Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Bliski Wschód

Turcja, Syria, Jordania, Liban

Syrią „zaszczepiłem się” w grudniu poprzedniego roku, gdy oglądałem slajdy w jednym z lubelskich klubów. Od razu zmieniłem plany z banalnej Grecji i szukałem towarzystwa. Obecni na slajdach moi znajomi także wyrazili chęć pojechania w tamte rejony. Na jakieś 2 miesiące przed wyjazdem zrezygnowali, więc zacząłem szukać towarzystwa w internecie. Tak oto poznałem grupkę ludzi, z którymi miałem się wybrać. Wielokrotną wizę syryjską załatwiliśmy za darmo, dzięki pismu z uczelni, że jedziemy na wyprawę naukową. Wielokrotna wiza kosztuje 47$, więc byliśmy sporo do przodu. Problem był tylko w tym, że była to wiza grupowa aż dla 19 osób, a my mieliśmy jechać w maksimum 9 osób. W Warszawie także chcieliśmy załatwić wizę do Libanu (koszt 35$), ale chcieli zaświadczenia z dziekanatu, że studiujemy i daliśmy sobie spokój. Mieliśmy spróbować załatwić wizę w Stambule. Rozważamy także różne drogi dojazdowe do Stambułu i w końcu trzech z nas postanawia wyjechać kilka dni wcześniej stopem do granicy węgiersko-rumuńskiej i dalej pociągami, a pozostała czwórka (w tym ja) chcemy jechać autobusami z Przemyśla do Suczawy i dalej do Bukaresztu i Stambułu.

Jedziemy do Stambułu.

6 lipca w piątek o 2 w nocy dojeżdżam z Lublina do Przemyśla i tam czekam na pozostałą trójkę. Rano wszyscy się spotykamy i kupujemy zarezerwowane wcześniej bilety do Suczawy. Siedząc na końcu autobusu na 5 minut przed odjazdem otwierają się tylne drzwi. Do autobusu wsiadają o dziwo moi znajomi – Zuza i Mundi, z którymi byłem w maju na Krymie i z którymi tę wyprawę planowałem od początku. Postanowili jednak jechać z nami i było to naprawdę wielkie zaskoczenie dla mnie. Rumuński autobus wiezie ludzi chyba tylko przy okazji, pod każdym siedzeniem poupychane są jakieś torby. Klimatyzacja nie działa i jest bardzo duszno. Na granicy polsko-ukraińskiej kupujemy strachowki po 5$, których oczywiście nikt nie sprawdza, więc można nie kupować. Przejazd przez Ukrainę w upale był ciężki i się strasznie dłużył aż w końcu o 19 dojeżdżamy do granicy rumuńskiej. Odprawa ukraińska przeszła szybko, natomiast po stronie rumuńskiej tragedia. Stało 6 autobusów i od kilku godzin nie było żadnych odpraw. Celnicy chyba sobie zrobili święto. Sami czekaliśmy na granicy do północy i w końcu po drugiej stronie mieliśmy podstawiony autobus, a granicę przeszliśmy pieszo. Podczas tego 6 godzinnego postoju mogliśmy się umyć w kranie oraz zrobić alkoholowe zakupy w sklepie wolnocłowym. Przyszedł mi także sms od Marcina, który miał dojechać do Stambułu stopem. Zawrócił z Budapesztu, bo nie spotkał się ze swoimi współtowarzyszami. Będzie nam go brakowało. Dopiero o 1.15 wyjeżdżamy z granicy i po godzinie dojeżdżamy do Suczawy do dworca kolejowego. Tam oczywiście się okazuje, że na wszystkie pociągi do Bukaresztu trzeba czekać do rana. Do tego z rana będą same ekspresy za cenę sporo wyższą niż autobus. Zasięgnęliśmy więc w kasie informacji skąd wyruszają autobusy i o godzinie 3 w nocy wyruszyliśmy w 5 kilometrowy marsz do centrum. Przedmieścia wyglądają strasznie i do tego wszędzie jest masa psów. Wymieniamy w hotelu Bukowina pieniądze, dowiadujemy się o której odchodzi autobus i idziemy do parku na trawę by trochę się przespać. Niestety po chwili przychodzi policjant i każe nam się zbierać. W końcu kupujemy bilety na autobus i ten przyjeżdża za chwilę zupełnie zapchany. Nasze numerowane miejsca okazują się zajęte, ale po interwencji u kierowcy zwalniają się. Ten autobus także coś przemyca (później widzieliśmy w Bukareszcie mnóstwo wyładowywanych paczek), bo wszystkie luki bagażowe są zajęte i my nasze bagaże stawiamy na korytarzu przy początkowych siedzeniach. Przez to wychodzenie i wchodzenie do autobusu mogło się odbywać tylko tylnymi drzwiami. Klimy jak zwykle nie ma i cali mokrzy o 17 dojeżdżamy do stolicy Rumunii. Na dworcu kolejowym dowiadujemy się, że o 14.15 odjechał ekspres do Stambułu kosztujący niecałe 20$. Gdybyśmy zdążyli w Suczawie na nocny pociąg to i w Stambule bylibyśmy wcześniej. Autobusy biura Toros oraz inne oferujące przejazdy do Stambułu kosztują od 30$. Kupujemy więc bilety do Ruse – pierwszej stacji w Bułgarii i tam będziemy kombinować co dalej. Bilet na tej kilkudziesięciokilometrowej trasie kosztował więcej niż autobus, którym przyjechaliśmy do Bukaresztu z Suczawy. Do Bułgarii dojeżdżamy po północy. Na dworcu rozglądamy się za kolejnymi pasującymi nam pociągami. Okazuje się, że jest jakiś o dopiero o 17.30 za 7$ i od tej miejscowości do granicy jest jeszcze spory kawałek. W końcu po długich targach wynajmujemy busa, który za 10,5$ od głowy dowiezie nas do granicy tureckiej. Próbujemy trochę spać, ale i tak mogę zaliczyć trzecią noc z rzędu zerwaną. O 7 rano jesteśmy na granicy i po porannej toalecie na stacji Shella ruszamy przez aż 7 bramek. Zaraz za granicą próbujemy łapać stopa, ale jeżdżą tu sami „niemieccy Turcy” i po 30 minutach rezygnujemy wsiadając do autobusu, który zawozi nas do Edirne. Miasto jest bardzo ciekawe i jego główną atrakcją jest meczet. Według mnie wnętrze ma najciekawsze ze wszystkich meczetów tureckich. Komfortowym autobusem dojeżdżamy w końcu do Stambułu. Z otogaru przesiadkami metrem podjeżdżamy do Błękitnego Meczetu. Tutaj byliśmy umówieni z dwójką naszych znajomych. Spóźniliśmy się godzinę na spotkanie i nie znaleźliśmy ich. Mamy jeszcze dwie szanse jutro o 12 i 18. Na jutro także umawiam się z Darkiem Więczkowskim, który prowadzi grupę trampingową po Bliskim Wschodzie. Poznaliśmy się na grupach dyskusyjnych w internecie i będzie okazja do porozmawiania. Siedząc tak na trawie na hipodromie obok meczetu podszedł do nas właściciel hostelu Sinbad. Wytargowaliśmy cenę 2,5$ za osobę za spanie na dachu. Hostel był 100 metrów dalej i warunki były naprawdę dobre. Skorzystaliśmy tu z internetu i późnym wieczorem urządziliśmy sobie miłą pogawędkę z Czechami. Część z nich wybierała się aż do Indii.

Stambuł i droga do Syrii (mapka)

Po 3 zerwanych nocach w końcu się porządnie wyspaliśmy. Idę na spotkanie z Darkiem i przez kilkanaście minut wymieniam informacje co, jak i gdzie. Niestety on się spieszył, bo mieli niedługo autobus do Aleppo. Mieliśmy się jeszcze skontaktować gdzieś w Jordanii sms’ami. Do godziny 12, a więc naszego umówionego spotkania ze znajomymi mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc zdążyliśmy zwiedzić Błękitny Meczet w środku. Nasi znajomi się nie pojawiają i praktycznie jesteśmy pewni, że i oni zawrócili. Wyruszamy dalej zwiedzać miasto. Hagia Sofia niestety w poniedziałki zamknięta i idziemy do Pałacu Topkapi. Tam niestety to samo. Spacerkiem idziemy w stronę zatoki Złoty Róg, zaliczając kilka mniejszych meczetów oraz Meczet Sulejmana, który jest jednym z większych na świecie. O 18 wracamy na ostatnie umówione spotkanie i o dziwo znajdujemy naszych znajomych. Okazało się, że przyjechali wczoraj tak jak my, a wyjechali 3 dni wcześniej. Na podróż wydali też tyle samo. My zamknęliśmy się w 45$ na dojazd do Stambułu. Umawiamy się także co do dalszej trasy i postanawiamy od razu jechać do Syrii a Turcję zwiedzać w powrocie. W internecie kiedyś natknąłem się na informację, że pociągi w Turcji są bardzo tanie. Do tego w czwartki jeździł pociąg do Syrii. Kosztował on niestety blisko 40$, choć do Iskenderun (kilkadziesiąt km od granicy) kosztował 8$. Ja i Michał postanawiamy jechać stopem, a reszta chce czekać 2 dni na pociąg. Chcieliśmy jechać stopem nie dla oszczędności, lecz dla zasmakowania ponoć świetnego autostopu w Turcji. Na drugi dzień zwiedzamy jeszcze Hagie Sofie wchodząc od tyłu za darmo i pokazując strażnikowi legitymacje ISIC. Niestety prawie wszystko w remoncie. Zaraz potem się rozdzielamy i już we dwójkę przekraczamy promem cieśninę Bosfor i dopływamy do dworca Haydarpasa, skąd pociągiem wydostajemy się kilkadziesiąt kilometrów za Stambuł do miasta Gebze. Tam wychodzimy na trasę i dopiero po godzinie 18 zaczynamy łapać. Miejsce mieliśmy nienajlepsze, ale już po 20 minutach zatrzymała się osobówka, którą dojechaliśmy do Izmitu. Okazało się później, że to był najdłuższy czas jaki staliśmy na stopie w Turcji. W Izmicie wysiedliśmy na wylotówce i tam czekając dosłownie chwilę złapaliśmy tira. Kierowca jechał aż do miasta Van, położonego przy największym tureckim jeziorze o tej samej nazwie. Żałowaliśmy, że nie mieliśmy czasu, bo zabralibyśmy się z nim aż do końca. Słyszałem, że tamte okolice są bardzo pięknie. A tak dojechaliśmy blisko skrzyżowania gdzie droga odchodziła na Ankarę. Kierowca był Kurdem i przez podróż kupił nam trochę jedzenia i picia. W żadnym języku nie mogliśmy się z nim dogadać, ale jakoś na migi nam szła konwersacja. W nocy wysiedliśmy z tira i poszliśmy spać w krzaki obok stacji benzynowej. Przejechaliśmy 300 kilometrów łapiąc dopiero pod wieczór, niezły wynik. Rano się nie spieszymy i dopiero ok. 11 wychodzimy na drogę. Ruch słabiutki, ale zaraz łapiemy starą ciężarówkę i dojeżdżamy do Ankary. Niestety wysadził nas na samym początku miasta i chwilę stojąc na drodze zabieramy się stamtąd by jakoś dostać się na drogę do Adany. Mamy przed sobą całą stolicę, więc na pewno duży problem do pokonania. Pytam się policjantów czy nas podwiozą, ale nic nie rozumieją. Nie przeszliśmy 100 metrów i zaczepiło nas 2 młodych gości w Clio, mówili po angielsku i powiedzieli, że dowiozą nas tam gdzie chcemy. Mieliśmy szczęście, przewieźli nas przez pół miasta i wysadzili przy wylotówce. Tam zaraz też złapaliśmy kolejny samochód, który wywiózł nas do końca obwodnicy. Tam ruch był całkiem spory. Stanęliśmy przy stacji benzynowej i nawet nie czekaliśmy 30 sekund i zatrzymał się tir jadący prosto do Adany. To blisko 500 kilometrów, więc całkiem niezły stop ;-). Kierowca był bardzo miły, przez trasę postawił nam obiad, opowiadał w jakich krajach był. A my podziwialiśmy piękne widoki okolic jeziora Tuz i przeżyliśmy szok, gdy kierowca w radiu złapał RMF FM. Dojeżdżamy do Pozanti o 23.00, tu nasz kierowca zatrzymuje się na sen, choć do celu pozostało ok. 100 kilometrów. Wychodzimy na zewnątrz by poszukać jakiegoś miejsca na spanie. Michał zauważył wjazd na autostradę i mimo późnej pory postanawiamy stanąć zaraz za bramkami i jeszcze coś złapać. Za chwilkę z bramki obok macha do nas kierowca kolejnego tira i chce nas zabrać. Jechaliśmy z nim do 4 nad ranem i podwiózł nas prawie do celu. Jednak ten czas w tirze był dla nas straszną męczarnią. Kierowca miał świra na punkcie seksu i cały czas do nas mówił po turecku, a my i tak za dużo nie zrozumieliśmy. Na jednym z postojów kupił nam jedzenie oraz 5 piw, z czego sam wypił dwa. Gdy wysiadaliśmy od niego zjawiła się niespodziewanie policja. Nie wiedziała jednak co z nami zrobić i za chwile nas puścili. Poszliśmy spać na rżysko za górką. Od samego rana strasznie było gorąco i szybko musieliśmy się zbierać. Dwoma szybkimi stopami dojeżdżamy do miejsca naszego spotkania – Iskenderun. Jest to miasto portowe, ale nabrzeże jest bardzo ładnie zrobione. Tutaj mieliśmy czekać do następnego dnia na naszych współtowarzyszy. Cały dzień praktycznie kąpaliśmy się w morzu, przez co strasznie spaliliśmy sobie plecy i ramiona. Następnego dnia byliśmy przez to na skraju wyczerpania, bo nie mogliśmy zbytnio plecaków nosić. Na plaży zaczepiały nas ciągle jakieś biedne dzieci chcąc pieniądze. Oczywiście żadnemu nic nie daliśmy, bo zaraz pewnie by zeszła się ich cała chmara. Poznajemy także miłego Turka, który nam tutaj towarzyszy. Mówi po angielsku, więc rozmowa jakoś nam szła. Wieczorem nad morze zaczęło się schodzić mnóstwo ludzi, a nam się nie chciało iść za miasto by gdzieś spać. W końcu kładziemy się na chwilę na werandzie niedokończonego drewnianego domu i ta chwila trwała do rana ;-). O 13 dojeżdża pociągiem reszta i od razu się zwijamy by dojechać na granicę. Do Antakii chcieliśmy dojechać stopem, złapaliśmy dwóch gości w osobówce, którzy podwieźli nas tylko 5 kilometrów, ale tam złapali nam autobus i zapłacili za nas. Kolejni mili Turcy. Z Antakii już bardzo ciężko się wydostać i jedziemy busem do skrzyżowania na 7 km przed granicą. Dalej już nic nie jeździ. Po chwili dojeżdża całą reszta. Po negocjacjach bierzemy stare taxi, które w dwóch turach dowozi nas do granicy w sumie za 5$ za wszystkich.

Syria po raz pierwszy (mapka)

Pieczątki tureckie dostajemy szybko, dochodzimy do ostatniego punktu kontrolnego i tu wojskowi nie chcą nas przepuścić, bo nie jest to granica do przechodzenia pieszo. Pytamy się dlaczego, oni mówią, że jest niebezpiecznie. Faktycznie wszędzie widać druty kolczaste i posterunki na górach. Po negocjacjach wsiedliśmy w końcu w ich wojskowy samochód i podwieźli nas do granicy syryjskiej. Był to spory kawałek i pod koniec jazdy żołnierze nawet zaczęli ładować swoje karabiny. Niezła przejażdżka! Do punktów kontrolnych Syrii wchodzimy już po zmierzchu. Sprawdzają nasze paszporty, wypełniamy magiczną żółtą kartkę. Pytają się nas czy jesteśmy grupą, bo mieliśmy wizę darmową na 19 osób, a było nas tylko 8. Na szczęście puszczają nas bez żadnych problemów. Te zaczną się dopiero później... Jako, że do Aleppo nie było już żadnego autobusu rozbijamy nasze namioty w jakimś sadzie i idziemy spać. Rano łapiemy otwartą półciężarówkę i dojeżdżamy na miejsce. Przez godzinę oglądając Syrię z paki samochodu od razu wraca nam wszystkim humor. To nasze pierwsze zetknięcie z Azją i naprawdę się nam podoba. W Aleppo pierwsze kroki kierujemy do hotelu Zahret Al-Rabih polecanego przez wielu ludzi. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma co polecać. Woda była pod prysznicem tylko czasami, w toalecie strasznie śmierdziało. Zatrzymaliśmy się tam jednak na jedną noc na dachu po 85 funtów od głowy. Poczytaliśmy także guestbook i było tam dużo wpisów Polaków, którzy bardzo źle się wyrażali o Krokodylu, czyli właścicielu tego hotelu. Udaliśmy się także zaraz na zwiedzanie miasta. Blisko był kantor więc wymieniliśmy pieniądze po kursie 1$ - 49,2 SP, jednak końcówki nikt nie dostał. Spacer trwał do wieczora, podczas którego chcieliśmy zwiedzić Meczet Ommajadów – niestety był w remoncie i nawet nie warto było wchodzić. Do cytadeli nie chcieli mi dać zniżki na ISIC (działały nasze polskie legitymacje), w końcu wszedłem na legitymacje Michała. Swoją niestety zostawiłem w Polsce myśląc, że ISIC mi wystarczy. Z góry można podziwiać piękną panoramę na to 3-milionowe miasto. Kilka godzin chodzimy także po souq’ach, czyli po targu. Ludzi tam mnóstwo, kilku z nas wpada w wir zakupów. Ja nic nie kupuje, bo nie chce mi się dźwigać. To przecież dopiero początek wyprawy. Lepiej zakupy zrobić w powrotnej drodze. Kupujemy także bilety do Damaszku po 100SP (targować się) i o 7 rano mamy opuścić Aleppo. W Damaszku wysiadka była oczywiście na innym dworcu niż ten, z którego odjeżdżają autobusy do Ammanu. Na tym dworcu także żegnamy się z Radkiem i Tomkiem, którzy nie chcą jechać do Jordanii, a zwiedzić tylko Syrię i Turcję. Dalej więc jeździmy w szóstkę. Taksówkarze wymieniali bajońskie kwoty by nas podwieźć kilka kilometrów, ale się nie daliśmy i za jedyne 5 SP od głowy dojeżdżamy na miejsce. W biurze Karnak niestety nie ma już biletów dla 6 osób do Ammanu na dziś. Pozostają nam drogie taksówki, albo stojący właśnie autobus do Der’a i tam kombinowanie dalej. Wybieramy oczywiście tą drugą możliwość. Na miejscu taksówki są po 150 SP od głowy, ale oczywiście szukamy czegoś tańszego. Łapiemy w końcu busa, który ma nas przewieźć za 400 SP od 6 osób. Nie miał on licencji na przejazd przez granicę i taksówkarze zawiadamiają policję. Zdenerwowani odchodzimy z dworca i nasz bus jeszcze raz podjeżdża jak już taksówkarze nie widzą. Dowozi nas do jakiegoś starego amerykańskiego krążownika i ten właśnie samochód ma nas przewieźć. Kierowca busa bierze 200 SP i nic więcej nam nie każe płacić. Płacimy więc tylko połowę ustalonej wcześniej ceny. W 7 osób z bagażami na dachu spokojnie mieścimy się w starym przemytniczym Chevrolecie. Wymieniając pieniądze (1$ - 0,7 JD) i kupując wizę za 10 JD (taniej niż w ambasadzie w Damaszku) wjeżdżamy do miasteczka Ar-Ramtha w Jordanii.

Jordania (mapka)

W Ar-Ramtha jesteśmy już po 17, więc znowu mamy problem z dostaniem się do Ammanu. Wszyscy taksówkarze mówią, że nie ma już żadnego autobusu. W sklepie dowiadujemy się jednak, że za kilkanaście minut będzie bus za 0,5 JD. No i rzeczywiście był, a my po raz kolejny się uczymy by nie wierzyć żadnym taksówkarzom chcącym na nas zarobić. W Ammanie lądujemy w dzielnicy Downtown i rozdzielamy się w poszukiwaniu hotelu. Najlepsza propozycja to hotel Bagdad za 10 JD za 6 osób w pokoju 4-osobowym. Warunki przyzwoite. Szukamy na mapie Ministerstwa Turystyki, do którego jutro mam się udać by próbować załatwić darmowe wejścia do wszystkich historycznych miejsc w Jordanii. Pomóc ma w tym papier z uczelni, że jesteśmy geografami i przyjechaliśmy tu na ćwiczenia terenowe. Nazajutrz we trzech tam idziemy i po odwiedzeniu kilku osób w różnych pokojach zaproszeni zostaliśmy do samego ministra, który powiedział, że może nam dać jedynie zniżkę 50% na Petrę. Dobre i to, zważając na to, że wejście do Petry na 1 dzień kosztuje 20 JD. Wypijamy litr Pepsi w ramach toastu i wracamy do hotelu. Po południu zwiedzamy stolicę Jordanii, najpierw Nimpheum – nic szczególnego, potem spędzamy trochę czasu siedząc w rzymskim teatrze. Widać stąd wzgórze, na którym są jakieś kolumny – to Philadelphia, a więc najstarsza część Ammanu. Można tam też obejrzeć ciekawą świątynię Herkulesa, która jest częściowo zrekonstruowana. Drogę powrotną robimy dużym łukiem by pooglądać tutejsze sklepy. Następnego dnia wyjeżdżamy już do Petry. Jechać autobusami Jett się nie opłaca, więc idziemy 3 km w słońcu na dworzec minibusów, skąd dojeżdżamy do Ma’an. Po drodze, na Desert Highway co jakiś czas obserwujemy piaskowe burze. Na miejscu siedzimy przy dworcu i oczekujemy na busa do Wadi Musa. W międzyczasie kilku kierowców pick-upów proponuje nam podwiezienie po 1 JD od głowy, ale bus kosztuje połowę tego, więc czekaliśmy aż przyjedzie. Zatrzymujemy się na początku typowo turystycznej wioski, jaką jest Wadi Musa w hotelu Musa Spring za 1 JD na dachu. Był tu Darek, od którego dostałem wcześniej sms’a, więc głównie dlatego się tu zatrzymaliśmy. Wieczorem schodzimy jeszcze do wioski by skorzystać z internetu, jutro trzeba wstać z samego rana by jak najdłużej oglądać Petrę. O 7 rano mamy hotelowy bus do Petry. Pismo od ministra przeszło i wchodzimy po 10 JD od osoby. Za bramą idzie się kawałek i wchodzimy do ponadkilometrowego siq. Jego szerokość wynosi od 3 do 16 metrów i już on sam naprawdę robi wrażenie. U jego wylotu jest największa atrakcja Petry, a więc wykuty w skale skarbiec Al Khazneh. Jest naprawdę przepiękny, ale w środku nic nie ma. Obok jest stoisko, w którym kupuję kliszę, bo zapomniałem wziąć dodatkowej w hotelu. Cena nie taka straszna, bo 3 JD. Gdy napatrzyliśmy się na skarbiec ruszyliśmy dalej wzdłuż Street of Facades, oglądamy teatr i grobowce. Tutaj jest wąski szlak na górę Jebel al Khubtha, na szczycie której podziwiamy piękne widoki. W dół schodzimy innym szlakiem, a pod koniec to nawet chyba przecieramy ślady. Następny przystanek to zniszczone Nimpheum i dalej przez bramę Temenos wchodzimy do odnawianego przez włoskich archeologów Qasr al Bint. Zwiedzanie sprawnie nam idzie i został nam tak naprawdę tylko monastyr – największa budowla w Petrze. W największym słońcu po godzinie 12 wyruszamy wąwozem pod górę w jego kierunku. Ponad pół godziny marszu trochę nas wykończyło, ale to co zobaczyliśmy warte tego było. Niestety w środku znowu nic nie ma. Krzysiek kupuje puszkę coli za 1,5 JD – ździerstwo. Idziemy jeszcze kawałek za monastyr w stronę Wadi Arabia. Stąd widać pięknie góry i sam już nie wiem czy same one są ładniejsze czy wykute w skale miasto. Po południu wracamy pieszo do naszego hotelu i mimo porannego wymeldowania bierzemy prysznic. Po drodze robiliśmy zakupy i oczywiście w każdym sklepie różne ceny dla obcokrajowców. To dopiero początek Jordanii dla nas a już naprawdę mamy dość tego zdzierania z turystów na każdym kroku. Trójka z nas wystawia bagaże przed hotel, mamy iść spać gdzieś w krzaki, a druga trójka zostaje w hotelu. Rozmawiam jeszcze także z Darkiem o Indochinach, bo bardzo chciałbym się wybrać w przyszłym roku. Nic nie zastąpi informacji z pierwszej ręki. O godzinie 6 następnego dnia mamy bus do Wadi Rum. Cena aż 3 JD, mimo, że nie ma tam nawet 100 km do przejechania. Do tego kierowca chciał jeszcze 0,5 JD za bagaż, ale jak zwykle w takich sytuacjach olewamy gościa. Zuza z Mundim decydują się jechać kombinowaną drogą, co wyniosło ich połowę taniej. Przejazdy w Jordanii są bardzo drogie biorąc pod uwagę cenę benzyny 60 groszy. Na miejscu wychodzi po nas Beduin, do którego dzień wcześniej dzwonił Darek i umówił nas z nim. Przy herbatce zasiadamy do negocjacji. Cena stanęła w końcu na 12 JD za cały dzień łącznie z noclegiem. Mamy do wyboru otwartą starą 24-letnią Toyotę lub zamkniętą nową. Wolimy jednak nie kisić się w środku i bierzemy starą. Pustynia jest cudowna, piasek jest czerwony, jest płasko i wyrastają pionowo góry naruszone przez procesy eoliczne. Najpierw jedziemy do Studni Lawrence’a, która jest betonowym odlewem i praktycznie żadną atrakcją. Po obecnej roślinności widać, że woda schodzi z góry żlebem. Dalej próbujemy naszych wspinaczkowych sił w wąwozie Khazali. Mimo tego, że jesteśmy w klapkach to nieźle nam idzie. Spotykamy tu Polaków, którzy są innym jeepem. Później jeszcze raz ich spotkaliśmy w Palmirze. Dalej jedziemy zobaczyć łuki skalne. Są aż 3, ten słynny z reklamy Marlboro jest średni i udaje się nam na niego wejść. Największy łuk jest położony bardzo wysoko i do wspinaczki musielibyśmy mieć dobre buty i kilka godzin czasu. O godzinie 13 nasz kierowca zatrzymuje się w cieniu pod skałą i możemy przygotować sobie jedzenie. Robi nam także herbatę. Podczas krótkiej drzemki przyjeżdża do nas beduińska rodzina i ucinają sobie pogawędkę z naszym Beduinem. Następna atrakcja to ponad 5-kilometrowy spacer w najdłuższym wąwozie Wadi Rum. Kierowca nas zostawia i mówi, że będzie czekał u wylotu. Wąwóz jest bardzo malowniczy, ale chodzenie w takim upale nie jest dobrym pomysłem. Michałowi do tego rozlatuje się klapek i musi iść boso po gorącym piasku. Potem podjeżdżamy pod dom Lawrence’a, z którego mało co zostało i tu spotykamy Zuzę z Mundim, którzy jeździli w jeepie z Kanadyjczykiem. Z ceną poszli w zaparte i gotowi byli nie jechać wcale jeżeli cena byłaby wyższa niż 7 JD. No i udało im się za tyle pojechać. Nas za to zdenerwowało to, że zapłaciliśmy o 5 JD więcej. Nasi kierowcy umawiają się byśmy razem spali w jednym miejscu. Jedziemy jeszcze zobaczyć inskrypcje Nabatejczyków i lądujemy w miejscu noclegowym oglądając zachód słońca. Nie był on zbyt efektowny, bo słońce szybko zaszło za skały zanim jeszcze zrobiło się czerwone. Zbieramy kawałki chrustu i robimy sobie wieczorne ognisko. Rozmawiamy także dużo z poznanym Kanadyjczykiem. Okazuje się, że jest w podróży od 8 miesięcy. Przyleciał do Singapuru, zwiedził Indochiny, Tybet, Rosję, przyleciał do Turcji i przez Bliski Wschód udaje się do Afryki by dotrzeć do Maroka i stamtąd wracać do domu. Znowu zasięgam sporo informacji o Indochinach. W szczególności zachwalał północny Wietnam i Birmę. Rano przyjeżdża nasz przewodnik i zabiera nas do wioski. 0 7.30 wyjeżdżamy do Aqaby. Cena 1,5 JD – jeszcze nie najgorzej. Prowadzący Arab jest dla nas synonimem skąpstwa, chyba z 5 minut liczył czy nasza szóstka dała równo 9 dinarów. Aqaba jest typowym kurortem nadmorskim, lecz ceny jakieś takie bardziej przyziemne. Na targu wywieszone są ceny i możemy kupować bez zwyżek dla turystów. Zaraz też idziemy na plażę, a tu typowa ‘stonka’. Plaża jest piaszczysta, ale wszędzie są pety, wielbłąd na środku załatwia swoje potrzeby, chodzą konie. Ogólny syf. Woda przynajmniej jest ciepła i czysta, choć na dnie leży trochę butelek i puszek. Dowiadujemy się, że rafa koralowa, dla której tu przyjechaliśmy zaczyna się kilkanaście kilometrów na południe od miasta i tam chcemy się skierować. Dochodzimy do Tourist Center, zostawiamy plecaki i część z nas idzie do supermarketu Safeway, jedynego jaki widzieliśmy w Jordanii. Ceny w nim są co najmniej 2 razy niższe niż w normalnych sklepach i robimy sporo zakupów. Do Yammaniya dostajemy się busem. Tam jest duża plaża i rafa zaczyna się zaraz za brzegiem. Rafa wygląda wspaniale. Ponad godzinę nurkowałem i przyglądałem się na ten swoisty cud natury. Dobrze, że na plaży są daszki, pod którymi możemy się schować, bo temperatura dochodzi do 44 stopni w cieniu i jest strasznie wilgotno. Rozbijamy namioty pod jednym z takich dachów. Obok jak okiem sięgnąć mnóstwo Jordańczyków spało tak samo. Następnego dnia leżymy na plaży aż do 13 i oglądamy jeszcze rafę. Michał złapał jeepa, który go podwiózł do słynnych japońskich ogrodów. Nie wziął on jednak okularków i po 2 minutach spędzonych w wodzie usiadł na rafę i został poparzony. Tak oto się skończyła jego przygoda z ogrodami. W Aqabie jeszcze raz idziemy do Safeway po zakupy. W tutejszej toalecie także się myjemy. Po wyjściu z klimatyzowanego marketu przeżywamy szok – temperatura wzrasta z 27 na 42 stopnie. Jeszcze dziś chcemy dostać się do Kerak. Na drodze łapiemy kilku gości, którzy mówią kosmiczne ceny za podwiezienie. Jeden nawet powiedział 100 JD. W końcu zatrzymuje się pick-up i po 1,5 JD od głowy mamy dojechać do Ma’an. Podczas jazdy dowiaduje się, że jedzie do swojej farmy w Shawbak i zabieramy się z nim aż tam. Na miejscu dał nam jabłek ze swojego sadu i wywiózł na samą górę do tutejszego zamku. Miał po nas przyjechać za 2 godziny i dowieźć gdzieś do Tafili. Mimo, że brał pieniądze to był naprawdę miły. Tutejszy zamek Krzyżowców jest bardzo ciekawy. Przez jakiś czas zgubił się Mundi z Michałem, którzy weszli do jakiegoś tunelu i wyszli ponad pół kilometra za zamkiem. Niezłe tajemne przejście. Nasz kierowca przyjeżdża i podwozi nas w końcu pod rezerwat Dana i tu znaleźliśmy dobre miejsce do spania pod samym lasem. Myśleliśmy, że to odludne miejsce, jednak od rana nawiedzają nas pielgrzymki Beduinów. Jeden nawet chciał pieniądze za to, że spaliśmy na jego polu. Siadł przy nas gdy składaliśmy namioty i czekał. Oczywiście po zebraniu się rzucając suche ‘bye’ idziemy na drogę i nic mu nie dajemy. Rezerwat sobie odpuszczamy, bo wejścia za drogie dla nas. Na drodze ‘nasz’ Beduin łapie znajomych w busie i tym sposobem do Tafili dojeżdżamy za friko. Ciekawe dlaczego nagle nic za to nie chciał. Gdy siedzieliśmy na przystanku w czekaniu na busa do Kerak podszedł do nas jakiś prywatny kierowca i po targowaniu po 0,5 JD na głowę dojeżdżamy pod sam słynny zamek. Wejście płatne 1 JD i jak zwykle nic nie udało się załatwić na karty zniżkowe. Z samego zamku to chyba najbardziej atrakcyjne są mury, które można sobie pooglądać z dołu i nie trzeba płacić. Sporo jest w zamku podziemnych przejść i tuneli, którymi mogliśmy się powłóczyć. Jak zwykle niektórzy z nas musieli dłużej zabawić w zamku i dopiero o 15 próbujemy wyjeżdżać do Madaby. Nie mamy pojęcia, która droga z miasta tam prowadzi, a chcieliśmy się dostać na King’s Highway. Tędy nie jeżdżą żadne regularne busy i w sumie specjalnie nas to nie zdziwiło po przejechaniu się tą trasą. Jechaliśmy w końcu znowu jakimś prywatnym busem po 1,5 JD. Chciał dużo więcej, odjeżdżał już, ale w końcu nas wziął. King’s Highway wiedzie w dół i potem w górę zboczy jednego z najgłębszych wąwozów na świecie – Wadi Al-Mudjib. Ma on ponad kilometr głębokości. Jest bardzo malowniczy. Droga jednak jest wąska i dużo na niej naniesionego ze zboczy żwiru, więc momentami po serpentynach jedzie się naprawdę wolno. Dopiero o 18 dojeżdżamy do Madaby i już wiemy, że tam nic dzisiaj nie zwiedzimy. Podjeżdżamy więc pod górę Nebo, ale tam spotykamy się z tą samą sytuacją. Idziemy w końcu wzgórze obok by poszukać jakiegoś noclegu. Gdy rozkładamy się w obniżeniu, przychodzi do nas niespodziewanie policja i mówi, że nie wolno tutaj spać. Ja im tłumaczę, że przyszliśmy tu na zachód słońca. I rzeczywiście zachód był bardzo piękny, a z góry widać było Morze Martwe. Przyszedł do nas też kierowca busa oferujący swoje usługi. Za Nebo, Madabe, Morze Martwe i podwiezienie do Jerash chciał 30 JD, dawaliśmy mu 20 i w końcu przystał na nasze warunki. Umówiliśmy się jutro na rano. Ponieważ mieliśmy już odwiedziny policji to przenieśliśmy się kilkaset metrów dalej z namiotami i tam nas już nikt nie widział. Następnego dnia najpierw zwiedzamy Górę Nebo. Oglądamy pamiątki z domniemanego miejsca śmierci Mojżesza. Jest tutaj odkopany kościół, w którym nawet był papież Jan Paweł II. W środku są mozaiki, z których słynie Madaba. Przeglądamy jeszcze foldery i wychodzimy na zewnątrz, gdzie byliśmy umówieni z naszym busem. Gość jednak okazał się na tyle nieuczciwy, że przyjechał z grupą pełną Anglików. Podłapał lepszy interes i nas zostawił. Musieliśmy wziąć taxi do Madaby. Pierwsze kroki kierujemy do kościoła św. Jerzego, gdzie znajduje się słynna mozaika mapy Ziemi Świętej. Mapa jest zorientowana na wschód, widać Jerozolimę, Betlejem, Morze Martwe, które zdaje się być większe niż teraz, Deltę Nilu. Mieliśmy jeszcze iść do Parku Archeologicznego pooglądać inne mozaiki, ale znowu wysoka cena nas odstrasza. Co najciekawsze to już zobaczyliśmy. Za 1 JD od osoby dojeżdżamy pod Rest House nad Morzem Martwym. Za wstęp na kawałek plaży i możliwość prysznica znów zdzierają jak mogą. Chcą 3 JD. Postanawiamy wejść na jakąś dziką plażę. Najpierw próbujemy z prawej strony, ale druty kolczaste i jakiś pracownik Rest House nas odstrasza. Idziemy więc po lewej stronie i tu widać miejscowych ludzi zażywających kąpieli. Jest też mały strumyczek ze słodką wodą, w której przy małym kombinowaniu można się opłukać z soli. Woda w morzu, a właściwie jeziorze jest bardzo gęsta i słona. Jak się zmoczy palec i się go weźmie do ust to piecze przez następne kilka minut. Próbujemy pływać, ale za bardzo się nie da, unosimy się tylko na powierzchni wody i narzekamy na wszystkie piekące nas zadrapania i otarcia. Nasza przygoda z Morzem Martwym za długo nie trwała, ale naprawdę warto przeżyć to uczucie unoszenia się na wodzie. Miejscowi biorą także błotne kąpiele lecz my już z nich rezygnujemy. Stojące powietrze i spora wilgotność powodują, że szybko chcemy się wydostać z tego miejsca. Na drodze łapiemy półciężarówkę i za 4 JD dojeżdżamy do Ammanu. Kierowca, jako jeden z naprawdę niewielu ludzi w Jordanii w ogóle nie mówił po angielsku i w stolicy wysadził nas nie na tym dworcu co trzeba. Za grosze dojeżdżamy dwoma busami na odpowiedni dworzec i tam już czeka na nas autobus do Jerash. Na miejscu wysiadamy od razu przy ruinach, które są w centrum miasta. Dzisiaj już nie ma za dużo czasu, więc na zwiedzać decydujemy się następnego dnia. Idziemy jednak do tutejszego Tourist Center i długi czas rozmawiamy z policjantami o Jordanii. W poszukiwaniu noclegu udaliśmy się dopiero po zmroku, przeszliśmy całe ruiny dookoła i w końcu wylądowaliśmy w jakimś sadzie z postanowieniem, że o 7 rano już nas tam nie będzie. Tak też się stało i przy wejściu do ruin dopiero robimy sobie śniadanie. Zniżek żadnych jak zwykle nie było, choć po raz kolejny próbowaliśmy walczyć z naszymi zniżkowymi kartami. Niestety Jerash nas zbytnio nie zachwyciło. Trwają prace remontowe, m.in. cały zastawiony rusztowaniami jest Łuk Hadriana, są także przygotowania do festiwalu i mnóstwo różnych rzeczy jest porozstawianych, które psują klimat miejsca. Oprócz mnóstwa kolumn dobrze zachowane są amfiteatry oraz świątynia Artemidy, która to była kiedyś największą budowlą tego starożytnego miasta. Po dwóch godzinach chodzenia zobaczyliśmy wszystko i mogliśmy powoli szukać transportu do Syrii. Kombinowaną drogą dojeżdżamy do Ar-Ramtha gdzie resztki pieniędzy wydajemy na falafle. Są tu taksówki proponujące przejazd do Der’a po stronie syryjskiej. Chcą po 2 JD od osoby. My jak zwykle próbujemy szukać alternatywy i znajdujemy starego syryjskiego mercedesa, którego kierowca zgadza się nas przewieźć nas za połowę tej sumy. Jednak uparci taksówkarze zobaczyli jak rozmawiamy i zaczęli straszyć policją. Wychodzimy więc na wylotówkę i nasz mercedes znowu się zatrzymuje. Potem przesiadamy się w 2 samochody i jedziemy dalej. Granicę jordańską przekraczamy bez problemów, ale zdziercy po raz kolejny musieli wyrwać od turystów i płacimy po 5 JD opłaty wyjazdowej. Nareszcie koniec naszej udręki z Jordanią. Strasznie nas szarpnęła po budżecie, mimo, że bardzo oszczędzaliśmy i spaliśmy tylko 3 noce w hotelach. Jordanię zapamiętamy jako piękny kraj z mnóstwem atrakcji, prawie wszystkich mieszkańców mówiących po angielsku i tych samych mieszkańców łapczywie próbujących naciągnąć turystów na pieniądze. Kupujemy jeszcze po zimnym piwie w Duty Free Shop i podjeżdżamy na granicę syryjską.

Syria po raz drugi. (mapka)

Tu zaczynają się nasze problemy z grupową wizą darmową. Głównemu oficerowi tłumaczyłem, że jako studenci musieliśmy się porozdzielać, bo w 19 osób bardzo trudno się podróżuje i praktyki mamy w różnych krajach. Brzmiało to w miarę sensownie i oficer przyjął to do wiadomości. Jednak musiał zadzwonić do Head of Oficer w Damaszku i się zapytać co z nami zrobić. Ponieważ oficer był chwilowo nieosiągalny, więc musieliśmy czekać. Po godzinie nasi taksówkarze zniecierpliwili się i chcieli pieniądze za przejazd. Nie chcieliśmy im zapłacić, bo się nie wywiązali z umowy. Zaczęli strasznie się kłócić, a w tłumaczeniu pomagała nam spora grupka ludzi. Postanawiamy zapłacić im w sumie 3 JD, czyli połowę ustalonej sumy. Wzięli pieniądze, ale dalej byli niezadowoleni. Zesłali w końcu na nas klątwę Allaha i sobie poszli. Nasze czekanie się przeciąga i dopiero po 3 godzinach puszczają nas i mówiąc ‘Welcome to Syria’. Z granicy wyszliśmy już po zmroku i jeszcze dziś chcieliśmy się dostać do Bosry. Tam znajduje się słynny amfiteatr, który jest najlepiej zachowany ze wszystkich rzymskich. Po kilku śmiesznych cenach różnych przewoźników dochodzimy w końcu do dworca. Okazuje się, że nie ma już regularnych połączeń, ale jeden bus przewiezie nas za 200 SP od wszystkich. Trasa minęła bardzo szybko, bo jechaliśmy głównie z prędkością 130 km/h. Mimo późnej pory wchodzimy do amfiteatru i tam od razu pytają się nas czy chcemy tutaj spać. Prawdę mówiąc mieliśmy się o to zapytać, a oni sami zaproponowali. Wprowadzili nas gdzieś na górę i chcieli 200 SP od osoby. My jednak powiedzieliśmy, że chcemy spać tylko na scenie i możemy zapłacić po 50 SP. Zgodzili się. Teatr mimo nocy już na nas zrobił wrażenie, rozłożyliśmy się na scenie i jeszcze długą chwilę testowaliśmy akustyczność. W nocy jednak trudno było zasnąć, bo strasznie gryzły nas komary. Rano w mieście jeszcze wymieniamy pieniądze i łapiemy busa do Der’a po 15 SP. Tam przesiadka i lądujemy w Damaszku. 7 osób w taksówce to zły pomysł, ale jedziemy upchani jak sardynki w puszce aż do Placu Męczenników. W tych okolicach są najtańsze hotele i jest blisko Starego Miasta. Zamieszkujemy w hotelu Al.-Rabie za 125 SP za miejsce na dachu. Hotel jest bardzo przyjemny i czysty. Po południu wychodzimy na miasto by kupić bilety do Bejrutu. Jest to nasz ostatni dzień w szóstkę, bo Zuza jako dziewczyna nie może dostać wizy do Libanu i razem z Mundim zostają w Damaszku. Teraz także mamy czas pozwiedzać stolicę Syrii. Najpierw idziemy do Muzeum Narodowego, które ma bardzo bogatą kolekcję, szczególnie z „miasta umarłych”, czyli Ugaritu. Po drodze Mundi zostawia niby w renomowanym zakładzie kliszę do wywołania. Niestety wszystkie zdjęcia prześwietlili i może być problem czy coś w Polsce da się z tymi zdjęciami zrobić. Niestety pech. Mnie zresztą w Polsce podobny pech spotkał, bo jedna z klisz okazała się pusta. Na szczęście można liczyć na odbitki od współtowarzyszy. Za murami Starego Miasta kierujemy się w souki, czyli bazary. Są naprawdę ogromne i jakby mniej komercyjne niż w Aleppo, a co za tym idzie jest tu taniej. Kupujemy m.in. 7 kg arbuza za dolara. Siadamy na schodkach by go zjeść. Najpierw przyszedł jakiś człowiek i zręcznie nam go pokroił, a po skonsumowaniu przyszedł jakiś inny człowiek z butelką wody i mogliśmy umyć lepiące się ręce i usta. Bardzo miłe zaskoczenie i przykład gościnności Syryjczyków. Zaraz za soukami wchodzimy do Wielkiego Meczetu Ommajadów. Słyszeliśmy o opłacie za wejście, ale udało nam się wejść za darmo i nawet nie widzieliśmy nikogo sprzedającego bilety. Meczet jest naprawdę cudowny, najładniejszy ze wszystkich jakie widziałem. Ma sporo ponad tysiąc lat, a wygląda jak nowy. Szczególnie piękny jest dziedziniec, mozaiki na ścianach. W środku jest podobny wystrój. Po ulicach centrum Damaszku chodzimy do późnych godzin nocnych, miasto wywarło na nas naprawdę wspaniałe wrażenie i zdecydowanie stawiamy je na pierwszym miejscu wśród odwiedzonych miast na Bliskim Wschodzie. W hotelu spotykamy dwójkę Polaków z Poznania, którzy mówią nam, że do Libanu jest darmowa wiza 48-godzinna. To był dla nas kolejny szok i modyfikujemy plany tak, aby zmieścić się w tym czasie. Postanawiamy ominąć południe kraju, czyli Sydon i Tyr. Zresztą trochę obawialiśmy się tych okolic, bo w tym czasie Izrael bombardował południe kraju. W planie pozostaje nam więc Bejrut, Baalbeck, cedry i Trypoli.

Liban (mapka)

Rano z 15-minutowym spóźnieniem wyjeżdżamy z Damaszku. Granice mijają szybko i wiza do Libanu rzeczywiście jest darmowa na 48 godzin. Denerwuje nas jednak drugi wpis na pierwszej stronie paszportu. Znowu Syryjczycy wpisują jakiś numer ze swojego komputera. Widać sieci nie mają. Do Bejrutu dojeżdżamy w samo południe. Od razu atakują nas taksówkarze, ale my mamy zamiar zrobić kilkugodzinną trasę pieszą po centrum i dojść do dworca, z którego odchodzą minibusy do Baalbeck. Stolica Libanu praktycznie niczym się nie różni od stolic europejskich. Wszędzie bogactwo i przepych, drogie samochody, piękne i nowe budynki. Wymieniamy w banku pieniądze – kurs stały 1$ - 1500LL. Oglądamy parlament i najważniejsze ulice w mieście. Gdzieniegdzie widać kilka zburzonych domów, ale naprawdę mało. Upał i duża wilgoć szybko nas wykańcza, ale trasę zrobiliśmy tak jak planowaliśmy. Kupujemy w końcu po zimnym piwie, które w Libanie można kupić na każdym kroku i idziemy do busa. Tu niespodzianka, bo jedzie z nami trójka Polaków. Są tak jak my z różnych miast i na moje pytanie gdzie się poznaliście, odpowiadają ‘w tamtym roku w pociągu do Chin’. Naprawdę nas to rozbawiło :-). Okazało się także, że znamy się z jednej grupy dyskusyjnej w internecie. Praktycznie całą trasę słuchałem opowieści o Chinach i o Tajlandii, gdzie także byli. Mogłem się dowiedzieć więc kolejnych cennych informacji o Indochinach i coraz bardziej jestem skłonny właśnie tam pojechać za rok. Na miejscu w Baalbeck pierwsze kroki kierujemy do muzeum Hesboallahu. Tam od razu szok. Muzyka marszowa, dookoła plakaty jak to Liban radzi sobie w walce z Izraelem, na środku wielki stół z rzeczami przechwyconymi armii izraelskiej podczas walk. Naprawdę byliśmy zaskoczeni. Była to wielka propaganda jaki to Izrael straszny. Był nawet duży napis: ‘Lebanon to Israel = Vietnam to USA’. Dostaliśmy także wydrukowane kartki z opisem ostatnich walk. Dopiero po dokładnym zwiedzeniu tego miejsca idziemy do ruin, do których właściwie tutaj przyjechaliśmy. Musze przyznać, że spodziewałem się, że będą większe. Do tego na sporej części zbudowana jest scena i miejsca siedzące. Znowu więc mamy pech z jakimś festiwalem. Świątynie za to są bardzo dobrze zachowane i naprawdę wielkie. Po zwiedzeniu chcemy się wydostać z miasteczka w stronę Bszarri, gdzie rosną słynne cedry libańskie. Gdy szliśmy drogą zaczepiła nas jakaś kobieta i zaprosiła do domu na herbatę. Jak już siedzieliśmy na werandzie na krzesłach to niestety na herbatę się nie doczekaliśmy, nasza kobieta gdzieś się ulotniła i przyszła męska część rodziny. Oni od razu się nas pytają czy zapalimy haszysz i robią skręta. Ja decyduje się odmówić palenia, bo przypomniały mi się przygody Michała z tamtego roku z Maroka. Jednak tu nic takiego się nie powtórzyło i zaraz dosłownie wychodzimy, bo już się ściemnia, a my nie mamy miejsca na spanie. Po drodze wylotowej z miasta idziemy jeszcze z 5 km, bo wszędzie widać zabudowania. Co gorsza, prawie z każdego domu i z każdego mijającego nas samochodu ktoś głośno krzyczał czy chcemy kupić haszysz. Byliśmy naprawdę w szoku, że tu wszystko jest takie bezceremonialne. Mieliśmy tego już naprawdę dość i w końcu zeszliśmy w jakieś pole i rozbiliśmy się przy murku. O 7 rano budzi nas przechodzące obok namiotu stado owiec i jakiś człowiek coś krzyczący po arabsku. Wychylam się z namiotu, a tu typowy Beduin, którego namiotu wczoraj w nocy nie zauważyliśmy, mimo, że był niecałe 100 metrów od nas. Po angielsku zaprosił nas na herbatę do siebie. Weszliśmy do jego ‘domu’, w środku posadzki wylane i na nich dywan. Zaraz też wyciągnął swój telefon komórkowy i zaczął ładować. W międzyczasie jego 3 żony przygotowały nam herbatę i posiłek składający się z ichniego chleba i rodzaju białego sera. Najbardziej zaskoczył nas pytaniem czy chcemy pooglądać wiadomości CNN i odsłonił nowy telewizor Sony. Okazuje się, że i w namiocie można żyć jak w normalnej cywilizacji. Po godzinie wychodzimy na drogę, rozdzielamy się i łapiemy stopa do rezerwatu cedrów. Szybko łapiemy Araba w starym Mercedesie, podwozi nas 5 km i chce pieniądze. Daje mu 1000 LL i mówię, że więcej nie dam. Był niezadowolony, ale z poważną miną odeszliśmy. W tym samym czasie dojechała druga dwójka, oni złapali katolika i ten nie chciał od nich pieniędzy. Jak się później okazało to była reguła w Libanie – katolicy przewozili za darmo, a Arabowie za pieniądze. Po chwili wszyscy łapiemy pick-upa. Człowiek był katolikiem, nie mówił po angielsku, ale dogadaliśmy się, że zaprasza nas do siebie do domu. Podwiózł nas ponad 10 km i po wejściu do jego ogrodu widzimy jak na samym widoku rośnie sobie haszysz. Znowu czeka nas jedzenie, tym razem zastawia cały stół różnymi przysmakami i najadamy się do syta. Cała rodzina była bardzo miła, szkoda tylko, że mówili jedynie po francusku. Na ulicy ruch już jest bardzo mały, udaje się nam jednak złapać kolejnego katolika w mercedesie i dojeżdżamy do rezerwatu. Przejeżdżaliśmy przez przełęcz położoną ponad 2500 m n.p.m. Widoki przecudne i zauważyliśmy także wyciągi narciarskie. Sam rezerwat z góry widać jako niewielki lasek i taki jest w rzeczywistości. Niestety te przepiękne drzewa zostały strasznie wytępione i pozostało ich niewiele. W rezerwacie jest ścieżka i za wejście się nic nie płaci. Można jednak ofiarować jakąś sumę na utrzymanie rezerwatu. Bardzo nam się tutaj podoba i do tego ten wspaniały zapach cedrów. Na środku w jednym z drzew są wyrzeźbione postacie Chrystusa. Czas jednak niestety stąd się zbierać i wychodzimy po 2 godzinach na drogę do Trypoli. Łapiemy busa i siedząc na jakichś narzędziach znowu za darmo dojeżdżamy ponad 150 km do Trypoli. Pytamy się od razu o autobusy do Homs i ponoć nie ma z tym problemu. Samo miasto jest zniszczone i zaniedbane, choć ma swój klimat. Chodzimy trochę po uliczkach, trafiając przy okazji na kafejkę internetową. Zjadamy także wielką kanapkę za 1000 LL, w środku której m.in. był kurczak i frytki. Pod wieczór decydujemy się wyjeżdżać do Homs, a wysiąść przy Krak des Chevaliers. Niestety jak się okazało o tej porze nic nie jeździ oprócz taksówek. Dojeżdżamy w końcu jedną z nich do granicy. Wybraliśmy sobie granicę bliżej słynnego zamku Krzyżowców. Okazało się później, że jest to granica lokalna i także tu znowu zaczęły się nasze problemy z wizą. Było nas teraz tylko 3 na 19 osób wpisanych do wizy (jeden z nas miał płatną). Nikt tu nie mówił po angielsku i nie mogłem wytłumaczyć naszej sytuacji. W końcu przy pomocy przypadkowych osób szef dowiaduje się dlaczego tak podróżujemy i dzwoni do Damaszku dowiedzieć się co z nami zrobić. Mówię mu, żeby nie dzwonił, bo z granicy w Der’a był taki sam problem i nas przepuszczono. Tym razem jednak każą nam wykupić wizę za 28$. Próbuje się jeszcze ratować godzinną rozmową z naszym ambasadorem w Damaszku, ale okazuje się, że on tak naprawę nic nie może zrobić. Walczymy do 2 w nocy i w końcu zmęczeni rozkładamy karimaty pod okienkami oficerów i idziemy spać. Rano zdenerwowani decydujemy się kupić wizę. Oficer na karteczce wypisuje, że mamy mieć 310 SP. Ucieszyłem się, bo miałem tyle pieniędzy i chciałem zapłacić w ich funtach. On jednak mówi, że muszę wymienić dolary na funty i banku i przyjść z tymi wymienionymi. Problem jest tu taki, że dolar po oficjalnym kursie kosztuje mniej niż 12 SP, a na rynku 50 SP i tu brała się ta różnica w dolarach. Decydujemy się jednak uciekać z tej granicy i próbować przy przejściu na drodze nadmorskiej do Tartus. Taksówką szybko tam dojeżdżamy i tam w końcu kulturalnie nas traktują. Po angielsku tutejszemu szefowi tłumaczę jak się ma sytuacja. On znowu dzwoni do Damaszku i każą nam wykupić wizy. Już nie było żadnego gadania. Szkoda nam było czasu na czekanie czy cokolwiek załatwi nasz ambasador. Lżejsi byliśmy więc o 28$ (wymienione oczywiście po kursie oficjalnym) i po koszmarach granicznych znowu wjeżdżamy do Syrii.

Syria po raz trzeci (mapka)

Pierwsze kroki za granicą kierujemy na plażę by się wykąpać. Na piasku porozrzucane jest mnóstwo podartych ubrań a i woda jest strasznie zabrudzona. Arabowie to straszne niechluje i śmieci wyrzucają wszędzie gdzie się da. Wsiadamy w busa do Tartus i z przesiadką tam dojeżdżamy pod Krak des Chevaliers. Właściwie to nas wysadzono na autostradzie i do zamku mieliśmy spory kawałek. Razem z poznanymi Czechami łapiemy kolejnego busa i dojeżdżamy. Krak jest naprawdę świetnie zachowany. Bardzo dużo jest różnych zakamarków i piwnic, szkoda jednak, że nic nie oświetlone. Po dwu godzinnej eksploracji jedziemy do Homs. Tam szybko wsiadamy do małego autobusu jadącego do Palmiry. Droga przez pustynie zrobiła na nas spore wrażenie, a siedząc na końcu mogliśmy także podziwiać zachód słońca. Po drodze miało miejsce jeszcze jedno ciekawe zdarzenie. Otóż nasz kierowca, jak zresztą wszyscy Syryjczycy, bardzo często używał klaksonu. No i przy wyprzedzaniu zaciął mu się ten klakson. Kierowca nic sobie z tego nie robiąc jechał z włączonym klaksonem z 5 minut. Dopiero jak zacząłem bić brawo na końcu autobusu to śmiech współpasażerów i ich docinki spowodowały, że kierowca zatrzymał się i naprawił. Do końca drogi klaksonu już nie użył. Może na drugi raz się zastanowi czy naprawdę mu jest tak niezbędny. W Tadmur jesteśmy już po zmroku, idąc po mieście proponują nam nawet nocleg za dolara na dachu, ale idziemy się rozbić obok jednej z oaz. Nazajutrz od samego rana zwiedzamy Palmirę. Pierwsze kroki kierujemy do Świątyni Baala. Ja z drukowanym ISIC wchodzę bez problemu, moi współtowarzysze mają wypisany ręcznie i nie chcą ich wpuścić na zniżkę. Dopiero po wyjęciu kilku różnych dokumentów i sprawdzeniu, że nazwiska się zgadzają, wchodzą. W środku świątyni spotykamy w sumie z 10 Polaków. Z dwiema dziewczynami zapoznaliśmy się bliżej i towarzyszyły nam do końca zwiedzania. Jedyny z nas, który wyłamał się z oglądania Palmiry był Michał, który miał już dość wszystkich ruin i spał sobie smacznie w cieniu kolumn. Oprócz głównych ruin idziemy także do jednego z grobowców. Cytadelę na wzgórzu już sobie odpuszczamy, bo jest daleko. Poza tym dziewczyny były tam o świcie i opowiedziały nam co można z niej zobaczyć. Żegnamy się z naszymi koleżankami i jedziemy do Hamy by obejrzeć słynne norie. Oczywiście przesiadka była w Homs i kierowca kręcąc po różnych uliczkach pokazał nam jak wygląda to miasto slumsów. Naprawdę nic ciekawego. Za to Hama i jej norie są naprawdę warte obejrzenia. Wielkie drewniane koła przeraźliwie skrzypiące działają do dziś. Rozkładamy się na zielonej trawie, której bardzo byliśmy stęsknieni. Dwóch z nas idzie wymienić pieniądze i przychodzą z wiadomościami, że w Polsce są wielkie powodzie. W jednym z hoteli obejrzeli sobie Polsat. Ta stacja jest bardzo popularna wśród Syryjczyków, szczególnie w sobotnie wieczory ;-). Luksusowym autobusem dojeżdżamy na wieczór do Aleppo, gdzie chcemy zrobić ostatnie zakupy i poszukać jakiegoś nocnego autobusu do Antakyi. Znajdujemy jeden za 200 SP, który ma odjechać o północy. Na targu wydajemy ostatnie funty i idziemy jeszcze na soki. Tam znowu słyszymy polskie głosy i ku mojemu zaskoczeniu natknęliśmy się na ludzi z Lublina i jedna dziewczyna nawet dzwoniła do mnie jeszcze przed wyjazdem i mieliśmy się umówić w Syrii. Udało się nam jednak spotkać bez umawiania się. 4 godziny do odjazdu autobusu przegadujemy z nimi. Chcieli oni jechać na Kaukaz, ale nie mogli dostać się do Gruzji, więc pochodzili trochę po tureckich górach i przyjechali tutaj. Nasz przemytniczy autobus wyjechał dopiero po 1 w nocy. Niestety klimatyzacji nie chcieli włączyć czym nas bardzo zdenerwowali. Mnie także zaczęła po raz pierwszy łapać biegunka, więc miałem podwójne powody do niezadowolenia. Przed granicą zatrzymujemy się na wielkiej stacji benzynowej i mimo tego, że jest środek nocy to mnóstwo tu autobusów i każdy robi wielkie tankowanie we wszystkie zbiorniki jakie ma. W końcu benzyna w Turcji jest kilka razy droższa. Na granicy syryjskiej także było kilka autobusów i ich obsługa co raz podrzucała łapówki oficerom, by najpierw ci sprawdzali paszporty z ich autobusu. Wszystko to trwało spory czas. Po stronie tureckiej kupiliśmy sobie wizę i na odprawę czekaliśmy także ze 2 godziny. Obsługa autobusu zaczęła nam dorzucać jakieś czarne torby pod bagaż, ale my zdenerwowani brakiem klimatyzacji poszliśmy w uparte i nie daliśmy sobie nic wcisnąć. Byli bardzo zdenerwowani. W końcu przyszedł celnik i zabrał im większość z tych toreb. W środku autobusu po odprawie i tak wszyscy byli zadowoleni i składali sobie gratulacje. W autobusie jednak dużo więcej było schowane.

Znowu w Turcji (mapka)

Drogę 100 km pokonujemy w sumie w 6 godzin i o świcie jesteśmy w Antakyi. Chcemy podjechać do naszego domku w Iskenderun i tam trochę odpocząć. Szybko dojeżdżamy stopem i tam bierzemy kąpiel najpierw w morzu, a potem pod wężem ogrodniczym. Mieliśmy się tu trochę przespać, ale jednak chcemy już teraz wyruszyć w stronę Kapadocji. Niestety Nemrut Dagi odpuszczamy, bo jeden z nas musi być wcześniej w domu. Jadąc jak zwykle z Michałem szybko łapiemy Opla i jadąc 140-150 km/h po autostradzie w ekspresowym tempie dojeżdżamy do skrzyżowania na Ankarę. Nasz samochód dalej pojechał wzdłuż wybrzeża. Ponieważ byliśmy bardzo zmęczeni to praktycznie całą drogę przespaliśmy i nie przeszkadzały nam plecaki na kolanach. Po wyjściu z samochodu na autostradzie od razu napatoczył się samochód żandarmerii. Nie mówili ani słowa po angielsku i zabrali nas 30 km stąd na dworzec autobusowy do miasta Tarsus i sobie odjechali. Zdenerwowali nas strasznie. Mieliśmy ok. 6 km do trasy wylotowej z miasta, a w tym upale to katorga iść. W końcu stajemy w mieście przy stacji benzynowej i próbujemy łapać. Jako, że to środek miasta to wzbudzamy duże zainteresowanie. Wszyscy nam proponują autobus, my jednak nie chcemy płacić. Obsługa stacji przynosi nam nawet paczkę chusteczek do ocierania się od potu. Po pół godzinie walki z miejscowymi, którzy nie chcieli od nas odejść łapiemy nauczyciela, który dowozi nas na wylotówkę. Byliśmy uratowani. Tu od razu łapiemy tira i jedziemy aż do skrzyżowania z drogą na Konya. Jechaliśmy bardzo wolno i był już prawie wieczór. Łapaliśmy jednak dalej i kolejnym tirem dojeżdżamy do Aksaray, a więc miasta, w którym zjeżdża się z drogi na Ankarę i jedzie się do Kapadocji. Mieliśmy wiadomość, że druga dwójka miała duże kłopoty i jest 200 km za nami. Mieliśmy więc przewagę. W Aksaray rozbijamy się pod jakimiś domami na kawałku polu, było już ciemno, a my nie mieliśmy sił szukać czegoś innego. Rano szybko się zebraliśmy by nikt się do nas nie przyczepił i idziemy wzdłuż drogi poszukać jakiegoś cienia by zrobić sobie śniadanie. Gdy tak szliśmy to zatrzymała się mała ciężarówka i zapytali się gdzie jedziemy. Zabrali nas aż do Neshvir. Zostało nam stąd tylko kilkanaście km do Goreme. Rozkładamy się w końcu z jedzeniem na trawie przy skrzyżowaniu. Po skonsumowaniu idziemy na drogę i łapiemy nowe BMW. Chwilę wcześniej powiedziałem, że chciałbym się przejechać kiedyś takim cackiem i akurat kierowca się zatrzymał :-). Potem przesiadka w Megane i jesteśmy w Goreme. Kupujemy zimne Efezy oraz kebaby i rozkładamy się przed wejściem do Goreme Open Air Museum. Na Krzyśka i Michała czekaliśmy prawie cały dzień i okazało się, że oni dojechali z drugiej strony. Spotkaliśmy się więc pod koniec dnia pod bramą muzeum. Pooglądaliśmy słynne skalne kościoły i te wszystkie ciekawe formy. Na wieczór zabraliśmy się obok muzeum i wybraliśmy sobie miejsce na nocleg właśnie wśród tych form. Pod sam wieczór osa wleciała mi w klapki i ugryzła w najmniejszy palec u nogi. Opuchlizna szybko mi rosła. Rano miałem spuchniętą całą stopę i na tyle to źle wyglądało, że chciałem jak najszybciej dostać się do Stambułu i pójść do lekarza. Jednak w Kapadocji chcieliśmy jeszcze koniecznie zobaczyć podziemne miasto w Derinkuyu. Po trzech stopach dojeżdżamy na miejsce. Miasto naprawdę jest spore, momentami bardzo trzeba się mocno schylać by móc przejść wszystkimi podziemnymi korytarzami. W środku panuje miły chłód. Spotykamy tu też naszą drugą dwójkę i gdy oni już obejrzeli zbieramy się na drogę by jechać już do Stambułu. Z tej wioski bardzo trudno się wydostać, ponieważ jest bardzo mały ruch. Nam jednak sprzyja szczęście i szybko łapiemy miłego Turka w Toyocie z klimatyzacją i po angielsku rozmawiając łatwo się dogadujemy. Wyrzuca nas aż za Neshvir na skrzyżowaniu, skąd możemy łapać kogoś do Aksaray. Tu znowu dosłownie chwila stania i mamy następny samochód. Kierowca bardzo szybko jedzie i przy wyprzedzaniu pod górkę na zakręcie przy prędkości 160 km/h na górze łapie go policja. Niestety nie mieli radaru i nawet nie wiem czy zapłacił on jakiś mandat. Znowu mamy bardzo szybkie tempo i chcemy trochę zwolnić. W Aksaray chcieliśmy łapać tylko auta osobowe, jednak zatrzymał się nam tir i kierowca mówi, że jedzie do Stambułu. Był to dla nas mały szok, no ale skoro jedzie tak daleko to my z nim. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że jedzie do Izmitu, a więc ok. 100 km przed Stambułem. Aż do 1 w nocy jedziemy i zatrzymujemy się w końcu spać. Nasz kierowca okazuje się typem zboczeńca, ponieważ zaczyna napastować Michała. Ten zdenerwowany odrzuca jego ręce i w końcu nasz kierowca mówi, że już jest Izmit i żebyśmy wychodzili. Mimo nocy i niepewnej pogody (właśnie skończyło padać) wysiadamy i idziemy obok drogi spać. Rozbiliśmy się obok jakiejś wielkiej płachty. Rano obudziły nas głosy, a po wyjściu z namiotu okazało się, że pod tą płachtą spało z 15 osób. Przy dziwnych spojrzeniach tych ludzi szybko się zbieramy i wychodzimy na drogę. Okazuje się, że do Stambułu mamy jeszcze ponad 180 km. Trzema stopami dojeżdżamy na miejsce aż pod dworzec Sikerci, a więc niedaleko Błękitnego Meczetu. Ostatni stop łapaliśmy już praktycznie w mieście, a naszego dobroczyńcę złapała policja za zatrzymanie się w niedozwolonym miejscu i zapłacił mandat. Głupio się nam zrobiło. Na pożegnanie postawił nam herbatkę w swojej restauracji i mogliśmy pójść do naszego hostelu Sinbad, gdzie byliśmy umówieni z drugą parą. Oni mieli równie duże szczęście, bo w Aksaray także złapali stop do Stambułu. W Sinbadzie bierzemy prysznic i ja chcę iść do kliniki do lekarza, bo moja noga napuchła już po łydkę. Niestety w jednej klinice nie było dermatologa i odesłali mnie do szpitala. Tam znowu była taka kolejka, że musiałbym czekać cały dzień. Idę w końcu do apteki i tam dają mi maść, dzięki której opuchlizna zeszła w kilka godzin. Postanawiamy już dzisiaj wyjeżdżać z drogę powrotną, bo nie ma sensu czekać 2 dni w Stambule by trafić na autobus Suczawa-Przemyśl. Chodzimy jeszcze długi czas po handlowych ulicach miasta oraz po krytym bazarze robiąc ostatnie zakupy. Mogliśmy to sobie darować, bo na otogar dojeżdżamy dopiero na godzinę 19 i po obejściu wszystkich biur okazuje się, że najbliższy autobus do Bukaresztu jest jutro o godzinie 13. Chcąc nie chcąc musimy więc tu zostać jeszcze jeden dzień. Kupujemy w końcu po targach 4 bilety po 20$ na jutro na godzinę 14. Jest już ciemno i wydostajemy się z dworca szukając jakichś krzaków do przenocowania. W końcu całkiem niedaleko dworca, ale za to blisko torów metra znajdujemy miejsce wśród drzew. Są tu także miejscowi, ale niedługo się zbierają. Nawet nie rozstawiając namiotów idziemy spać. To był nasz błąd, bo rano budzimy się pogryzieni przez komary. Nie mamy już w ogóle tureckich pieniędzy i nie opłaca nam się nic wymieniać, Michał robi jakieś zakupy na kartę kredytową i nic właściwie nie robiąc dotrwaliśmy do godziny 14. Na dworcu z biura gdzie kupiliśmy bilet jeden człowiek zabiera nas swoim samochodem na drugi dworzec i stamtąd mamy odjeżdżać

Droga powrotna

Autobus najnowszy nie jest, lecz klimatyzacja działa. Zaraz po ruszeniu są pierwsze zgrzyty, bo obsługa zbiera po 2$ od osoby na prom i opłatę ekologiczną w Bułgarii. Oczywiście za nic nie chcemy płacić, bo wszędzie takie opłaty są wliczone w cenę biletu. Około 2 godzin kłóciliśmy się z obsługą autobusu, nie chcieliśmy nawet dać im naszych paszportów do wpisania na listę. Jeden Rumun przetłumaczył nam, że za granicą w Bułgarii będą chcieli nas wyrzucić z autobusu. My jednak postawiliśmy twardo na swoim i nie zapłaciliśmy za nic. Oni także dali sobie spokój, widząc naszą upartość. Podróż dalej mija praktycznie bez żadnych niespodzianek. Na granicy bułgarsko-rumuńskiej możemy zobaczyć dlaczego autobus woli płynąć promem niż zapłacić za most – wtedy następuje wielki przeładunek ‘czarnych toreb’. Każdy miał przydzielone co trzeba i każda dziura była poupychana. Nazajutrz w Bukareszcie próbujemy złapać jakiś pociąg w interesującym nas kierunku. Mieliśmy wracać przez Budapeszt, ale najbliższy pociąg do Oradei był dopiero wieczorem. Była jeszcze możliwość pojechania pociągiem do Warszawy i wcale nie było to tak drogo. Mieliśmy nadzieje jeszcze na połowę zniżki za bilet grupowy dla sześciu osób (dołączyła się do nas jeszcze jedna para), ale był to tylko bilet w dwie strony. Wychodzimy więc z dworca i idziemy na autobus. 100 metrów za biurem Toros był mały dworzec autobusowy i tam akurat stał autobus do Suczawy. Kupiliśmy bilety za 5$ i czekała nas 8-godzinna męczarnia. O 20 jesteśmy na miejscu i już dziś nie ma żadnego autobusu do Czerniowców. Najbliższy o 4 rano. Wielka szkoda, bo jakby coś było to może z Czerniowców byłby jakiś nocny pociąg do Lwowa. Aby umilić sobie czas idziemy do restauracji niedaleko dworca i zamawiamy pizzę i piwo. Była to knajpka na otwartym powietrzu pod parasolami i obok nas było jakieś przyjęcie. Najprawdopodobniej były to chrzciny. Około północy, gdy impreza dobiegała już końca kelnerki zaczęły nam znosić potrawy z tamtych stołów. Mogliśmy zatem doświadczyć gościnności rumuńskiej i prawie wszystkie dania zjedliśmy, bo byliśmy bardzo głodni po podróży. Trójka z nas siedziała w knajpie do godziny 3, a ja z pozostałą dwójką poszedłem za kościół by zdrzemnąć się chociaż na 2 godziny. O 4 rano wsiadamy wszyscy zmęczeni do autobusu i budzimy się dopiero na granicy. Tym razem kontrola rumuńska szybka i na ukraińskiej nie chcieliśmy kupować strachowek, bo ostatnio nikt tego nie sprawdzał. Tym razem jednak oficer wbijający pieczątki zażyczył sobie ich pokazania. Oczywiście nasze międzynarodowe ubezpieczenia ważne na wszystkie kraje świata na Ukrainie nie działają i tracimy po 2,5 dolara. Na miejsce dojeżdżamy o 8 i od razu stał autobus do Lwowa. Znowu udało nam się zapłacić w dolarach. A w autobusie, który miał chyba ze 30 lat spędzamy kolejne 8 godzin. Lwów wita nas straszną ulewą. Rozglądamy się szybko za transportem do Polski i trójka z nas jedzie taxi do Przemyśla, a ja z dwoma Michałami wsiadam w stojący autobus do Tomaszowa Lubelskiego. W autobusie poznajemy rdzennego Lwowiaka. Jego matka jest Polką, a on studiuje w Lublinie. Tak więc we czwórkę wysiadamy w Tomaszowie i szukamy dalszego autobusu. Ponieważ jest niedziela wieczór, więc żadnych busów już nie ma i jedyne co możemy zrobić to czekać do godziny pierwszej w nocy na autobus do Warszawy. Dyżurny ruchu na szczęście pozwolił nam poczekać w swoim pokoju, bo na dworze zrobiło się bardzo zimno, a my po bliskowschodnich upałach nie przyzwyczajeni byliśmy do tak niskich temperatur. Drogi do Lublina praktycznie nie pamiętam, bo przespałem. W domu byłem ok. 4 nad ranem, a pozostali pojechali do Warszawy.

Podsumowanie

Cała wyprawa zajęła 31 dni - rozpoczęła się 6 lipca i zakończyła 6 sierpnia. Koszt wyniósł 400$, a mógł nawet mniej gdybym nie zrobił zakupów w Stambule w drodze powrotnej. Trzeba przyznać, że żyliśmy oszczędnie i zaledwie 9 noclegów mieliśmy w hotelach. Szczerze polecam wszystkim wyjazd na Bliski Wschód.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.