Miały
być Indochiny, wyprawa życia, itd. Zostało odprowadzenie znajomych do Moskwy
na kolej transsyberyjską i powrót do Polski przez Kijów i Lwów. Z przyczyn
ode mnie niezależnych nie mogłem pojechać. Cóż, chciałem jednak chociaż
pojechać do Moskwy i pożegnać jadących dalej. Znalazłem na grupie
dyskusyjnej tramping Marcina i Agnieszkę po to by mieć z kim wracać ze
stolicy Rosji. Poza tym ekipa to Michał i Mateusz, którzy jechali do Bangkoku
oraz piątka ich znajomych z Gdyni, którzy jechali na eksplorację Bajkału i
okolic. Do Terespola dojeżdżam autobusem z Lublina, tam spotykam się z
Marcinem i Agnieszką, którzy kupują vouchery za 18zł. Michał z Mateuszem
dojeżdżają następnym pociągiem i przywożą mi mój paszport z wbitą pieczątką
AB i wizą Mongolii. Znowu żałuję, że się nie przyda. Do odjazdu pociągu
przez granicę mamy jeszcze 2 godziny. Postanawiamy więc iść na przejście
drogowe i tam łapać okazję przez granicę. Na szlabanie stał fajny koleś,
bo złapał samochody dla całej naszej piątki. Marcin z Agnieszką złapali
najlepiej, bo dowieziono ich aż pod sam dworzec kolejowy w Brześciu. My zaraz
za przejściem wysiadamy z samochodów i idziemy na pobliski przystanek. Za
chwile przyjeżdża autobus i jedziemy do centrum. Krótki spacer i jesteśmy na
dworcu. Marcin z Agnieszką kupują bilety do Moskwy na nasz pociąg. Udaje im
się dostać ten sam wagon. My mieliśmy bilety kupione już wcześniej w
Kaliningradzie. Na dworcu spotykamy się z 5tką z Gdyni, którzy już rano tu
przyjechali i o 21.32 odjeżdżamy naszym obszczym do Moskwy. W pociągu całkiem
wesoło, rozkładamy się na wszystkich poziomach i możemy się wyspać. Do
Moskwy dojeżdżamy dopiero po 16tej. Wysiadamy na stacji Biełarusskaja i od
razu się pytamy gdzie tu jest polski kościół. Jeden koleś nas wyprowadził
i pokazał jak iść. 1 kilometr i już jesteśmy. Kościół jest bardzo ładny,
spotykamy księdza i rozmawiamy o noclegu. Znajduje się w końcu dla nas jedna
salka. Całkiem przestronna, tylko podłoga twarda, bo z terakoty. Ale kto by
narzekał, mamy w końcu gdzie spać za darmo w drogiej Moskwie i do dyspozycji
zimny prysznic. Wkrótce też ruszamy na wieczorno-nocny spacer po Moskwie.
Idziemy pieszo aż do Placu Czerwonego. Po drodze wymieniamy kasę, kupujemy
jedzonko, piwko. Plac Czerwony i Kreml ładny, ale zawsze mi się wydawał większy.
Spacerujemy trochę i udajemy się dalej. Zrobiliśmy spore kółko i wróciliśmy
także pieszo do kościoła. Moje pierwsze wrażenie z Moskwy: nie podoba mi się
tu zbytnio. Dowodem może być to, że zrobiłem tu tylko 7 zdjęć. Na drugi
dzień postanawiamy trochę pojeździć metrem. Stacje rzeczywiście ładne, choć
nie wszystkie. Jadę na dworzec Kazański by spróbować oddać mój bilet do
Irkucka. Trochę krążyłem po dworcu, aż w końcu trafiłem do kasy nr 22 i
na kilka godzin przed odjazdem pociągu oddałem bilet i dostałem zwrot w
postaci 75% ceny biletu. Nieźle. Kupiliśmy sobie też bilety do Kijowa. Drogo,
bo jakieś 17$ za plackartny. W tym czasie pozostali pojechali przejść się głównym
deptakiem Moskwy, czyli ulicą Arbat. Spotykamy się wszyscy pod Kremlem i
wracamy do kościoła. O 15.40 odjeżdża ich pociąg do Irkucka, żegnamy się,
ostatnie rady i pojechali. Wysiądą po 88 godzinach. Na pewno będą się
dobrze bawić, bo towarzystwo jest świetne. Ja tylko mogę przyjechać do nich
do Gdyni we wrześniu jak wrócą by posłuchać wrażeń. Zostaliśmy we trójkę
Marcin, Agnieszka i ja. Ruszamy teraz na Arbat. Ulica ładna, choć trochę
kiczowata. Kupujemy jedzonko i piwko i idziemy środkiem. Ostatnie zakupy i
ruszamy na dworzec Kijowski na nasz pociąg. Trochę nam się nie udało z
biletami, bo jesteśmy porozdzielani. Moi towarzysze są jednak na tyle odważni,
że postanowili spać razem na tym wąskim i do tego górnym łóżku. W pociągu
kilka piw poszło, potem poszliśmy do wagonu restauracyjnego poprawiać. W końcu
spać idziemy grubo po północy. O 6 pobudka, bo granica. Szkoda, że
pogranicznicy najpierw nie przyszli do mnie, bo wcisnęli Marcinowi strachowki
po 3$ i kupił dla wszystkich. Od niecałego roku ta strachowka nie jest obowiązkowa.
W
Kijowie wysiadamy przed 8. To moja druga wizyta w tym mieście w ciągu 2 lat. W
tamtym roku jednak byłem tu zaledwie 6 godzin i koniecznie chciałem wrócić.
Dworzec kolejowy w tamtym roku remontowany, teraz robi wielkie wrażenie! Jest
po prostu przepiękny. Zostawiamy bagaże w kamierze chranienia za 4,4 hrywny,
kupujemy bilety do Lwowa na wieczór za 25 hrywien i ruszamy w miasto. Jedziemy
metrem do stacji Arsenalna i kierujemy się do Pieczerskiej Ławry. O Ławrze już
trochę pisałem w relacji z Krymu, tym razem jednak nie wchodzimy do katakumb,
bo obaj z Marcinem mieliśmy krótkie spodenki. Cała Ławra jest miejscem, które
po prostu trzeba zobaczyć, dziesiątki złotych kopuł cerkwi, widok z wieży
na miasto, po prostu coś pięknego. Dalej spacerujemy do ulicy Chriszczatik,
chyba najsławniejszej ulicy Kijowa. Potem do cerkwi Michałowskiej, gdzie
Agnieszka aż zaniemiała z wrażenia widząc jej niebieski kolor :-). Wąskimi
uliczkami schodzimy do Dniepru. Przy okazji kupiłem sobie koszulkę Hard Rock
Cafe Kijów. Szczególnie fajnie wygląda z tyłu z napisami w cyrylicy. Żałuję,
że nie kupiłem sobie takiej w Damaszku, może byłaby z arabskimi szlaczkami?
Po drugiej stronie rzeki odpoczywamy sobie przy piwie i pod koniec dnia ruszamy
metrem z powrotem na dworzec. Tym razem w pociągu mamy miejsca koło siebie i
znowu dużo piwa poszło. A jakie fajne były obok nas ukraińskie dziewczyny
:-). Kijów jest przepiękny, Moskwa przy nim słabo wypada.
Lwów
7 rano. To moja 6 wizyta w tym mieście. Zdecydowanie mi się ono już przejadło.
Zostawiamy bagaże w przechowalni i ruszamy busem nr 18 na dworzec autobusowy.
Ten jest dobre 20 min jazdy stąd. Kupujemy bilety na autobus do Lublina o 15tej
za 40 hrywien i jedziemy do miasta. Staram się pokazać moim towarzyszom to
miasto. Ma swój klimat, choć jest zaniedbane i panuje tu duża bieda. Po
porannym spacerku idziemy do mojej ulubionej pizzerii. Jak staniecie plecami
przy samej operze to znajduje się ona w uliczce po lewej stronie. Lokal całkiem
ekskluzywny. Kupuje pizze z 3 składnikami, sałatkę (mają super sałatki),
sok. Potem wielki deser i kawę. Płacę za wszystko coś koło 15zł. Po
zjedzeniu wszystkiego przez dobre 15 minut jeszcze siedzimy, bo nie mogłem się
podnieść z tak pełnym brzuchem. Robimy sobie jeszcze długi spacer zaliczając
m.in. park uniwersytecki. Tramwajem nr 6 dojeżdżamy na dworzec, zabieramy
plecaki i jedziemy znowu busem nr 18 na dworzec autobusowy. Autobus już pełny
i nasze plecaki leżą z tyłu na schodach. Granica to aż 3,5 godziny czekania.
Jeszcze nigdy tyle czasu na tej granicy nie stałem. Do Lublina dojeżdżamy na
10 minut przed odjazdem pociągu do Warszawy, na który Marcin z Agnieszką
chcieli zdążyć. Dobrze, że wyjechał po mnie ojciec i pędząc szybko po mieście
zdążamy na czas. I w tym miejscu się kończy mój 5-dniowy wyjazd.