Turcja, Syria, Jordania, Liban
Syrią
„zaszczepiłem się” w grudniu poprzedniego roku, gdy oglądałem
slajdy w jednym z lubelskich klubów. Od razu zmieniłem plany z banalnej Grecji
i szukałem towarzystwa. Obecni na slajdach moi znajomi także wyrazili chęć
pojechania w tamte rejony. Na jakieś 2 miesiące przed wyjazdem zrezygnowali,
więc zacząłem szukać towarzystwa w internecie. Tak oto poznałem grupkę
ludzi, z którymi miałem się wybrać. Wielokrotną wizę syryjską załatwiliśmy
za darmo, dzięki pismu z uczelni, że jedziemy na wyprawę naukową.
Wielokrotna wiza kosztuje 47$, więc byliśmy sporo do przodu. Problem był
tylko w tym, że była to wiza grupowa aż dla 19 osób, a my mieliśmy jechać
w maksimum 9 osób. W Warszawie także chcieliśmy załatwić wizę do Libanu
(koszt 35$), ale chcieli zaświadczenia z dziekanatu, że studiujemy i daliśmy
sobie spokój. Mieliśmy spróbować załatwić wizę w Stambule. Rozważamy także
różne drogi dojazdowe do Stambułu i w końcu trzech z nas postanawia wyjechać
kilka dni wcześniej stopem do granicy węgiersko-rumuńskiej i dalej pociągami,
a pozostała czwórka (w tym ja) chcemy jechać autobusami z Przemyśla do
Suczawy i dalej do Bukaresztu i Stambułu.
Jedziemy do Stambułu.
6
lipca w piątek o 2 w nocy dojeżdżam z Lublina do Przemyśla i tam czekam na
pozostałą trójkę. Rano wszyscy się spotykamy i kupujemy zarezerwowane wcześniej
bilety do Suczawy. Siedząc na końcu autobusu na 5 minut przed odjazdem
otwierają się tylne drzwi. Do autobusu wsiadają o dziwo moi znajomi –
Zuza i Mundi, z którymi byłem w maju na Krymie i z którymi tę wyprawę
planowałem od początku. Postanowili jednak jechać z nami i było to naprawdę
wielkie zaskoczenie dla mnie. Rumuński autobus wiezie ludzi chyba tylko przy
okazji, pod każdym siedzeniem poupychane są jakieś torby. Klimatyzacja nie
działa i jest bardzo duszno. Na granicy polsko-ukraińskiej kupujemy strachowki
po 5$, których oczywiście nikt nie sprawdza, więc można nie kupować.
Przejazd przez Ukrainę w upale był ciężki i się strasznie dłużył aż w
końcu o 19 dojeżdżamy do granicy rumuńskiej. Odprawa ukraińska przeszła
szybko, natomiast po stronie rumuńskiej tragedia. Stało 6 autobusów i od
kilku godzin nie było żadnych odpraw. Celnicy chyba sobie zrobili święto.
Sami czekaliśmy na granicy do północy i w końcu po drugiej stronie mieliśmy
podstawiony autobus, a granicę przeszliśmy pieszo. Podczas tego 6 godzinnego
postoju mogliśmy się umyć w kranie oraz zrobić alkoholowe zakupy w sklepie
wolnocłowym. Przyszedł mi także sms od Marcina, który miał dojechać do
Stambułu stopem. Zawrócił z Budapesztu, bo nie spotkał się ze swoimi współtowarzyszami.
Będzie nam go brakowało. Dopiero o 1.15 wyjeżdżamy z granicy i po godzinie
dojeżdżamy do Suczawy do dworca kolejowego. Tam oczywiście się okazuje, że
na wszystkie pociągi do Bukaresztu trzeba czekać do rana. Do tego z rana będą
same ekspresy za cenę sporo wyższą niż autobus. Zasięgnęliśmy więc w
kasie informacji skąd wyruszają autobusy i o godzinie 3 w nocy wyruszyliśmy w
5 kilometrowy marsz do centrum. Przedmieścia wyglądają strasznie i do tego
wszędzie jest masa psów. Wymieniamy w hotelu Bukowina pieniądze, dowiadujemy
się o której odchodzi autobus i idziemy do parku na trawę by trochę się
przespać. Niestety po chwili przychodzi policjant i każe nam się zbierać. W
końcu kupujemy bilety na autobus i ten przyjeżdża za chwilę zupełnie
zapchany. Nasze numerowane miejsca okazują się zajęte, ale po interwencji u
kierowcy zwalniają się. Ten autobus także coś przemyca (później widzieliśmy
w Bukareszcie mnóstwo wyładowywanych paczek), bo wszystkie luki bagażowe są
zajęte i my nasze bagaże stawiamy na korytarzu przy początkowych siedzeniach.
Przez to wychodzenie i wchodzenie do autobusu mogło się odbywać tylko tylnymi
drzwiami. Klimy jak zwykle nie ma i cali mokrzy o 17 dojeżdżamy do stolicy
Rumunii. Na dworcu kolejowym dowiadujemy się, że o 14.15 odjechał ekspres do
Stambułu kosztujący niecałe 20$. Gdybyśmy zdążyli w Suczawie na nocny pociąg
to i w Stambule bylibyśmy wcześniej. Autobusy biura Toros oraz inne oferujące
przejazdy do Stambułu kosztują od 30$. Kupujemy więc bilety do Ruse –
pierwszej stacji w Bułgarii i tam będziemy kombinować co dalej. Bilet na tej
kilkudziesięciokilometrowej trasie kosztował więcej niż autobus, którym
przyjechaliśmy do Bukaresztu z Suczawy. Do Bułgarii dojeżdżamy po północy.
Na dworcu rozglądamy się za kolejnymi pasującymi nam pociągami. Okazuje się,
że jest jakiś o dopiero o 17.30 za 7$ i od tej miejscowości do granicy jest
jeszcze spory kawałek. W końcu po długich targach wynajmujemy busa, który za
10,5$ od głowy dowiezie nas do granicy tureckiej. Próbujemy trochę spać, ale
i tak mogę zaliczyć trzecią noc z rzędu zerwaną. O 7 rano jesteśmy na
granicy i po porannej toalecie na stacji Shella ruszamy przez aż 7 bramek.
Zaraz za granicą próbujemy łapać stopa, ale jeżdżą tu sami
„niemieccy Turcy” i po 30 minutach rezygnujemy wsiadając do
autobusu, który zawozi nas do Edirne. Miasto jest bardzo ciekawe i jego główną
atrakcją jest meczet. Według mnie wnętrze ma najciekawsze ze wszystkich
meczetów tureckich. Komfortowym autobusem dojeżdżamy w końcu do Stambułu. Z
otogaru przesiadkami metrem podjeżdżamy do Błękitnego Meczetu. Tutaj byliśmy
umówieni z dwójką naszych znajomych. Spóźniliśmy się godzinę na
spotkanie i nie znaleźliśmy ich. Mamy jeszcze dwie szanse jutro o 12 i 18. Na
jutro także umawiam się z Darkiem
Więczkowskim, który prowadzi grupę trampingową po Bliskim Wschodzie.
Poznaliśmy się na grupach dyskusyjnych w internecie i będzie okazja do
porozmawiania. Siedząc tak na trawie na hipodromie obok meczetu podszedł do
nas właściciel hostelu Sinbad. Wytargowaliśmy cenę 2,5$ za osobę za spanie
na dachu. Hostel był 100 metrów dalej i warunki były naprawdę dobre.
Skorzystaliśmy tu z internetu i późnym wieczorem urządziliśmy sobie miłą
pogawędkę z Czechami. Część z nich wybierała się aż do Indii.
Stambuł i droga do Syrii (mapka)
Po
3 zerwanych nocach w końcu się porządnie wyspaliśmy. Idę na spotkanie z
Darkiem i przez kilkanaście minut wymieniam informacje co, jak i gdzie.
Niestety on się spieszył, bo mieli niedługo autobus do Aleppo. Mieliśmy się
jeszcze skontaktować gdzieś w Jordanii sms’ami. Do godziny 12, a więc
naszego umówionego spotkania ze znajomymi mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc
zdążyliśmy zwiedzić Błękitny Meczet w środku. Nasi znajomi się nie
pojawiają i praktycznie jesteśmy pewni, że i oni zawrócili. Wyruszamy dalej
zwiedzać miasto. Hagia Sofia niestety w poniedziałki zamknięta i idziemy do
Pałacu Topkapi. Tam niestety to samo. Spacerkiem idziemy w stronę zatoki Złoty
Róg, zaliczając kilka mniejszych meczetów oraz Meczet Sulejmana, który jest
jednym z większych na świecie. O 18 wracamy na ostatnie umówione spotkanie i
o dziwo znajdujemy naszych znajomych. Okazało się, że przyjechali wczoraj tak
jak my, a wyjechali 3 dni wcześniej. Na podróż wydali też tyle samo. My
zamknęliśmy się w 45$ na dojazd do Stambułu. Umawiamy się także co do
dalszej trasy i postanawiamy od razu jechać do Syrii a Turcję zwiedzać w
powrocie. W internecie kiedyś natknąłem się na informację, że pociągi w
Turcji są bardzo tanie. Do tego w czwartki jeździł pociąg do Syrii. Kosztował
on niestety blisko 40$, choć do Iskenderun (kilkadziesiąt km od granicy)
kosztował 8$. Ja i Michał postanawiamy jechać stopem, a reszta chce czekać 2
dni na pociąg. Chcieliśmy jechać stopem nie dla oszczędności, lecz dla
zasmakowania ponoć świetnego autostopu w Turcji. Na drugi dzień zwiedzamy
jeszcze Hagie Sofie wchodząc od tyłu za darmo i pokazując strażnikowi
legitymacje ISIC. Niestety prawie wszystko w remoncie. Zaraz potem się
rozdzielamy i już we dwójkę przekraczamy promem cieśninę Bosfor i dopływamy
do dworca Haydarpasa, skąd pociągiem wydostajemy się kilkadziesiąt kilometrów
za Stambuł do miasta Gebze. Tam wychodzimy na trasę i dopiero po godzinie 18
zaczynamy łapać. Miejsce mieliśmy nienajlepsze, ale już po 20 minutach
zatrzymała się osobówka, którą dojechaliśmy do Izmitu. Okazało się później,
że to był najdłuższy czas jaki staliśmy na stopie w Turcji. W Izmicie
wysiedliśmy na wylotówce i tam czekając dosłownie chwilę złapaliśmy tira.
Kierowca jechał aż do miasta Van, położonego przy największym tureckim
jeziorze o tej samej nazwie. Żałowaliśmy, że nie mieliśmy czasu, bo
zabralibyśmy się z nim aż do końca. Słyszałem, że tamte okolice są
bardzo pięknie. A tak dojechaliśmy blisko skrzyżowania gdzie droga odchodziła
na Ankarę. Kierowca był Kurdem i przez podróż kupił nam trochę jedzenia i
picia. W żadnym języku nie mogliśmy się z nim dogadać, ale jakoś na migi
nam szła konwersacja. W nocy wysiedliśmy z tira i poszliśmy spać w krzaki
obok stacji benzynowej. Przejechaliśmy 300 kilometrów łapiąc dopiero pod
wieczór, niezły wynik. Rano się nie spieszymy i dopiero ok. 11 wychodzimy na
drogę. Ruch słabiutki, ale zaraz łapiemy starą ciężarówkę i dojeżdżamy
do Ankary. Niestety wysadził nas na samym początku miasta i chwilę stojąc na
drodze zabieramy się stamtąd by jakoś dostać się na drogę do Adany. Mamy
przed sobą całą stolicę, więc na pewno duży problem do pokonania. Pytam się
policjantów czy nas podwiozą, ale nic nie rozumieją. Nie przeszliśmy 100
metrów i zaczepiło nas 2 młodych gości w Clio, mówili po angielsku i
powiedzieli, że dowiozą nas tam gdzie chcemy. Mieliśmy szczęście, przewieźli
nas przez pół miasta i wysadzili przy wylotówce. Tam zaraz też złapaliśmy
kolejny samochód, który wywiózł nas do końca obwodnicy. Tam ruch był całkiem
spory. Stanęliśmy przy stacji benzynowej i nawet nie czekaliśmy 30 sekund i
zatrzymał się tir jadący prosto do Adany. To blisko 500 kilometrów, więc całkiem
niezły stop ;-). Kierowca był bardzo miły, przez trasę postawił nam obiad,
opowiadał w jakich krajach był. A my podziwialiśmy piękne widoki okolic
jeziora Tuz i przeżyliśmy szok, gdy kierowca w radiu złapał RMF FM. Dojeżdżamy
do Pozanti o 23.00, tu nasz kierowca zatrzymuje się na sen, choć do celu
pozostało ok. 100 kilometrów. Wychodzimy na zewnątrz by poszukać jakiegoś
miejsca na spanie. Michał zauważył wjazd na autostradę i mimo późnej pory
postanawiamy stanąć zaraz za bramkami i jeszcze coś złapać. Za chwilkę z
bramki obok macha do nas kierowca kolejnego tira i chce nas zabrać. Jechaliśmy
z nim do 4 nad ranem i podwiózł nas prawie do celu. Jednak ten czas w tirze był
dla nas straszną męczarnią. Kierowca miał świra na punkcie seksu i cały
czas do nas mówił po turecku, a my i tak za dużo nie zrozumieliśmy. Na
jednym z postojów kupił nam jedzenie oraz 5 piw, z czego sam wypił dwa. Gdy
wysiadaliśmy od niego zjawiła się niespodziewanie policja. Nie wiedziała
jednak co z nami zrobić i za chwile nas puścili. Poszliśmy spać na rżysko
za górką. Od samego rana strasznie było gorąco i szybko musieliśmy się
zbierać. Dwoma szybkimi stopami dojeżdżamy do miejsca naszego spotkania
– Iskenderun. Jest to miasto portowe, ale nabrzeże jest bardzo ładnie
zrobione. Tutaj mieliśmy czekać do następnego dnia na naszych współtowarzyszy.
Cały dzień praktycznie kąpaliśmy się w morzu, przez co strasznie spaliliśmy
sobie plecy i ramiona. Następnego dnia byliśmy przez to na skraju wyczerpania,
bo nie mogliśmy zbytnio plecaków nosić. Na plaży zaczepiały nas ciągle
jakieś biedne dzieci chcąc pieniądze. Oczywiście żadnemu nic nie daliśmy,
bo zaraz pewnie by zeszła się ich cała chmara. Poznajemy także miłego
Turka, który nam tutaj towarzyszy. Mówi po angielsku, więc rozmowa jakoś nam
szła. Wieczorem nad morze zaczęło się schodzić mnóstwo ludzi, a nam się
nie chciało iść za miasto by gdzieś spać. W końcu kładziemy się na chwilę
na werandzie niedokończonego drewnianego domu i ta chwila trwała do rana ;-).
O 13 dojeżdża pociągiem reszta i od razu się zwijamy by dojechać na granicę.
Do Antakii chcieliśmy dojechać stopem, złapaliśmy dwóch gości w osobówce,
którzy podwieźli nas tylko 5 kilometrów, ale tam złapali nam autobus i zapłacili
za nas. Kolejni mili Turcy. Z Antakii już bardzo ciężko się wydostać i
jedziemy busem do skrzyżowania na 7 km przed granicą. Dalej już nic nie jeździ.
Po chwili dojeżdża całą reszta. Po negocjacjach bierzemy stare taxi, które
w dwóch turach dowozi nas do granicy w sumie za 5$ za wszystkich.
Syria po raz pierwszy (mapka)
Pieczątki
tureckie dostajemy szybko, dochodzimy do ostatniego punktu kontrolnego i tu
wojskowi nie chcą nas przepuścić, bo nie jest to granica do przechodzenia
pieszo. Pytamy się dlaczego, oni mówią, że jest niebezpiecznie. Faktycznie
wszędzie widać druty kolczaste i posterunki na górach. Po negocjacjach
wsiedliśmy w końcu w ich wojskowy samochód i podwieźli nas do granicy
syryjskiej. Był to spory kawałek i pod koniec jazdy żołnierze nawet zaczęli
ładować swoje karabiny. Niezła przejażdżka! Do punktów kontrolnych Syrii
wchodzimy już po zmierzchu. Sprawdzają nasze paszporty, wypełniamy magiczną
żółtą kartkę. Pytają się nas czy jesteśmy grupą, bo mieliśmy wizę
darmową na 19 osób, a było nas tylko 8. Na szczęście puszczają nas bez żadnych
problemów. Te zaczną się dopiero później... Jako, że do Aleppo nie było
już żadnego autobusu rozbijamy nasze namioty w jakimś sadzie i idziemy spać.
Rano łapiemy otwartą półciężarówkę i dojeżdżamy na miejsce. Przez
godzinę oglądając Syrię z paki samochodu od razu wraca nam wszystkim humor.
To nasze pierwsze zetknięcie z Azją i naprawdę się nam podoba. W Aleppo
pierwsze kroki kierujemy do hotelu Zahret Al-Rabih polecanego przez wielu ludzi.
Niestety na miejscu okazało się, że nie ma co polecać. Woda była pod
prysznicem tylko czasami, w toalecie strasznie śmierdziało. Zatrzymaliśmy się
tam jednak na jedną noc na dachu po 85 funtów od głowy. Poczytaliśmy także
guestbook i było tam dużo wpisów Polaków, którzy bardzo źle się wyrażali
o Krokodylu, czyli właścicielu tego hotelu. Udaliśmy się także zaraz na
zwiedzanie miasta. Blisko był kantor więc wymieniliśmy pieniądze po kursie
1$ - 49,2 SP, jednak końcówki nikt nie dostał. Spacer trwał do wieczora,
podczas którego chcieliśmy zwiedzić Meczet Ommajadów – niestety był w
remoncie i nawet nie warto było wchodzić. Do cytadeli nie chcieli mi dać zniżki
na ISIC (działały nasze polskie legitymacje), w końcu wszedłem na
legitymacje Michała. Swoją niestety zostawiłem w Polsce myśląc, że ISIC mi
wystarczy. Z góry można podziwiać piękną panoramę na to 3-milionowe
miasto. Kilka godzin chodzimy także po souq’ach, czyli po targu. Ludzi
tam mnóstwo, kilku z nas wpada w wir zakupów. Ja nic nie kupuje, bo nie chce
mi się dźwigać. To przecież dopiero początek wyprawy. Lepiej zakupy zrobić
w powrotnej drodze. Kupujemy także bilety do Damaszku po 100SP (targować się)
i o 7 rano mamy opuścić Aleppo. W Damaszku wysiadka była oczywiście na innym
dworcu niż ten, z którego odjeżdżają autobusy do Ammanu. Na tym dworcu także
żegnamy się z Radkiem i Tomkiem, którzy nie chcą jechać do Jordanii, a
zwiedzić tylko Syrię i Turcję. Dalej więc jeździmy w szóstkę. Taksówkarze
wymieniali bajońskie kwoty by nas podwieźć kilka kilometrów, ale się nie
daliśmy i za jedyne 5 SP od głowy dojeżdżamy na miejsce. W biurze Karnak
niestety nie ma już biletów dla 6 osób do Ammanu na dziś. Pozostają nam
drogie taksówki, albo stojący właśnie autobus do Der’a i tam
kombinowanie dalej. Wybieramy oczywiście tą drugą możliwość. Na miejscu
taksówki są po 150 SP od głowy, ale oczywiście szukamy czegoś tańszego. Łapiemy
w końcu busa, który ma nas przewieźć za 400 SP od 6 osób. Nie miał on
licencji na przejazd przez granicę i taksówkarze zawiadamiają policję.
Zdenerwowani odchodzimy z dworca i nasz bus jeszcze raz podjeżdża jak już
taksówkarze nie widzą. Dowozi nas do jakiegoś starego amerykańskiego krążownika
i ten właśnie samochód ma nas przewieźć. Kierowca busa bierze 200 SP i nic
więcej nam nie każe płacić. Płacimy więc tylko połowę ustalonej wcześniej
ceny. W 7 osób z bagażami na dachu spokojnie mieścimy się w starym
przemytniczym Chevrolecie. Wymieniając pieniądze (1$ - 0,7 JD) i kupując wizę
za 10 JD (taniej niż w ambasadzie w Damaszku) wjeżdżamy do miasteczka
Ar-Ramtha w Jordanii.
Jordania (mapka)
W
Ar-Ramtha jesteśmy już po 17, więc znowu mamy problem z dostaniem się do
Ammanu. Wszyscy taksówkarze mówią, że nie ma już żadnego autobusu. W
sklepie dowiadujemy się jednak, że za kilkanaście minut będzie bus za 0,5 JD.
No i rzeczywiście był, a my po raz kolejny się uczymy by nie wierzyć żadnym
taksówkarzom chcącym na nas zarobić. W Ammanie lądujemy w dzielnicy Downtown
i rozdzielamy się w poszukiwaniu hotelu. Najlepsza propozycja to hotel Bagdad
za 10 JD za 6 osób w pokoju 4-osobowym. Warunki przyzwoite. Szukamy na mapie
Ministerstwa Turystyki, do którego jutro mam się udać by próbować załatwić
darmowe wejścia do wszystkich historycznych miejsc w Jordanii. Pomóc ma w tym
papier z uczelni, że jesteśmy geografami i przyjechaliśmy tu na ćwiczenia
terenowe. Nazajutrz we trzech tam idziemy i po odwiedzeniu kilku osób w różnych
pokojach zaproszeni zostaliśmy do samego ministra, który powiedział, że może
nam dać jedynie zniżkę 50% na Petrę. Dobre i to, zważając na to, że wejście
do Petry na 1 dzień kosztuje 20 JD. Wypijamy litr Pepsi w ramach toastu i
wracamy do hotelu. Po południu zwiedzamy stolicę Jordanii, najpierw Nimpheum
– nic szczególnego, potem spędzamy trochę czasu siedząc w rzymskim
teatrze. Widać stąd wzgórze, na którym są jakieś kolumny – to
Philadelphia, a więc najstarsza część Ammanu. Można tam też obejrzeć
ciekawą świątynię Herkulesa, która jest częściowo zrekonstruowana. Drogę
powrotną robimy dużym łukiem by pooglądać tutejsze sklepy. Następnego dnia
wyjeżdżamy już do Petry. Jechać autobusami Jett się nie opłaca, więc
idziemy 3 km w słońcu na dworzec minibusów, skąd dojeżdżamy do Ma’an.
Po drodze, na Desert Highway co jakiś czas obserwujemy piaskowe burze. Na
miejscu siedzimy przy dworcu i oczekujemy na busa do Wadi Musa. W międzyczasie
kilku kierowców pick-upów proponuje nam podwiezienie po 1 JD od głowy, ale
bus kosztuje połowę tego, więc czekaliśmy aż przyjedzie. Zatrzymujemy się
na początku typowo turystycznej wioski, jaką jest Wadi Musa w hotelu Musa
Spring za 1 JD na dachu. Był tu Darek, od którego dostałem wcześniej
sms’a, więc głównie dlatego się tu zatrzymaliśmy. Wieczorem schodzimy
jeszcze do wioski by skorzystać z internetu, jutro trzeba wstać z samego rana
by jak najdłużej oglądać Petrę. O 7 rano mamy hotelowy bus do Petry. Pismo
od ministra przeszło i wchodzimy po 10 JD od osoby. Za bramą idzie się kawałek
i wchodzimy do ponadkilometrowego siq. Jego szerokość wynosi od 3 do 16 metrów
i już on sam naprawdę robi wrażenie. U jego wylotu jest największa atrakcja
Petry, a więc wykuty w skale skarbiec Al Khazneh. Jest naprawdę przepiękny,
ale w środku nic nie ma. Obok jest stoisko, w którym kupuję kliszę, bo
zapomniałem wziąć dodatkowej w hotelu. Cena nie taka straszna, bo 3 JD. Gdy
napatrzyliśmy się na skarbiec ruszyliśmy dalej wzdłuż Street of Facades,
oglądamy teatr i grobowce. Tutaj jest wąski szlak na górę Jebel al Khubtha,
na szczycie której podziwiamy piękne widoki. W dół schodzimy innym szlakiem,
a pod koniec to nawet chyba przecieramy ślady. Następny przystanek to
zniszczone Nimpheum i dalej przez bramę Temenos wchodzimy do odnawianego przez
włoskich archeologów Qasr al Bint. Zwiedzanie sprawnie nam idzie i został nam
tak naprawdę tylko monastyr – największa budowla w Petrze. W największym
słońcu po godzinie 12 wyruszamy wąwozem pod górę w jego kierunku. Ponad pół
godziny marszu trochę nas wykończyło, ale to co zobaczyliśmy warte tego było.
Niestety w środku znowu nic nie ma. Krzysiek kupuje puszkę coli za 1,5 JD
– ździerstwo. Idziemy jeszcze kawałek za monastyr w stronę Wadi Arabia.
Stąd widać pięknie góry i sam już nie wiem czy same one są ładniejsze czy
wykute w skale miasto. Po południu wracamy pieszo do naszego hotelu i mimo
porannego wymeldowania bierzemy prysznic. Po drodze robiliśmy zakupy i oczywiście
w każdym sklepie różne ceny dla obcokrajowców. To dopiero początek Jordanii
dla nas a już naprawdę mamy dość tego zdzierania z turystów na każdym
kroku. Trójka z nas wystawia bagaże przed hotel, mamy iść spać gdzieś w
krzaki, a druga trójka zostaje w hotelu. Rozmawiam jeszcze także z Darkiem o
Indochinach, bo bardzo chciałbym się wybrać w przyszłym roku. Nic nie zastąpi
informacji z pierwszej ręki. O godzinie 6 następnego dnia mamy bus do Wadi
Rum. Cena aż 3 JD, mimo, że nie ma tam nawet 100 km do przejechania. Do tego
kierowca chciał jeszcze 0,5 JD za bagaż, ale jak zwykle w takich sytuacjach
olewamy gościa. Zuza z Mundim decydują się jechać kombinowaną drogą, co
wyniosło ich połowę taniej. Przejazdy w Jordanii są bardzo drogie biorąc
pod uwagę cenę benzyny 60 groszy. Na miejscu wychodzi po nas Beduin, do którego
dzień wcześniej dzwonił Darek i umówił nas z nim. Przy herbatce zasiadamy
do negocjacji. Cena stanęła w końcu na 12 JD za cały dzień łącznie z
noclegiem. Mamy do wyboru otwartą starą 24-letnią Toyotę lub zamkniętą nową.
Wolimy jednak nie kisić się w środku i bierzemy starą. Pustynia jest
cudowna, piasek jest czerwony, jest płasko i wyrastają pionowo góry naruszone
przez procesy eoliczne. Najpierw jedziemy do Studni Lawrence’a, która
jest betonowym odlewem i praktycznie żadną atrakcją. Po obecnej roślinności
widać, że woda schodzi z góry żlebem. Dalej próbujemy naszych
wspinaczkowych sił w wąwozie Khazali. Mimo tego, że jesteśmy w klapkach to
nieźle nam idzie. Spotykamy tu Polaków, którzy są innym jeepem. Później
jeszcze raz ich spotkaliśmy w Palmirze. Dalej jedziemy zobaczyć łuki skalne.
Są aż 3, ten słynny z reklamy Marlboro jest średni i udaje się nam na niego
wejść. Największy łuk jest położony bardzo wysoko i do wspinaczki
musielibyśmy mieć dobre buty i kilka godzin czasu. O godzinie 13 nasz kierowca
zatrzymuje się w cieniu pod skałą i możemy przygotować sobie jedzenie. Robi
nam także herbatę. Podczas krótkiej drzemki przyjeżdża do nas beduińska
rodzina i ucinają sobie pogawędkę z naszym Beduinem. Następna atrakcja to
ponad 5-kilometrowy spacer w najdłuższym wąwozie Wadi Rum. Kierowca nas
zostawia i mówi, że będzie czekał u wylotu. Wąwóz jest bardzo malowniczy,
ale chodzenie w takim upale nie jest dobrym pomysłem. Michałowi do tego
rozlatuje się klapek i musi iść boso po gorącym piasku. Potem podjeżdżamy
pod dom Lawrence’a, z którego mało co zostało i tu spotykamy Zuzę z
Mundim, którzy jeździli w jeepie z Kanadyjczykiem. Z ceną poszli w zaparte i
gotowi byli nie jechać wcale jeżeli cena byłaby wyższa niż 7 JD. No i udało
im się za tyle pojechać. Nas za to zdenerwowało to, że zapłaciliśmy o 5 JD
więcej. Nasi kierowcy umawiają się byśmy razem spali w jednym miejscu.
Jedziemy jeszcze zobaczyć inskrypcje Nabatejczyków i lądujemy w miejscu
noclegowym oglądając zachód słońca. Nie był on zbyt efektowny, bo słońce
szybko zaszło za skały zanim jeszcze zrobiło się czerwone. Zbieramy kawałki
chrustu i robimy sobie wieczorne ognisko. Rozmawiamy także dużo z poznanym
Kanadyjczykiem. Okazuje się, że jest w podróży od 8 miesięcy. Przyleciał
do Singapuru, zwiedził Indochiny, Tybet, Rosję, przyleciał do Turcji i przez
Bliski Wschód udaje się do Afryki by dotrzeć do Maroka i stamtąd wracać do
domu. Znowu zasięgam sporo informacji o Indochinach. W szczególności zachwalał
północny Wietnam i Birmę. Rano przyjeżdża nasz przewodnik i zabiera nas do
wioski. 0 7.30 wyjeżdżamy do Aqaby. Cena 1,5 JD – jeszcze nie najgorzej.
Prowadzący Arab jest dla nas synonimem skąpstwa, chyba z 5 minut liczył czy
nasza szóstka dała równo 9 dinarów. Aqaba jest typowym kurortem nadmorskim,
lecz ceny jakieś takie bardziej przyziemne. Na targu wywieszone są ceny i możemy
kupować bez zwyżek dla turystów. Zaraz też idziemy na plażę, a tu typowa
‘stonka’. Plaża jest piaszczysta, ale wszędzie są pety, wielbłąd
na środku załatwia swoje potrzeby, chodzą konie. Ogólny syf. Woda
przynajmniej jest ciepła i czysta, choć na dnie leży trochę butelek i
puszek. Dowiadujemy się, że rafa koralowa, dla której tu przyjechaliśmy
zaczyna się kilkanaście kilometrów na południe od miasta i tam chcemy się
skierować. Dochodzimy do Tourist Center, zostawiamy plecaki i część z nas
idzie do supermarketu Safeway, jedynego jaki widzieliśmy w Jordanii. Ceny w nim
są co najmniej 2 razy niższe niż w normalnych sklepach i robimy sporo zakupów.
Do Yammaniya dostajemy się busem. Tam jest duża plaża i rafa zaczyna się
zaraz za brzegiem. Rafa wygląda wspaniale. Ponad godzinę nurkowałem i przyglądałem
się na ten swoisty cud natury. Dobrze, że na plaży są daszki, pod którymi
możemy się schować, bo temperatura dochodzi do 44 stopni w cieniu i jest
strasznie wilgotno. Rozbijamy namioty pod jednym z takich dachów. Obok jak
okiem sięgnąć mnóstwo Jordańczyków spało tak samo. Następnego dnia leżymy
na plaży aż do 13 i oglądamy jeszcze rafę. Michał złapał jeepa, który go
podwiózł do słynnych japońskich ogrodów. Nie wziął on jednak okularków i
po 2 minutach spędzonych w wodzie usiadł na rafę i został poparzony. Tak oto
się skończyła jego przygoda z ogrodami. W Aqabie jeszcze raz idziemy do
Safeway po zakupy. W tutejszej toalecie także się myjemy. Po wyjściu z
klimatyzowanego marketu przeżywamy szok – temperatura wzrasta z 27 na 42
stopnie. Jeszcze dziś chcemy dostać się do Kerak. Na drodze łapiemy kilku gości,
którzy mówią kosmiczne ceny za podwiezienie. Jeden nawet powiedział 100 JD.
W końcu zatrzymuje się pick-up i po 1,5 JD od głowy mamy dojechać do
Ma’an. Podczas jazdy dowiaduje się, że jedzie do swojej farmy w Shawbak
i zabieramy się z nim aż tam. Na miejscu dał nam jabłek ze swojego sadu i
wywiózł na samą górę do tutejszego zamku. Miał po nas przyjechać za 2
godziny i dowieźć gdzieś do Tafili. Mimo, że brał pieniądze to był
naprawdę miły. Tutejszy zamek Krzyżowców jest bardzo ciekawy. Przez jakiś
czas zgubił się Mundi z Michałem, którzy weszli do jakiegoś tunelu i wyszli
ponad pół kilometra za zamkiem. Niezłe tajemne przejście. Nasz kierowca
przyjeżdża i podwozi nas w końcu pod rezerwat Dana i tu znaleźliśmy dobre
miejsce do spania pod samym lasem. Myśleliśmy, że to odludne miejsce, jednak
od rana nawiedzają nas pielgrzymki Beduinów. Jeden nawet chciał pieniądze za
to, że spaliśmy na jego polu. Siadł przy nas gdy składaliśmy namioty i
czekał. Oczywiście po zebraniu się rzucając suche ‘bye’ idziemy
na drogę i nic mu nie dajemy. Rezerwat sobie odpuszczamy, bo wejścia za drogie
dla nas. Na drodze ‘nasz’ Beduin łapie znajomych w busie i tym
sposobem do Tafili dojeżdżamy za friko. Ciekawe dlaczego nagle nic za to nie
chciał. Gdy siedzieliśmy na przystanku w czekaniu na busa do Kerak podszedł
do nas jakiś prywatny kierowca i po targowaniu po 0,5 JD na głowę dojeżdżamy
pod sam słynny zamek. Wejście płatne 1 JD i jak zwykle nic nie udało się załatwić
na karty zniżkowe. Z samego zamku to chyba najbardziej atrakcyjne są mury, które
można sobie pooglądać z dołu i nie trzeba płacić. Sporo jest w zamku
podziemnych przejść i tuneli, którymi mogliśmy się powłóczyć. Jak zwykle
niektórzy z nas musieli dłużej zabawić w zamku i dopiero o 15 próbujemy
wyjeżdżać do Madaby. Nie mamy pojęcia, która droga z miasta tam prowadzi, a
chcieliśmy się dostać na King’s Highway. Tędy nie jeżdżą żadne
regularne busy i w sumie specjalnie nas to nie zdziwiło po przejechaniu się tą
trasą. Jechaliśmy w końcu znowu jakimś prywatnym busem po 1,5 JD. Chciał dużo
więcej, odjeżdżał już, ale w końcu nas wziął. King’s Highway
wiedzie w dół i potem w górę zboczy jednego z najgłębszych wąwozów na świecie
– Wadi Al-Mudjib. Ma on ponad kilometr głębokości. Jest bardzo
malowniczy. Droga jednak jest wąska i dużo na niej naniesionego ze zboczy żwiru,
więc momentami po serpentynach jedzie się naprawdę wolno. Dopiero o 18 dojeżdżamy
do Madaby i już wiemy, że tam nic dzisiaj nie zwiedzimy. Podjeżdżamy więc
pod górę Nebo, ale tam spotykamy się z tą samą sytuacją. Idziemy w końcu
wzgórze obok by poszukać jakiegoś noclegu. Gdy rozkładamy się w obniżeniu,
przychodzi do nas niespodziewanie policja i mówi, że nie wolno tutaj spać. Ja
im tłumaczę, że przyszliśmy tu na zachód słońca. I rzeczywiście zachód
był bardzo piękny, a z góry widać było Morze Martwe. Przyszedł do nas też
kierowca busa oferujący swoje usługi. Za Nebo, Madabe, Morze Martwe i
podwiezienie do Jerash chciał 30 JD, dawaliśmy mu 20 i w końcu przystał na
nasze warunki. Umówiliśmy się jutro na rano. Ponieważ mieliśmy już
odwiedziny policji to przenieśliśmy się kilkaset metrów dalej z namiotami i
tam nas już nikt nie widział. Następnego dnia najpierw zwiedzamy Górę Nebo.
Oglądamy pamiątki z domniemanego miejsca śmierci Mojżesza. Jest tutaj
odkopany kościół, w którym nawet był papież Jan Paweł II. W środku są
mozaiki, z których słynie Madaba. Przeglądamy jeszcze foldery i wychodzimy na
zewnątrz, gdzie byliśmy umówieni z naszym busem. Gość jednak okazał się
na tyle nieuczciwy, że przyjechał z grupą pełną Anglików. Podłapał
lepszy interes i nas zostawił. Musieliśmy wziąć taxi do Madaby. Pierwsze
kroki kierujemy do kościoła św. Jerzego, gdzie znajduje się słynna mozaika
mapy Ziemi Świętej. Mapa jest zorientowana na wschód, widać Jerozolimę,
Betlejem, Morze Martwe, które zdaje się być większe niż teraz, Deltę Nilu.
Mieliśmy jeszcze iść do Parku Archeologicznego pooglądać inne mozaiki, ale
znowu wysoka cena nas odstrasza. Co najciekawsze to już zobaczyliśmy. Za 1 JD
od osoby dojeżdżamy pod Rest House nad Morzem Martwym. Za wstęp na kawałek
plaży i możliwość prysznica znów zdzierają jak mogą. Chcą 3 JD.
Postanawiamy wejść na jakąś dziką plażę. Najpierw próbujemy z prawej
strony, ale druty kolczaste i jakiś pracownik Rest House nas odstrasza. Idziemy
więc po lewej stronie i tu widać miejscowych ludzi zażywających kąpieli.
Jest też mały strumyczek ze słodką wodą, w której przy małym kombinowaniu
można się opłukać z soli. Woda w morzu, a właściwie jeziorze jest bardzo gęsta
i słona. Jak się zmoczy palec i się go weźmie do ust to piecze przez następne
kilka minut. Próbujemy pływać, ale za bardzo się nie da, unosimy się tylko
na powierzchni wody i narzekamy na wszystkie piekące nas zadrapania i otarcia.
Nasza przygoda z Morzem Martwym za długo nie trwała, ale naprawdę warto przeżyć
to uczucie unoszenia się na wodzie. Miejscowi biorą także błotne kąpiele
lecz my już z nich rezygnujemy. Stojące powietrze i spora wilgotność powodują,
że szybko chcemy się wydostać z tego miejsca. Na drodze łapiemy półciężarówkę
i za 4 JD dojeżdżamy do Ammanu. Kierowca, jako jeden z naprawdę niewielu
ludzi w Jordanii w ogóle nie mówił po angielsku i w stolicy wysadził nas nie
na tym dworcu co trzeba. Za grosze dojeżdżamy dwoma busami na odpowiedni
dworzec i tam już czeka na nas autobus do Jerash. Na miejscu wysiadamy od razu
przy ruinach, które są w centrum miasta. Dzisiaj już nie ma za dużo czasu,
więc na zwiedzać decydujemy się następnego dnia. Idziemy jednak do
tutejszego Tourist Center i długi czas rozmawiamy z policjantami o Jordanii. W
poszukiwaniu noclegu udaliśmy się dopiero po zmroku, przeszliśmy całe ruiny
dookoła i w końcu wylądowaliśmy w jakimś sadzie z postanowieniem, że o 7
rano już nas tam nie będzie. Tak też się stało i przy wejściu do ruin
dopiero robimy sobie śniadanie. Zniżek żadnych jak zwykle nie było, choć po
raz kolejny próbowaliśmy walczyć z naszymi zniżkowymi kartami. Niestety
Jerash nas zbytnio nie zachwyciło. Trwają prace remontowe, m.in. cały
zastawiony rusztowaniami jest Łuk Hadriana, są także przygotowania do
festiwalu i mnóstwo różnych rzeczy jest porozstawianych, które psują klimat
miejsca. Oprócz mnóstwa kolumn dobrze zachowane są amfiteatry oraz świątynia
Artemidy, która to była kiedyś największą budowlą tego starożytnego
miasta. Po dwóch godzinach chodzenia zobaczyliśmy wszystko i mogliśmy powoli
szukać transportu do Syrii. Kombinowaną drogą dojeżdżamy do Ar-Ramtha gdzie
resztki pieniędzy wydajemy na falafle. Są tu taksówki proponujące przejazd
do Der’a po stronie syryjskiej. Chcą po 2 JD od osoby. My jak zwykle próbujemy
szukać alternatywy i znajdujemy starego syryjskiego mercedesa, którego
kierowca zgadza się nas przewieźć nas za połowę tej sumy. Jednak uparci
taksówkarze zobaczyli jak rozmawiamy i zaczęli straszyć policją. Wychodzimy
więc na wylotówkę i nasz mercedes znowu się zatrzymuje. Potem przesiadamy się
w 2 samochody i jedziemy dalej. Granicę jordańską przekraczamy bez problemów,
ale zdziercy po raz kolejny musieli wyrwać od turystów i płacimy po 5 JD opłaty
wyjazdowej. Nareszcie koniec naszej udręki z Jordanią. Strasznie nas szarpnęła
po budżecie, mimo, że bardzo oszczędzaliśmy i spaliśmy tylko 3 noce w
hotelach. Jordanię zapamiętamy jako piękny kraj z mnóstwem atrakcji, prawie
wszystkich mieszkańców mówiących po angielsku i tych samych mieszkańców łapczywie
próbujących naciągnąć turystów na pieniądze. Kupujemy jeszcze po zimnym
piwie w Duty Free Shop i podjeżdżamy na granicę syryjską.
Syria po raz drugi. (mapka)
Tu
zaczynają się nasze problemy z grupową wizą darmową. Głównemu oficerowi tłumaczyłem,
że jako studenci musieliśmy się porozdzielać, bo w 19 osób bardzo trudno się
podróżuje i praktyki mamy w różnych krajach. Brzmiało to w miarę sensownie
i oficer przyjął to do wiadomości. Jednak musiał zadzwonić do Head of
Oficer w Damaszku i się zapytać co z nami zrobić. Ponieważ oficer był
chwilowo nieosiągalny, więc musieliśmy czekać. Po godzinie nasi taksówkarze
zniecierpliwili się i chcieli pieniądze za przejazd. Nie chcieliśmy im zapłacić,
bo się nie wywiązali z umowy. Zaczęli strasznie się kłócić, a w tłumaczeniu
pomagała nam spora grupka ludzi. Postanawiamy zapłacić im w sumie 3 JD, czyli
połowę ustalonej sumy. Wzięli pieniądze, ale dalej byli niezadowoleni. Zesłali
w końcu na nas klątwę Allaha i sobie poszli. Nasze czekanie się przeciąga i
dopiero po 3 godzinach puszczają nas i mówiąc ‘Welcome to Syria’.
Z granicy wyszliśmy już po zmroku i jeszcze dziś chcieliśmy się dostać do
Bosry. Tam znajduje się słynny amfiteatr, który jest najlepiej zachowany ze
wszystkich rzymskich. Po kilku śmiesznych cenach różnych przewoźników
dochodzimy w końcu do dworca. Okazuje się, że nie ma już regularnych połączeń,
ale jeden bus przewiezie nas za 200 SP od wszystkich. Trasa minęła bardzo
szybko, bo jechaliśmy głównie z prędkością 130 km/h. Mimo późnej pory
wchodzimy do amfiteatru i tam od razu pytają się nas czy chcemy tutaj spać.
Prawdę mówiąc mieliśmy się o to zapytać, a oni sami zaproponowali.
Wprowadzili nas gdzieś na górę i chcieli 200 SP od osoby. My jednak
powiedzieliśmy, że chcemy spać tylko na scenie i możemy zapłacić po 50 SP.
Zgodzili się. Teatr mimo nocy już na nas zrobił wrażenie, rozłożyliśmy się
na scenie i jeszcze długą chwilę testowaliśmy akustyczność. W nocy jednak
trudno było zasnąć, bo strasznie gryzły nas komary. Rano w mieście jeszcze
wymieniamy pieniądze i łapiemy busa do Der’a po 15 SP. Tam przesiadka i
lądujemy w Damaszku. 7 osób w taksówce to zły pomysł, ale jedziemy upchani
jak sardynki w puszce aż do Placu Męczenników. W tych okolicach są najtańsze
hotele i jest blisko Starego Miasta. Zamieszkujemy w hotelu Al.-Rabie za 125 SP
za miejsce na dachu. Hotel jest bardzo przyjemny i czysty. Po południu
wychodzimy na miasto by kupić bilety do Bejrutu. Jest to nasz ostatni dzień w
szóstkę, bo Zuza jako dziewczyna nie może dostać wizy do Libanu i razem z
Mundim zostają w Damaszku. Teraz także mamy czas pozwiedzać stolicę Syrii.
Najpierw idziemy do Muzeum Narodowego, które ma bardzo bogatą kolekcję,
szczególnie z „miasta umarłych”, czyli Ugaritu. Po drodze Mundi
zostawia niby w renomowanym zakładzie kliszę do wywołania. Niestety wszystkie
zdjęcia prześwietlili i może być problem czy coś w Polsce da się z tymi
zdjęciami zrobić. Niestety pech. Mnie zresztą w Polsce podobny pech spotkał,
bo jedna z klisz okazała się pusta. Na szczęście można liczyć na odbitki
od współtowarzyszy. Za murami Starego Miasta kierujemy się w souki, czyli
bazary. Są naprawdę ogromne i jakby mniej komercyjne niż w Aleppo, a co za
tym idzie jest tu taniej. Kupujemy m.in. 7 kg arbuza za dolara. Siadamy na
schodkach by go zjeść. Najpierw przyszedł jakiś człowiek i zręcznie nam go
pokroił, a po skonsumowaniu przyszedł jakiś inny człowiek z butelką wody i
mogliśmy umyć lepiące się ręce i usta. Bardzo miłe zaskoczenie i przykład
gościnności Syryjczyków. Zaraz za soukami wchodzimy do Wielkiego Meczetu
Ommajadów. Słyszeliśmy o opłacie za wejście, ale udało nam się wejść za
darmo i nawet nie widzieliśmy nikogo sprzedającego bilety. Meczet jest naprawdę
cudowny, najładniejszy ze wszystkich jakie widziałem. Ma sporo ponad tysiąc
lat, a wygląda jak nowy. Szczególnie piękny jest dziedziniec, mozaiki na ścianach.
W środku jest podobny wystrój. Po ulicach centrum Damaszku chodzimy do późnych
godzin nocnych, miasto wywarło na nas naprawdę wspaniałe wrażenie i
zdecydowanie stawiamy je na pierwszym miejscu wśród odwiedzonych miast na
Bliskim Wschodzie. W hotelu spotykamy dwójkę Polaków z Poznania, którzy mówią
nam, że do Libanu jest darmowa wiza 48-godzinna. To był dla nas kolejny szok i
modyfikujemy plany tak, aby zmieścić się w tym czasie. Postanawiamy ominąć
południe kraju, czyli Sydon i Tyr. Zresztą trochę obawialiśmy się tych
okolic, bo w tym czasie Izrael bombardował południe kraju. W planie pozostaje
nam więc Bejrut, Baalbeck, cedry i Trypoli.
Liban (mapka)
Rano
z 15-minutowym spóźnieniem wyjeżdżamy z Damaszku. Granice mijają szybko i
wiza do Libanu rzeczywiście jest darmowa na 48 godzin. Denerwuje nas jednak
drugi wpis na pierwszej stronie paszportu. Znowu Syryjczycy wpisują jakiś
numer ze swojego komputera. Widać sieci nie mają. Do Bejrutu dojeżdżamy w
samo południe. Od razu atakują nas taksówkarze, ale my mamy zamiar zrobić
kilkugodzinną trasę pieszą po centrum i dojść do dworca, z którego odchodzą
minibusy do Baalbeck. Stolica Libanu praktycznie niczym się nie różni od
stolic europejskich. Wszędzie bogactwo i przepych, drogie samochody, piękne i
nowe budynki. Wymieniamy w banku pieniądze – kurs stały 1$ - 1500LL. Oglądamy
parlament i najważniejsze ulice w mieście. Gdzieniegdzie widać kilka
zburzonych domów, ale naprawdę mało. Upał i duża wilgoć szybko nas wykańcza,
ale trasę zrobiliśmy tak jak planowaliśmy. Kupujemy w końcu po zimnym piwie,
które w Libanie można kupić na każdym kroku i idziemy do busa. Tu
niespodzianka, bo jedzie z nami trójka Polaków. Są tak jak my z różnych
miast i na moje pytanie gdzie się poznaliście, odpowiadają ‘w tamtym
roku w pociągu do Chin’. Naprawdę nas to rozbawiło :-). Okazało się
także, że znamy się z jednej grupy dyskusyjnej w internecie. Praktycznie całą
trasę słuchałem opowieści o Chinach i o Tajlandii, gdzie także byli. Mogłem
się dowiedzieć więc kolejnych cennych informacji o Indochinach i coraz
bardziej jestem skłonny właśnie tam pojechać za rok. Na miejscu w Baalbeck
pierwsze kroki kierujemy do muzeum Hesboallahu. Tam od razu szok. Muzyka
marszowa, dookoła plakaty jak to Liban radzi sobie w walce z Izraelem, na środku
wielki stół z rzeczami przechwyconymi armii izraelskiej podczas walk. Naprawdę
byliśmy zaskoczeni. Była to wielka propaganda jaki to Izrael straszny. Był
nawet duży napis: ‘Lebanon to Israel = Vietnam to USA’. Dostaliśmy
także wydrukowane kartki z opisem ostatnich walk. Dopiero po dokładnym
zwiedzeniu tego miejsca idziemy do ruin, do których właściwie tutaj
przyjechaliśmy. Musze przyznać, że spodziewałem się, że będą większe.
Do tego na sporej części zbudowana jest scena i miejsca siedzące. Znowu więc
mamy pech z jakimś festiwalem. Świątynie za to są bardzo dobrze zachowane i
naprawdę wielkie. Po zwiedzeniu chcemy się wydostać z miasteczka w stronę
Bszarri, gdzie rosną słynne cedry libańskie. Gdy szliśmy drogą zaczepiła
nas jakaś kobieta i zaprosiła do domu na herbatę. Jak już siedzieliśmy na
werandzie na krzesłach to niestety na herbatę się nie doczekaliśmy, nasza
kobieta gdzieś się ulotniła i przyszła męska część rodziny. Oni od razu
się nas pytają czy zapalimy haszysz i robią skręta. Ja decyduje się odmówić
palenia, bo przypomniały mi się przygody Michała z tamtego roku z Maroka.
Jednak tu nic takiego się nie powtórzyło i zaraz dosłownie wychodzimy, bo już
się ściemnia, a my nie mamy miejsca na spanie. Po drodze wylotowej z miasta
idziemy jeszcze z 5 km, bo wszędzie widać zabudowania. Co gorsza, prawie z każdego
domu i z każdego mijającego nas samochodu ktoś głośno krzyczał czy chcemy
kupić haszysz. Byliśmy naprawdę w szoku, że tu wszystko jest takie
bezceremonialne. Mieliśmy tego już naprawdę dość i w końcu zeszliśmy w
jakieś pole i rozbiliśmy się przy murku. O 7 rano budzi nas przechodzące
obok namiotu stado owiec i jakiś człowiek coś krzyczący po arabsku. Wychylam
się z namiotu, a tu typowy Beduin, którego namiotu wczoraj w nocy nie zauważyliśmy,
mimo, że był niecałe 100 metrów od nas. Po angielsku zaprosił nas na herbatę
do siebie. Weszliśmy do jego ‘domu’, w środku posadzki wylane i na
nich dywan. Zaraz też wyciągnął swój telefon komórkowy i zaczął ładować.
W międzyczasie jego 3 żony przygotowały nam herbatę i posiłek składający
się z ichniego chleba i rodzaju białego sera. Najbardziej zaskoczył nas
pytaniem czy chcemy pooglądać wiadomości CNN i odsłonił nowy telewizor Sony.
Okazuje się, że i w namiocie można żyć jak w normalnej cywilizacji. Po
godzinie wychodzimy na drogę, rozdzielamy się i łapiemy stopa do rezerwatu
cedrów. Szybko łapiemy Araba w starym Mercedesie, podwozi nas 5 km i chce
pieniądze. Daje mu 1000 LL i mówię, że więcej nie dam. Był niezadowolony,
ale z poważną miną odeszliśmy. W tym samym czasie dojechała druga dwójka,
oni złapali katolika i ten nie chciał od nich pieniędzy. Jak się później
okazało to była reguła w Libanie – katolicy przewozili za darmo, a
Arabowie za pieniądze. Po chwili wszyscy łapiemy pick-upa. Człowiek był
katolikiem, nie mówił po angielsku, ale dogadaliśmy się, że zaprasza nas do
siebie do domu. Podwiózł nas ponad 10 km i po wejściu do jego ogrodu widzimy
jak na samym widoku rośnie sobie haszysz. Znowu czeka nas jedzenie, tym razem
zastawia cały stół różnymi przysmakami i najadamy się do syta. Cała
rodzina była bardzo miła, szkoda tylko, że mówili jedynie po francusku. Na
ulicy ruch już jest bardzo mały, udaje się nam jednak złapać kolejnego
katolika w mercedesie i dojeżdżamy do rezerwatu. Przejeżdżaliśmy przez przełęcz
położoną ponad 2500 m n.p.m. Widoki przecudne i zauważyliśmy także wyciągi
narciarskie. Sam rezerwat z góry widać jako niewielki lasek i taki jest w
rzeczywistości. Niestety te przepiękne drzewa zostały strasznie wytępione i
pozostało ich niewiele. W rezerwacie jest ścieżka i za wejście się nic nie
płaci. Można jednak ofiarować jakąś sumę na utrzymanie rezerwatu. Bardzo
nam się tutaj podoba i do tego ten wspaniały zapach cedrów. Na środku w
jednym z drzew są wyrzeźbione postacie Chrystusa. Czas jednak niestety stąd
się zbierać i wychodzimy po 2 godzinach na drogę do Trypoli. Łapiemy busa i
siedząc na jakichś narzędziach znowu za darmo dojeżdżamy ponad 150 km do
Trypoli. Pytamy się od razu o autobusy do Homs i ponoć nie ma z tym problemu.
Samo miasto jest zniszczone i zaniedbane, choć ma swój klimat. Chodzimy trochę
po uliczkach, trafiając przy okazji na kafejkę internetową. Zjadamy także
wielką kanapkę za 1000 LL, w środku której m.in. był kurczak i frytki. Pod
wieczór decydujemy się wyjeżdżać do Homs, a wysiąść przy Krak des
Chevaliers. Niestety jak się okazało o tej porze nic nie jeździ oprócz taksówek.
Dojeżdżamy w końcu jedną z nich do granicy. Wybraliśmy sobie granicę bliżej
słynnego zamku Krzyżowców. Okazało się później, że jest to granica
lokalna i także tu znowu zaczęły się nasze problemy z wizą. Było nas teraz
tylko 3 na 19 osób wpisanych do wizy (jeden z nas miał płatną). Nikt tu nie
mówił po angielsku i nie mogłem wytłumaczyć naszej sytuacji. W końcu przy
pomocy przypadkowych osób szef dowiaduje się dlaczego tak podróżujemy i
dzwoni do Damaszku dowiedzieć się co z nami zrobić. Mówię mu, żeby nie
dzwonił, bo z granicy w Der’a był taki sam problem i nas przepuszczono.
Tym razem jednak każą nam wykupić wizę za 28$. Próbuje się jeszcze ratować
godzinną rozmową z naszym ambasadorem w Damaszku, ale okazuje się, że on tak
naprawę nic nie może zrobić. Walczymy do 2 w nocy i w końcu zmęczeni rozkładamy
karimaty pod okienkami oficerów i idziemy spać. Rano zdenerwowani decydujemy
się kupić wizę. Oficer na karteczce wypisuje, że mamy mieć 310 SP. Ucieszyłem
się, bo miałem tyle pieniędzy i chciałem zapłacić w ich funtach. On jednak
mówi, że muszę wymienić dolary na funty i banku i przyjść z tymi
wymienionymi. Problem jest tu taki, że dolar po oficjalnym kursie kosztuje
mniej niż 12 SP, a na rynku 50 SP i tu brała się ta różnica w dolarach.
Decydujemy się jednak uciekać z tej granicy i próbować przy przejściu na
drodze nadmorskiej do Tartus. Taksówką szybko tam dojeżdżamy i tam w końcu
kulturalnie nas traktują. Po angielsku tutejszemu szefowi tłumaczę jak się
ma sytuacja. On znowu dzwoni do Damaszku i każą nam wykupić wizy. Już nie było
żadnego gadania. Szkoda nam było czasu na czekanie czy cokolwiek załatwi nasz
ambasador. Lżejsi byliśmy więc o 28$ (wymienione oczywiście po kursie
oficjalnym) i po koszmarach granicznych znowu wjeżdżamy do Syrii.
Syria po raz trzeci (mapka)
Pierwsze
kroki za granicą kierujemy na plażę by się wykąpać. Na piasku porozrzucane
jest mnóstwo podartych ubrań a i woda jest strasznie zabrudzona. Arabowie to
straszne niechluje i śmieci wyrzucają wszędzie gdzie się da. Wsiadamy w busa
do Tartus i z przesiadką tam dojeżdżamy pod Krak des Chevaliers. Właściwie
to nas wysadzono na autostradzie i do zamku mieliśmy spory kawałek. Razem z
poznanymi Czechami łapiemy kolejnego busa i dojeżdżamy. Krak jest naprawdę
świetnie zachowany. Bardzo dużo jest różnych zakamarków i piwnic, szkoda
jednak, że nic nie oświetlone. Po dwu godzinnej eksploracji jedziemy do Homs.
Tam szybko wsiadamy do małego autobusu jadącego do Palmiry. Droga przez
pustynie zrobiła na nas spore wrażenie, a siedząc na końcu mogliśmy także
podziwiać zachód słońca. Po drodze miało miejsce jeszcze jedno ciekawe
zdarzenie. Otóż nasz kierowca, jak zresztą wszyscy Syryjczycy, bardzo często
używał klaksonu. No i przy wyprzedzaniu zaciął mu się ten klakson. Kierowca
nic sobie z tego nie robiąc jechał z włączonym klaksonem z 5 minut. Dopiero
jak zacząłem bić brawo na końcu autobusu to śmiech współpasażerów i ich
docinki spowodowały, że kierowca zatrzymał się i naprawił. Do końca drogi
klaksonu już nie użył. Może na drugi raz się zastanowi czy naprawdę mu
jest tak niezbędny. W Tadmur jesteśmy już po zmroku, idąc po mieście
proponują nam nawet nocleg za dolara na dachu, ale idziemy się rozbić obok
jednej z oaz. Nazajutrz od samego rana zwiedzamy Palmirę. Pierwsze kroki
kierujemy do Świątyni Baala. Ja z drukowanym ISIC wchodzę bez problemu, moi
współtowarzysze mają wypisany ręcznie i nie chcą ich wpuścić na zniżkę.
Dopiero po wyjęciu kilku różnych dokumentów i sprawdzeniu, że nazwiska się
zgadzają, wchodzą. W środku świątyni spotykamy w sumie z 10 Polaków. Z
dwiema dziewczynami zapoznaliśmy się bliżej i towarzyszyły nam do końca
zwiedzania. Jedyny z nas, który wyłamał się z oglądania Palmiry był Michał,
który miał już dość wszystkich ruin i spał sobie smacznie w cieniu kolumn.
Oprócz głównych ruin idziemy także do jednego z grobowców. Cytadelę na wzgórzu
już sobie odpuszczamy, bo jest daleko. Poza tym dziewczyny były tam o świcie
i opowiedziały nam co można z niej zobaczyć. Żegnamy się z naszymi koleżankami
i jedziemy do Hamy by obejrzeć słynne norie. Oczywiście przesiadka była w
Homs i kierowca kręcąc po różnych uliczkach pokazał nam jak wygląda to
miasto slumsów. Naprawdę nic ciekawego. Za to Hama i jej norie są naprawdę
warte obejrzenia. Wielkie drewniane koła przeraźliwie skrzypiące działają
do dziś. Rozkładamy się na zielonej trawie, której bardzo byliśmy stęsknieni.
Dwóch z nas idzie wymienić pieniądze i przychodzą z wiadomościami, że w
Polsce są wielkie powodzie. W jednym z hoteli obejrzeli sobie Polsat. Ta stacja
jest bardzo popularna wśród Syryjczyków, szczególnie w sobotnie wieczory
;-). Luksusowym autobusem dojeżdżamy na wieczór do Aleppo, gdzie chcemy zrobić
ostatnie zakupy i poszukać jakiegoś nocnego autobusu do Antakyi. Znajdujemy
jeden za 200 SP, który ma odjechać o północy. Na targu wydajemy ostatnie
funty i idziemy jeszcze na soki. Tam znowu słyszymy polskie głosy i ku mojemu
zaskoczeniu natknęliśmy się na ludzi z Lublina i jedna dziewczyna nawet
dzwoniła do mnie jeszcze przed wyjazdem i mieliśmy się umówić w Syrii. Udało
się nam jednak spotkać bez umawiania się. 4 godziny do odjazdu autobusu
przegadujemy z nimi. Chcieli oni jechać na Kaukaz, ale nie mogli dostać się
do Gruzji, więc pochodzili trochę po tureckich górach i przyjechali tutaj.
Nasz przemytniczy autobus wyjechał dopiero po 1 w nocy. Niestety klimatyzacji
nie chcieli włączyć czym nas bardzo zdenerwowali. Mnie także zaczęła po
raz pierwszy łapać biegunka, więc miałem podwójne powody do niezadowolenia.
Przed granicą zatrzymujemy się na wielkiej stacji benzynowej i mimo tego, że
jest środek nocy to mnóstwo tu autobusów i każdy robi wielkie tankowanie we
wszystkie zbiorniki jakie ma. W końcu benzyna w Turcji jest kilka razy droższa.
Na granicy syryjskiej także było kilka autobusów i ich obsługa co raz
podrzucała łapówki oficerom, by najpierw ci sprawdzali paszporty z ich
autobusu. Wszystko to trwało spory czas. Po stronie tureckiej kupiliśmy sobie
wizę i na odprawę czekaliśmy także ze 2 godziny. Obsługa autobusu zaczęła
nam dorzucać jakieś czarne torby pod bagaż, ale my zdenerwowani brakiem
klimatyzacji poszliśmy w uparte i nie daliśmy sobie nic wcisnąć. Byli bardzo
zdenerwowani. W końcu przyszedł celnik i zabrał im większość z tych toreb.
W środku autobusu po odprawie i tak wszyscy byli zadowoleni i składali sobie
gratulacje. W autobusie jednak dużo więcej było schowane.
Znowu w Turcji (mapka)
Drogę
100 km pokonujemy w sumie w 6 godzin i o świcie jesteśmy w Antakyi. Chcemy
podjechać do naszego domku w Iskenderun i tam trochę odpocząć. Szybko dojeżdżamy
stopem i tam bierzemy kąpiel najpierw w morzu, a potem pod wężem ogrodniczym.
Mieliśmy się tu trochę przespać, ale jednak chcemy już teraz wyruszyć w
stronę Kapadocji. Niestety Nemrut Dagi odpuszczamy, bo jeden z nas musi być
wcześniej w domu. Jadąc jak zwykle z Michałem szybko łapiemy Opla i jadąc
140-150 km/h po autostradzie w ekspresowym tempie dojeżdżamy do skrzyżowania
na Ankarę. Nasz samochód dalej pojechał wzdłuż wybrzeża. Ponieważ byliśmy
bardzo zmęczeni to praktycznie całą drogę przespaliśmy i nie przeszkadzały
nam plecaki na kolanach. Po wyjściu z samochodu na autostradzie od razu
napatoczył się samochód żandarmerii. Nie mówili ani słowa po angielsku i
zabrali nas 30 km stąd na dworzec autobusowy do miasta Tarsus i sobie
odjechali. Zdenerwowali nas strasznie. Mieliśmy ok. 6 km do trasy wylotowej z
miasta, a w tym upale to katorga iść. W końcu stajemy w mieście przy stacji
benzynowej i próbujemy łapać. Jako, że to środek miasta to wzbudzamy duże
zainteresowanie. Wszyscy nam proponują autobus, my jednak nie chcemy płacić.
Obsługa stacji przynosi nam nawet paczkę chusteczek do ocierania się od potu.
Po pół godzinie walki z miejscowymi, którzy nie chcieli od nas odejść łapiemy
nauczyciela, który dowozi nas na wylotówkę. Byliśmy uratowani. Tu od razu łapiemy
tira i jedziemy aż do skrzyżowania z drogą na Konya. Jechaliśmy bardzo wolno
i był już prawie wieczór. Łapaliśmy jednak dalej i kolejnym tirem dojeżdżamy
do Aksaray, a więc miasta, w którym zjeżdża się z drogi na Ankarę i jedzie
się do Kapadocji. Mieliśmy wiadomość, że druga dwójka miała duże kłopoty
i jest 200 km za nami. Mieliśmy więc przewagę. W Aksaray rozbijamy się pod
jakimiś domami na kawałku polu, było już ciemno, a my nie mieliśmy sił
szukać czegoś innego. Rano szybko się zebraliśmy by nikt się do nas nie
przyczepił i idziemy wzdłuż drogi poszukać jakiegoś cienia by zrobić sobie
śniadanie. Gdy tak szliśmy to zatrzymała się mała ciężarówka i zapytali
się gdzie jedziemy. Zabrali nas aż do Neshvir. Zostało nam stąd tylko
kilkanaście km do Goreme. Rozkładamy się w końcu z jedzeniem na trawie przy
skrzyżowaniu. Po skonsumowaniu idziemy na drogę i łapiemy nowe BMW. Chwilę
wcześniej powiedziałem, że chciałbym się przejechać kiedyś takim cackiem
i akurat kierowca się zatrzymał :-). Potem przesiadka w Megane i jesteśmy w
Goreme. Kupujemy zimne Efezy oraz kebaby i rozkładamy się przed wejściem do
Goreme Open Air Museum. Na Krzyśka i Michała czekaliśmy prawie cały dzień i
okazało się, że oni dojechali z drugiej strony. Spotkaliśmy się więc pod
koniec dnia pod bramą muzeum. Pooglądaliśmy słynne skalne kościoły i te
wszystkie ciekawe formy. Na wieczór zabraliśmy się obok muzeum i wybraliśmy
sobie miejsce na nocleg właśnie wśród tych form. Pod sam wieczór osa wleciała
mi w klapki i ugryzła w najmniejszy palec u nogi. Opuchlizna szybko mi rosła.
Rano miałem spuchniętą całą stopę i na tyle to źle wyglądało, że chciałem
jak najszybciej dostać się do Stambułu i pójść do lekarza. Jednak w
Kapadocji chcieliśmy jeszcze koniecznie zobaczyć podziemne miasto w Derinkuyu.
Po trzech stopach dojeżdżamy na miejsce. Miasto naprawdę jest spore,
momentami bardzo trzeba się mocno schylać by móc przejść wszystkimi
podziemnymi korytarzami. W środku panuje miły chłód. Spotykamy tu też naszą
drugą dwójkę i gdy oni już obejrzeli zbieramy się na drogę by jechać już
do Stambułu. Z tej wioski bardzo trudno się wydostać, ponieważ jest bardzo
mały ruch. Nam jednak sprzyja szczęście i szybko łapiemy miłego Turka w
Toyocie z klimatyzacją i po angielsku rozmawiając łatwo się dogadujemy.
Wyrzuca nas aż za Neshvir na skrzyżowaniu, skąd możemy łapać kogoś do
Aksaray. Tu znowu dosłownie chwila stania i mamy następny samochód. Kierowca
bardzo szybko jedzie i przy wyprzedzaniu pod górkę na zakręcie przy prędkości
160 km/h na górze łapie go policja. Niestety nie mieli radaru i nawet nie wiem
czy zapłacił on jakiś mandat. Znowu mamy bardzo szybkie tempo i chcemy trochę
zwolnić. W Aksaray chcieliśmy łapać tylko auta osobowe, jednak zatrzymał się
nam tir i kierowca mówi, że jedzie do Stambułu. Był to dla nas mały szok,
no ale skoro jedzie tak daleko to my z nim. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się,
że jedzie do Izmitu, a więc ok. 100 km przed Stambułem. Aż do 1 w nocy
jedziemy i zatrzymujemy się w końcu spać. Nasz kierowca okazuje się typem
zboczeńca, ponieważ zaczyna napastować Michała. Ten zdenerwowany odrzuca
jego ręce i w końcu nasz kierowca mówi, że już jest Izmit i żebyśmy
wychodzili. Mimo nocy i niepewnej pogody (właśnie skończyło padać)
wysiadamy i idziemy obok drogi spać. Rozbiliśmy się obok jakiejś wielkiej płachty.
Rano obudziły nas głosy, a po wyjściu z namiotu okazało się, że pod tą płachtą
spało z 15 osób. Przy dziwnych spojrzeniach tych ludzi szybko się zbieramy i
wychodzimy na drogę. Okazuje się, że do Stambułu mamy jeszcze ponad 180 km.
Trzema stopami dojeżdżamy na miejsce aż pod dworzec Sikerci, a więc
niedaleko Błękitnego Meczetu. Ostatni stop łapaliśmy już praktycznie w mieście,
a naszego dobroczyńcę złapała policja za zatrzymanie się w niedozwolonym
miejscu i zapłacił mandat. Głupio się nam zrobiło. Na pożegnanie postawił
nam herbatkę w swojej restauracji i mogliśmy pójść do naszego hostelu
Sinbad, gdzie byliśmy umówieni z drugą parą. Oni mieli równie duże szczęście,
bo w Aksaray także złapali stop do Stambułu. W Sinbadzie bierzemy prysznic i
ja chcę iść do kliniki do lekarza, bo moja noga napuchła już po łydkę.
Niestety w jednej klinice nie było dermatologa i odesłali mnie do szpitala.
Tam znowu była taka kolejka, że musiałbym czekać cały dzień. Idę w końcu
do apteki i tam dają mi maść, dzięki której opuchlizna zeszła w kilka
godzin. Postanawiamy już dzisiaj wyjeżdżać z drogę powrotną, bo nie ma
sensu czekać 2 dni w Stambule by trafić na autobus Suczawa-Przemyśl. Chodzimy
jeszcze długi czas po handlowych ulicach miasta oraz po krytym bazarze robiąc
ostatnie zakupy. Mogliśmy to sobie darować, bo na otogar dojeżdżamy dopiero
na godzinę 19 i po obejściu wszystkich biur okazuje się, że najbliższy
autobus do Bukaresztu jest jutro o godzinie 13. Chcąc nie chcąc musimy więc
tu zostać jeszcze jeden dzień. Kupujemy w końcu po targach 4 bilety po 20$ na
jutro na godzinę 14. Jest już ciemno i wydostajemy się z dworca szukając
jakichś krzaków do przenocowania. W końcu całkiem niedaleko dworca, ale za
to blisko torów metra znajdujemy miejsce wśród drzew. Są tu także
miejscowi, ale niedługo się zbierają. Nawet nie rozstawiając namiotów
idziemy spać. To był nasz błąd, bo rano budzimy się pogryzieni przez
komary. Nie mamy już w ogóle tureckich pieniędzy i nie opłaca nam się nic
wymieniać, Michał robi jakieś zakupy na kartę kredytową i nic właściwie
nie robiąc dotrwaliśmy do godziny 14. Na dworcu z biura gdzie kupiliśmy bilet
jeden człowiek zabiera nas swoim samochodem na drugi dworzec i stamtąd mamy
odjeżdżać
Droga powrotna
Autobus
najnowszy nie jest, lecz klimatyzacja działa. Zaraz po ruszeniu są pierwsze
zgrzyty, bo obsługa zbiera po 2$ od osoby na prom i opłatę ekologiczną w Bułgarii.
Oczywiście za nic nie chcemy płacić, bo wszędzie takie opłaty są wliczone
w cenę biletu. Około 2 godzin kłóciliśmy się z obsługą autobusu, nie
chcieliśmy nawet dać im naszych paszportów do wpisania na listę. Jeden Rumun
przetłumaczył nam, że za granicą w Bułgarii będą chcieli nas wyrzucić z
autobusu. My jednak postawiliśmy twardo na swoim i nie zapłaciliśmy za nic.
Oni także dali sobie spokój, widząc naszą upartość. Podróż dalej mija
praktycznie bez żadnych niespodzianek. Na granicy bułgarsko-rumuńskiej możemy
zobaczyć dlaczego autobus woli płynąć promem niż zapłacić za most –
wtedy następuje wielki przeładunek ‘czarnych toreb’. Każdy miał
przydzielone co trzeba i każda dziura była poupychana. Nazajutrz w Bukareszcie
próbujemy złapać jakiś pociąg w interesującym nas kierunku. Mieliśmy
wracać przez Budapeszt, ale najbliższy pociąg do Oradei był dopiero
wieczorem. Była jeszcze możliwość pojechania pociągiem do Warszawy i wcale
nie było to tak drogo. Mieliśmy nadzieje jeszcze na połowę zniżki za bilet
grupowy dla sześciu osób (dołączyła się do nas jeszcze jedna para), ale był
to tylko bilet w dwie strony. Wychodzimy więc z dworca i idziemy na autobus.
100 metrów za biurem Toros był mały dworzec autobusowy i tam akurat stał
autobus do Suczawy. Kupiliśmy bilety za 5$ i czekała nas 8-godzinna męczarnia.
O 20 jesteśmy na miejscu i już dziś nie ma żadnego autobusu do Czerniowców.
Najbliższy o 4 rano. Wielka szkoda, bo jakby coś było to może z Czerniowców
byłby jakiś nocny pociąg do Lwowa. Aby umilić sobie czas idziemy do
restauracji niedaleko dworca i zamawiamy pizzę i piwo. Była to knajpka na
otwartym powietrzu pod parasolami i obok nas było jakieś przyjęcie.
Najprawdopodobniej były to chrzciny. Około północy, gdy impreza dobiegała
już końca kelnerki zaczęły nam znosić potrawy z tamtych stołów. Mogliśmy
zatem doświadczyć gościnności rumuńskiej i prawie wszystkie dania zjedliśmy,
bo byliśmy bardzo głodni po podróży. Trójka z nas siedziała w knajpie do
godziny 3, a ja z pozostałą dwójką poszedłem za kościół by zdrzemnąć
się chociaż na 2 godziny. O 4 rano wsiadamy wszyscy zmęczeni do autobusu i
budzimy się dopiero na granicy. Tym razem kontrola rumuńska szybka i na ukraińskiej
nie chcieliśmy kupować strachowek, bo ostatnio nikt tego nie sprawdzał. Tym
razem jednak oficer wbijający pieczątki zażyczył sobie ich pokazania. Oczywiście
nasze międzynarodowe ubezpieczenia ważne na wszystkie kraje świata na
Ukrainie nie działają i tracimy po 2,5 dolara. Na miejsce dojeżdżamy o 8 i
od razu stał autobus do Lwowa. Znowu udało nam się zapłacić w dolarach. A w
autobusie, który miał chyba ze 30 lat spędzamy kolejne 8 godzin. Lwów wita
nas straszną ulewą. Rozglądamy się szybko za transportem do Polski i trójka
z nas jedzie taxi do Przemyśla, a ja z dwoma Michałami wsiadam w stojący
autobus do Tomaszowa Lubelskiego. W autobusie poznajemy rdzennego Lwowiaka. Jego
matka jest Polką, a on studiuje w Lublinie. Tak więc we czwórkę wysiadamy w
Tomaszowie i szukamy dalszego autobusu. Ponieważ jest niedziela wieczór, więc
żadnych busów już nie ma i jedyne co możemy zrobić to czekać do godziny
pierwszej w nocy na autobus do Warszawy. Dyżurny ruchu na szczęście pozwolił
nam poczekać w swoim pokoju, bo na dworze zrobiło się bardzo zimno, a my po
bliskowschodnich upałach nie przyzwyczajeni byliśmy do tak niskich temperatur.
Drogi do Lublina praktycznie nie pamiętam, bo przespałem. W domu byłem ok. 4
nad ranem, a pozostali pojechali do Warszawy.
Podsumowanie
Cała
wyprawa zajęła 31 dni - rozpoczęła się 6 lipca i zakończyła 6 sierpnia.
Koszt wyniósł 400$, a mógł nawet mniej gdybym nie zrobił zakupów w
Stambule w drodze powrotnej. Trzeba przyznać, że żyliśmy oszczędnie i
zaledwie 9 noclegów mieliśmy w hotelach. Szczerze polecam wszystkim wyjazd na
Bliski Wschód.