Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Pribałtika

Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja

Propozycja wyjechania na Pribałtikę przyszła od Cezara, z którym poznałem się na grupie dyskusyjnej pl.rec.turystyka.tramping. To już mój kolejny wyjazd z internetowymi znajomymi. Miał to być wyjazd dla 4 osób, z Cezarem jechał Jacek (byli razem w Iranie), ja zaproponowałem wyjazd Michałowi, z którym byłem w wakacje na Bliskim Wschodzie. W ostatniej chwili dołączył jeszcze Mateusz. Wyruszyły zatem 2 osoby z Katowic, 2 z Gdyni i ja z Lublina.

Jedziemy. (mapka)

Wyjechałem z Lublina w czwartek 25-go kwietnia o godzinie 4 rano pociągiem osobowym do Warszawy. Spotykam się na peronie z Cezarem i Jackiem i we trzech jedziemy pociągiem do Białegostoku. Pierwszą część wyprawy pojedziemy w trójkę, ponieważ Michał i Mateusz mogą dopiero do nas dotrzeć w niedzielę w Wilnie. W Białymstoku wsiadamy w autobus nr 1 i wyjeżdżamy na wylotówkę na Bobrowniki. Jest 45 km do przejechania. Jedziemy stopem, bo pociąg do Grodna jest za drogi biorąc pod uwagę budżet wyprawy. Szybko łapię Toyotę i mimo drogi z bruku z prędkością 140 km/h mknę w stronę granicy. Na 15 km przed granicą łapię drugi samochód z Jackiem na pokładzie i dojeżdżamy do szlabanu. Kolejka na granicy jest bardzo długa, wyraźne daje się we znaki zamknięte przejście w Kuźnicy Białostockiej. Granicę próbujemy przejść pieszo, mimo, że jest to tylko przejście samochodowe. Przy podejściu do polskiej odprawy celnik nieźle się zdziwił patrząc na nasze pieczątki w paszportach i zapytał się nawet czy jesteśmy dziennikarzami. Nie robią nam problemów z przekroczeniem i są bardzo mili. Po dojściu do szlabanu zawraca nas jednak służbista białoruski, tłumacząc, że bez samochodu nie może nas przepuścić. Podchodzimy zatem do pierwszego z brzegu samochodu i Białorusin ma nas przewieźć do najbliższej wioski za granicą. Tam spędzamy 3 godziny w czekaniu na autobus do Grodna, popijaniu piwa i obserwowaniu tutejszych miejscowych. Do Grodna dojeżdżamy dopiero na 19.30 i szukamy spania. Obok dworca autobusowego są jednorodzinne domki z ogródkami, myśleliśmy więc, że uda nam się rozbić w takim namiot. Nie udaje się nam to, lecz spotykamy kobietę, która nam pomaga. Prowadzi nas do swojej znajomej w bloku obok dworca i tam za 3000 rubli białoruskich od osoby (1$ = 1750 rubli) mamy dla siebie pokój oraz prysznic z ciepłą wodą. O 21-wszej ruszamy na obchód miasta. Kobieta, która załatwiła nam nocleg jest naszą przewodniczką. Zwiedzamy kościoły, teatr, oglądamy Niemen i nocne życie miasta. Mnóstwo jest tu młodzieży z piwem w ręku, ale nie widać żadnych zaczepek ani rozrób. Jest wręcz bardzo bezpiecznie, co się może wydawać wszystkim dziwne słysząc różne opowieści o Białorusi. Miasto nam się podoba, po ponad 2 godzinach spaceru wracamy do mieszkania i idziemy spać. Naszej przewodniczce dajemy 2000 rubli i dziękujemy za pokazanie miasta. Po pobudce pani, u której spaliśmy smaży nam kartoszki i wysyła do sklepu by kupić coś do nich. Nie jestem przyzwyczajony do obfitych posiłków na początku dnia, ale kartoszki były przygotowane wyśmienicie. Poszliśmy do sklepu. Tam niezły szok. By coś kupić to najpierw trzeba pójść do kasy obok i zapłacić. Wtedy dostaje się paragon i dzięki niemu można odebrać zakupione towary. W sklepie jest mnóstwo ekspedientek, co najmniej o połowę za dużo jak na nasz gust. Łukaszenka chyba zapewnia ludziom prace i mimo kiepskich zarobków nie ma otwartych strajków na ulicy. Następnie zwiedzamy miasto w dzień idąc tą samą drogą co poprzedniego wieczoru. Jest bardzo przyjemnie, po butelkach i plastikowych kuflach zostawionych poprzedniego dnia nie ma ani śladu. Czas uciekać jednak z Białorusi. Wsiadamy w autobus do Druskiennik, znanego uzdrowiska na południu Litwy. Nie mamy żadnych problemów z opuszczeniem granicy. Druskienniki to miasteczko pięknie położone na wysokim brzegu Niemna. Robimy sobie wzdłuż niego wieczorną eskapadę, jest bardzo malowniczo i cykam sporo zdjęć. Oglądamy także cerkwie, chodzimy po lesie i spędzamy trochę czasu nad jeziorami. W środku miasteczka jest duży kościół. U księdza pytamy się o nocleg i on daje nam miejsce w domu parafialnym. Jest w nim zimno, ale zawsze jest jakieś schronienie przed ewentualnym deszczem i wiatrem. Rano o 9.40 mamy autobus do Wilna. Chcemy wysiąść przy styku trasy na Troki i dojechać tam stopem. Cena za bus to 12 litów. Na rozjeździe szybko złapaliśmy stopa i jesteśmy na miejscu w Trokach. Największą atrakcją miasteczka jest ogromny zamek położony na wyspie. Jednak zanim do niego dotarliśmy postanowiliśmy coś zjeść. Rozsiadamy się na murku, a przy nas dwóch dzieciaków ma zabawę z latawca zrobionego z reklamówki i taśmy magnetofonowej. Potem gramy z nimi w piłkę, trochę ruchu nie zaszkodzi. Dołącza się także kilku studentów z Wilna i jest wesoło. Księdza w pobliskim kościele nie ma, więc idziemy z plecakami do zamku. Wstęp na ISIC 3,5 lita (1$=3,9 lita). Jest odnowiony i naprawdę robi wrażenie. W środku na wystawach widać jak go odbudowywali. Zresztą jak się popatrzy bliżej to widać, że oryginalnie był z kamienia i on stanowi podstawę, natomiast reszta w latach 50-tych została dobudowana z cegły. Otoczenie zamku jest przepiękne, dookoła jeziora i wyspy. Była sobota i akurat do zamku przychodziło mnóstwo młodych par, a nasi znajomi studenci za bardzo się podpili i zabrała ich policja. Nasza sielanka niestety się kończy z racji deszczu. Zjadamy jeszcze po czeburiku i idziemy szukać noclegu. Idziemy do plebani, księdza znowu nie ma, ale jakaś pani zaprowadza nas do domu obok. Miejsc w pokojach nie ma, ale możemy spać na werandzie. Nam pasuje. W domu tym mieszkają studenci z Wilna. Rozmawiamy trochę z nimi i oni proponują nam pokój na dole, bo tam jest wolne. Z radością zamieniamy na niego naszą werandę mimo 14ºC. Wyruszamy jeszcze na nocny obchód zamku i robię trochę nocnych zdjęć. Dobrze, że tam byliśmy jeszcze w miarę wcześnie, bo o 23-ciej wyłączają oświetlenie zamku. Po powrocie czeka na nas nie lada atrakcja – sauna. Był to mój pierwszy raz w czymś takim, temperatura dochodziła do 100ºC i szybko wymiękliśmy. Plus był tego taki, że po zimnym pokoju chodziliśmy w samych slipkach i patrzeliśmy jak nasze ciała parują. Dopiero rano poczuliśmy, że w pokoju było zimno. Dzisiaj niedziela, więc ruszamy do Wilna spotkać się z Michałem i Mateuszem. Spotykamy się koło McDonalda i od razu myślimy nad dalszym planem. Decydujemy się jechać od razu do Petersburga. Autobusów nie ma, pociągów trzy rodzaje: kupiejny za 120 litów, plackartny za 77 i obszczyj za 55. Dla nas wybór jest prosty. Wymieniamy kasę i kupujemy bilety. W kasie można płacić kartą, ale tylko Mastercard lub Maestro. Podobnie jest na całej Litwie, Visy praktycznie nie widać. Czas zwiedzać miasto. Przed Ostrą Bramą znajduje się schronisko, które bardzo polecam, jeśli ktoś chce zostać na nocleg w Wilnie. Jest tam super backpackerska atmosfera, zostawiamy tam plecaki i idziemy dalej. Zaczynamy oglądanie miasta od Ostrej Bramy i obrazu Matki Boskiej. Bardzo dużo ludzi, ale udaje mi się dostać przed sam obraz. Dalej oglądamy cerkwie Św. Trójcy, Ducha Świętego. Trwają teraz przygotowania do Wielkiej Nocy w prawosławiu i jest mnóstwo ludzi z palmami. Zwiedzamy dalej starówkę i za pomocą sms’ów próbuje się odnaleźć z Sebastianem, z którym także się tu umówiłem. Niestety Pascal i LP podają różne miejsca gdzie znajduje się ratusz i mamy spory problem z odnalezieniem siebie. Dopiero telefon rozwiązuje sprawę i w końcu się spotykamy. Z Sebastianem spotkałem się w poprzednie wakacje w Libanie, a teraz spotkanie w Wilnie. Chodzimy razem po Starówce, wchodzimy na Wzgórze Giedymina podziwiać miasto z góry, krążymy po wąskich i uroczych uliczkach. Pod koniec dnia się żegnamy i umawiamy się wstępnie na spotkanie w Tallinie lub Rydze. Idziemy w końcu do schroniska, gdzie zostawiliśmy plecaki, schodzimy tam do kuchni i robimy sobie posiłek. O 18.32 mamy pociąg do Sankt-Petersburga. Na peronie zaczyna nieźle padać, a my chowamy się pod pociąg. W Polsce by to się chyba nie udało :-). W końcu otwierają pociąg i wchodzimy do środka. Nasz obszczyj wagon wygląda nieco inaczej niż na Ukrainie. Są tu 2 rzędy siedzeń w każdą stronę i ciągną się przez cały wagon. Prowadnik na widok biletu dziwi się, że takim wagonem jedziemy aż do Petersburga. Mimo niewielu ludzi była także czwórka Polaków. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nie mają ani AB, ani vouchera, ani wizy do Rosji. Dla nas jest proste, że ich nie wpuszczą do Rosji. Po rozmowie z prowadnikiem decydują się wysiąść na Łotwie w Dyneburgu i tam próbować coś załatwić. Przed wyjściem dają nam jednak kontakt do Nataszy, do której jechali. Ma ona czekać na nich na dworcu. Wkrótce rozkładamy karimaty, kładziemy się na podłodze i idziemy spać. W pociągu jest tylko 13ºC. Do Petersburga dojeżdżamy trochę spóźnieni na 11.00. Nataszę znajdujemy bez problemu, mówimy jej jaka jest sytuacja i czy przypadkiem nie zna jakiegoś miejsca na nocleg dla nas. Ona proponuje abyśmy pojechali do niej, wzięli prysznic po podróży i zastanowili się razem co dalej. Najpierw metro, potem autobus i wysiadamy na przeogromnym osiedlu i gdzie jak okiem nie sięgnąć tam blokowiska. Jednak tuż za jej drzwiami otwiera się inny świat. Mieszkanie ma wspaniale urządzone i widać, że żyje się jej tu dobrze. Pozwala nam zostać u siebie, mimo, że zupełnie się nie znamy. 4 miejsca do spania nie są dla nas problemem, bo Mateusz będzie spał na podłodze. Rozkładamy mapę, bierzemy od Nataszy dokładne instrukcje i o 13.30 ruszamy na zwiedzanie miasta. Na nasze nieszczęście zaczyna padać. Petersburg przyjdzie nam zwiedzać w deszczu… Wyjeżdżamy autobusem nr 27 na Newski Prospekt. Jest to najbardziej znana ulica tego miasta, wokół której wszystko się kręci. Wysiadamy przed Mostem Aniczkowskim i ruszamy. Nie na darmo Petersburg nazywa się Wenecją Północy. Jest tu mnóstwo kanałów przecinających drogi, do tego wszędzie stylowe kamieniczki. Od razu miasto robi na nas duże wrażenie. Oglądamy sobór Kazański, sobór Izaaka, pomnik Piotra Wielkiego. Dalej wzdłuż Newy idziemy do Ermitażu, który jest największym muzeum na świecie. Dziś jednak poniedziałek i jest zamknięte. Zatrzymujemy się też by coś zjeść w knajpce. Mamy okazję trochę się wysuszyć, bo non stop pada. Ruszamy wkrótce dalej na wyspy i aż w końcu dochodzimy do słynnego krążownika Aurora, który jest zacumowany w jednym z kanałów. Na koniec dnia podjeżdżamy metrem do Spas na Krowi. Ta cerkiew jest dumą miasta, nic dziwnego, jest po prostu przecudna. Ciemno robi się dopiero grubo po 22giej i do domu dojeżdżamy na 23. Następnego dnia postanawiamy się rozdzielić. Jest nas 5 osób, więc kiepsko byłoby z dojechaniem stopem do Helsinek. Michał z Mateuszem wyjeżdżają rannym pociągiem do Wyborga, stamtąd jest 60 km do granicy. My postanawiamy zostać jeszcze dzień w Petersburgu i zwiedzić Peterhof – słynny pałac Piotra I. Autobusy do Peterhofu (cena 15 rubli) odchodzą spod dworca kolejowego Baltijskaja. Po półgodzinnej drodze jesteśmy na miejscu. Do ogrodów wchodzimy bocznym wejściem. Już prawie maj, a właściwie nic jeszcze nie kwitnie. Przez chwilę oglądamy jak robotnicy zawieszają wielki krzyż na kopule pałacu. Jest mnóstwo reporterów i kamery wideo. Zatem Peterhof, jak i spora część miasta jest odnawiana i przygotowywana do przyszłorocznego jubileuszu 300-lecia miasta. Wchodzimy w końcu do parku obejrzeć słynne fontanny. Brama jest otwarta i biletów nikt nie sprzedaje. Pewnie sezon zaczyna się od czerwca. Najładniejszy jest widok z góry na kanał prowadzący do morza. Fontanny czynne, ale wody w kanale trochę mało. Do środka pałacu nie wchodzimy. Generalnie miejsce nas rozczarowało. Słyszeliśmy takie pochlebne opinie o tym miejscu. Być może w same wakacje będzie robił większe wrażenie (bilety wstępu też pewnie będą je robić). Wracamy do miasta i chcemy je pozwiedzać tym razem w słońcu. Zdjęcia, tułaczka metrem, sprawdzanie pociągów na jutro i znowu wracamy o 23-ciej. Kupujemy Nataszy kwiaty i serdecznie dziękujemy za gościnę. Miło, że tacy bezinteresowni ludzie jeszcze się zdarzają. Dostaję także sms’a od Michała, że bawią się świetnie w Helsinkach. 1 maja, o 7.48 odjeżdżamy elektriczką z dworca Baltijskiego do Ivangoroda, miasta graniczącego z Estonią. Ledwo na niego zdążamy, pociąg jest cały pełny i mamy miejsce w przejściu. Jest fatalnie. 140 km dystans pociąg pokonał w 4,5 h. Przechodzimy pieszo przez granicę i jesteśmy w Narwie. Warto wspomnieć, że most graniczny to bardzo malownicze miejsce. Widać stąd dwa zamki – jeden w Ivangorodzie, a drugi w Narwie. Wymieniamy pieniądze (1$ – 17,25 koron) i idziemy na dworzec autobusowy. Autobusów do Tallina jest bardzo dużo, normalna cena to 95 koron. Są jednak dwie promocje, jednak to bilet za 50 koron, a druga to tylko za 20 koron. Kupujemy najtańszy i idziemy jeszcze zwiedzić zamek i miasto. Nasz autobus, mimo, że kosztował niewiele ponad dolara (dystans ponad 200 km) jest bardzo komfortowy. Zresztą wszystkie autobusy w Estonii takie są. Do stolicy dojeżdżamy na 21-wszą i kierujemy się do centrum szukać kościołów. Pierwszy widok na centrum od razu budzi w nas pozytywne wrażenia. Wszędzie widać bogactwo i przepych. Miasto jest naprawdę przepiękne. Wchodzimy na Starówkę o zmroku i nie możemy wyjść z podziwu dla jej piękna. Unikat na skalę światową. Za późno jednak przyjechaliśmy by jakiś kościół był otwarty. Dostajemy namiar na hostel katolicki i postanawiamy tam pojechać. Bilet komunikacji miejskiej kupiony u kierowcy kosztuje aż 15 koron! Nie popełnijcie tego błędu i kupujcie w kiosku za 10 koron. Na miejscu nie chcą nas wpuścić, jakaś kobieta widzi nas w kamerze przed furtką i rozmawia przez domofon. Jest ciemno, zimno i mimo tego, że potrzebujemy jedynie kawałek podłogi do rozłożenia się to nas nie wpuszczają. Blisko jest las, więc rozbijamy namiot. Nakładam na siebie wszystkie ubrania jakie mam i idę spać. Wstajemy dopiero o 9tej i jedziemy na terminal portowy, gdzie czeka już Michał z Mateuszem. Krótka narada i znowu postanawiamy się rozdzielić. Cezar i Jacek płyną do Helsinek, a ja dalszą podróż chcę kontynuować z Michałem i Mateuszem. Helsinki odpuszczam z dwóch powodów. Jeden to ograniczone fundusze na wyjazd, a drugi to powód towarzyski. Nie znałem się wcale wcześniej z Cezarem i Jackiem i trudno mi się było wpasować do nich. Z pozostałą dwójką rozumiem się bardzo dobrze. Będę ich jednak wspominał bardzo pozytywnie. Byłoby najlepiej gdybym też jechał z jedną osobą, którą bardzo dobrze znam. Wtedy we czwórkę najlepiej jest się dogadać. Pożegnanie i wracamy na Starówkę. Rozkładamy się na głównym placu z jedzeniem. Już jesteśmy przyzwyczajeni, że w takich miejscach robimy małą sensację. Do tego wkrótce wchodzi na plac orkiestra i grają 10 metrów od nas. Jest wesoło :-). Chodzimy jeszcze trochę po mieście, kamieniczki, kościoły, knajpki – wszystko przepiękne i idealnie wkomponowane. Żal nam opuszczać to miejsce. Czeka już jednak kolejny przystanek – Ryga. Wyjeżdżamy miejskim autobusem na wylotówkę na Parnu i idziemy za supermarket by znaleźć dobre miejsce na łapanie stopa. Zanim doszliśmy to zatrzymał się bus i wsiadamy we trzech. W busie nie ma foteli, ale nam to nie przeszkadza. Potem jeszcze 2 samochody i razem z jakimś pracownikiem obsługi granicznej dojeżdżamy do samej granicy. Zrobiło się już ciemno, na przejściu pusto. Idziemy przez przejście i od razu dochodzimy do kontroli łotewskiej. Nawet nie zauważyliśmy, w którym miejscu była estońska. 1 km mamy do najbliższej wioski – Ainazi. Idziemy tam nad samo morze, oglądamy je w blasku księżyca, rozbijamy namiot i idziemy spać. Rano zakupy w sklepie (dobrze, że można płacić kartą, bo nikt z nas nie ma łat), śniadanie i dopiero o 11.30 wychodzimy na stopa. Ruch znikomy i długo nic nie mogliśmy złapać. W końcu się nam udało i dojeżdżamy do samego centrum Rygi. Mimo jeżdżenia we trzech mamy jednak szczęście. Starówka Rygi jest oryginalna i całkiem ładna, jednak po obejrzeniu Wilna, Petersburga i Tallina nie robi na nas zbyt dużego wrażenia. Szybki sms i spotykamy się po raz drugi z Sebastianem i Anielą. Tym razem spędzamy czas aż do samego wieczora spacerując, odpoczywając na trawie i popijając piwo. Miło jest razem powspominać. Reprezentacja Łotwy w hokeja gra dzisiaj chyba o 13-te miejsce w jakichś rozgrywkach i na ulicach prawie szaleństwo. Trochę nas to dziwi :-). O 23.20 odjeżdża do Kaliningradu nasz autobus Eurolines. Bilet kosztował nas aż 10$. W autobusie niestety nie mogłem się wyspać. Najpierw rozmawiałem z Estończykiem, a potem jeden z pasażerów chrapał na cały autobus, za mną ryczało dziecko, a kobieta z sąsiedniego siedzenia pchała na mnie swój gruby tyłek. Jak ja nie znoszę grubasów. Mimo wielu przekraczanych granic nie mieliśmy dotąd problemów. Do czasu. Rosyjska celniczka mówi, że nasza pieczątka AB nie jest już ważna, bo wjeżdżaliśmy na nią do Rosji. Na nic zdało się tłumaczenie, że tę pieczątkę kasuje polska Służba Graniczna, i że dopóki nie wrócimy do Polski to jest ona ważna. Wcześniej na grupie dyskusyjnej pl.rec.turystyka.tramping wiele osób pisało, że przekraczało w ten sposób granicę wielokrotnie. Nam się nie udało. Przez prawie 4h pisali jakieś oświadczenia, których oczywiście nie podpisaliśmy. Do tego chcieli nam wlepić mandat po 100 rubli, ale pokazaliśmy, że mamy tylko karty kredytowe i się wykpiliśmy. Mamy ponoć zapłacić ten mandat przy najbliższym wjeździe na teren Rosji. Służbista wyprowadza nas na most i na tym kończy się nasza przygoda z Obwodem Kaliningradzkim. A miało być tak pięknie, miałem jeszcze 2 dni balować w Gdyni. Teraz pozostaje nam powrót aż do Budzisk, gdzie jest najbliższe przejście Litwy z Polską. A funduszy już prawie nie mamy. Zresztą i tak na granicy nie ma żadnego kantoru i nie możemy wymienić pieniędzy. Pozostaje autostop, który po raz kolejny ratuje nas z opresji. Bocznymi drogami i w sumie 3 samochodami dojeżdżamy pod granicę. Za każdym razem w oczekiwaniu na transport czekaliśmy ponad godzinę. We trójkę jednak kiepsko się jeździ. Ostatnie 12 km do granicy idziemy na piechotę. Kolejka tirów ma jakieś 10 km. Do Polski wchodzimy po zmroku. Polski celnik pozwolił nam się pytać kierowców czy któryś nie zabierze nas do Suwałk. Autobusy już żadne nie jeździły. Znalazło się na szczęście dwóch facetów i szybko dojeżdżamy. O 23.06 mam pociąg do Warszawy i nad ranem przesiadka do Lublina. Michał z Mateuszem nie mają już żadnego transportu do Gdyni, więc idą się rozbić na wylotówce z zamiarem dojechania stopem następnego dnia. Do domu dojeżdżam już bez przygód. Moja przygoda się skończyła.

Podsumowanie.

Już na kolejnym wyjeździe testowałem nowe znajomości internetowe. Najlepiej jednak rozumiałem się z Michałem i Mateuszem. Dalej razem będziemy planowali kolejne wyjazdy. W weekend majowy odwiedziłem w sumie 6 krajów w 10 dni. Na noclegi wydałem 1,5 dolara, a w sumie 80. Ciągle się dziwie sobie, że potrafię za takie niewielkie pieniądze podróżować :-).

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.