jakiejś chatki do spania i jutro się zastanowić do dalej. Część z nich chciała wejść na Howerlę, a cześć wracać do domu. Zejście z Pietrosa od strony Howerli jest bardzo strome, do tego śnieg i błoto, więc bardzo ciężko nam się idzie. A utrzymanie tempa chłopaków wcale nie jest takie proste. Schodzimy całkiem nisko i problemem będzie jutrzejsze dojście na Howerlę. Do tego Monice i mi wysiadają nogi, mnie dodatkowo kręgosłup, co jest zasługą dźwigania ponad 20kg plecaka. Po wielkich śniegach i lodzie dochodzimy w końcu do jakichś chat. Początkowo mieliśmy tu zostać, ale chłopaki chcą iść jeszcze niżej. Rezygnują z Howerli. My tak samo, jednak przeceniliśmy nasze możliwości. Poza tym na Howerli byłem 2 lata temu, wiec nie musiałem wchodzić za wszelką cenę. Idziemy jeszcze długi czas drogą, mijamy ogromne połacie wyrąbanego lasu i na wieczór kompletnie wyczerpani dochodzimy do turbazy przy rzece Łazeszczina. Rozbijamy namiot za friko na polu namiotowym, a nasi towarzysze jako, że nie mieli namiotów to biorą drewniany domek. Wieczorem urządzają popijawę ze spirytusu, ale nie mam nawet odrobiny siły by im towarzyszyć. Na drugi dzień psuje się niestety pogoda i zaczyna mocno padać. Z informacji od naszych ukraińskich kolegów wiedzieliśmy, że o 16.30 jest pociąg do Kołomyji z wioski Łazeszczina, ale trzeba do niej dojść ponad 6 km. W końcu mimo deszczu postanawiamy składać namiot i ruszać po godzinie 14. Na szczęście przestało akurat padać i sprawnie się zebraliśmy. Do dworca kolejowego, a właściwie to kawałka betonu, przy którym zatrzymuje się pociąg szliśmy blisko 2 godziny. Chłopaki wyszli sporo po nas, a też zdążyli. Mają zdrowie. Postanawiamy zabierać się razem z nimi do Czerniowców. Łączony bilet kosztował chyba niecałe 5 zł na osobę. Pociąg to prawdziwy wehikuł. Już jak podjeżdżał to widać było, że szyny mocno się gną pod uciskiem. Jedziemy z szybkością około 30 km/h, w pociągu straszny zaduch, wszyscy handlują różnymi rzeczami, wśród nich nawet czapeczki moro. Obok jakichś dwóch chłopaków rozpiło starego dziadka, ze biedny nawet mówić już nie potrafił. W Jaremczy przesiadamy się w lepszy pociąg, następnie w Kołomyji kolejna przesiadka i na 22:30 jesteśmy w Czerniowcach. Zapytaliśmy się chłopaków o jakiś hotel, bo w końcu chcieliśmy się porządnie umyć w ciepłej wodzie. Najpierw idziemy do hotelu dworcowego. Dwójka za 40 hrywien, brak wody, brak toalety, brak prysznica. Grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Chodzimy sobie z plecakami po tym mieście położonym na wzgórzach i w końcu dochodzimy do hotelu Kijów. Dwójka 58 hrywien, wody żadnej nie ma, będzie rano o 6, ale tylko zimna. Wkurzyło nas to mocno. Hotel ładnie wyglądający, a nawet nie zbierają wody dla gości w żadne zbiorniki. Tutaj to normalne, że woda jest tylko zimna i w godzinach 6-23. Zawsze to lepiej niż we Lwowie. Sprawa wyszła jednak taka, że bez sensu jest płacić tyle za nocleg w miejscu, gdzie i tak nie można się umyć. W końcu jeden z naszych ukraińskich przyjaciół proponuje, że przemyci nas za darmo do akademika, w którym mieszka. Kolejne 30 minut przez miasto z plecakiem i w końcu dochodzimy. Jeszcze tylko trzeba było przekonać portierkę by się zgodziła. Udało się, ale musimy się wynieść przed 7 rano. Pobudka po 6-tej, toaleta w zimnej wodzie, szybkie pakowanie się i uciekamy z akademika przed zmianą portierki. Z różnych powodów postanowiliśmy jednak wracać do Polski. Mieliśmy jechać do Kamieńca Podolskiego i Chocimia, ale zrezygnowaliśmy. Nie miałem mapy Ukrainy i myślałem, że te miasta są daleko. Dodatkowo nasi koledzy mówili, że pociąg jedzie przez terytorium Mołdawii... Trochę nas to wszystko zniechęciło. Dopiero w Polsce zobaczyłem jak Kamieniec był blisko Czerniowców. Jedziemy zatem od razu na dworzec by kupić bilety na nocny pociąg do Lwowa. Są tylko boczne miejsca w plackartnym, ale oczywiście biorę i takie. Cena 17 hrywien. Wracamy pod akademik, bo tam o 9 byliśmy umówieni z naszymi znajomymi na całodzienne zwiedzanie miasta. W końcu przybyło ich czterech i ruszamy. Zwiedzamy ogród botaniczny, gdzie oni mają praktyki. Część z nich jest studentami biologii i mówią, że ich praktyka polega na wyrywaniu chwastów w ogrodzie. Do godziny 16-tej przeszliśmy praktycznie całe miasto. Rzeczywiście robi wrażenie lepsze niż Lwów. Jest zadbane, piękne kamieniczki, park, bardzo ładny architektonicznie uniwersytet. Dostaliśmy od naszych przyjaciół przeogromną ilość informacji o ich mieście, ciężko byłoby tyle przeczytać w jakimś przewodniku. Zabrali nas nawet do garażu, gdzie robią próby muzyczne i zagrali dla nas kilka kawałków. Naprawdę bardzo się starali, by zaprezentować miejsce gdzie mieszkają jak najlepiej. Sam nie wiem czy potrafiłbym tak oprowadzić gości po moim rodzinnym Lublinie. Pod koniec dnia serdecznie im dziękujemy za wszystko. Idziemy jeszcze do restauracji na obiad, gdzie pomimo ekskluzywnego wyglądu nie rozmawiają w żadnym innym języku niż swój własny. W końcu jakąś łamaną odmianą rosyjsko-polskiego dogadujemy się co chcemy wziąć. Dobry obiad z napojem kosztował nas po około 20 hrywien. O 20:45 odjeżdżamy naszym pociągiem w kierunku Lwowa. W naszym plackartnym wagonie mnóstwo Polaków wracających z Rumunii. No i można się było spodziewać, że narobią „obory”. Najpierw się wszyscy upili i zachowywali wręcz skandalicznie, a potem rozbili całą butelkę wina i cały wagon śmierdział i lepiła się podłoga. Dodajmy do tego, że żadne okno się nie otwierało, więc każdy może sobie wyobrazić jak wesoło było. Rano we Lwowie pierwsze kroki kierujemy do przechowywalni bagażu i łapiemy autobus 37, który wiezie nas na dworzec autobusowy. Chcieliśmy kupić bilety do Lublina na godzinę 15 i mieć jeszcze trochę czasu na pozwiedzanie miasta. Niestety okazało się, że wszystko jest wykupione. Nie dziwne, bo to niedziela i kończy się weekend majowy. Jedyna możliwość wydostania się ze Lwowa do Polski to autobus do Przemyśla. Zupełnie nam to nie po drodze, ale nie mamy wyjścia. Kupuję bilety i szybko jedziemy na dworzec kolejowy po bagaż. W dwie strony zajęło nam to prawie dwie godziny ponieważ dworzec autobusowy jest na zupełnym końcu miasta. Jak już jesteśmy na dworcu to okazuje się, że ten autobus, na który mamy bilet nie odjedzie i możemy jechać następnym o 13:50. Zdenerwowało nas to bardzo. W Przemyślu za to się okazało, że już żadne pociągi do Lublina, nawet z przesiadkami nie jeżdżą. Wsiadamy więc w osobowy i jedziemy do Rzeszowa. Tam w informacji autobusowej pytamy się o bilety. Pani w okienku mówi, że ostatni autobus odjeżdża o 20, jest to przelotowy i ona nie sprzedaje biletu. Mówi, że może być z nimi kłopot, bo na każdy poprzedni kurs puszczali po dwa autobusy, bo było aż tylu pasażerów. „No ładnie” pomyśleliśmy. Stanęliśmy jednak jako pierwsi na peronie ponad godzinę przed przyjazdem i na szczęście bez problemów dostaliśmy się do środka. W Lublinie byliśmy kilka minut przed północą... |
|