Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Czarnohora

Tego wyjazdu zapewne nie można nazwać czysto trampingowym, ponieważ w dużej części był zaplanowany. Sam jednak pomagałem w planach jeszcze w Polsce. W Karpaty Ukraińskie wybraliśmy się w 11 osób, czyli moja grupa specjalizacyjna na studiach, plus dwójka nauczycieli akademickich. Była to swego rodzaju wymiana ze studentami z Uniwersytetu Lwowskiego, którzy później przyjechali do Lublina. Cały wyjazd trwał 6 dni. W poniedziałek w samo południe wyjechaliśmy rejsowym autobusem z Lublina do Lwowa, koszt 30zł. Jadąc na Krym kombinowaliśmy pociągami, ale tylko traci się kilka godzin więcej by zaoszczędzić 3zł. Na granicy kupiliśmy strachowkę za 4,5$, czyli drożej niż w maju. Autobus jechał bardzo szybko i granica też sprawnie minęła. Spod opery we Lwowie odbierają nas przedstawiciele tamtejszego uniwersytetu i zawożą do akademików. Są one położone spory kawałek od centrum. Ich wygląd zewnętrzny już pokazuje czego możemy się spodziewać. W środku strasznie śmierdzi, łazienki to niezły syf, prysznic zardzewiały, ściany brudzą, wody brak. Pomyśleliśmy: tragedia. Później się dowiedzieliśmy, że od 6-9 i 18-21 jest zimna woda. O ciepłej nikt nigdy nie słyszał. Wiem, że Lwów ma ogromne problemy z wodą (leży na dziale wodnym), ale minimum standardów powinno być. Każdy z nas dostaje po 90 hrywien do wydania i mimo strasznej zlewy idziemy do miasta na piwo. Najpierw siadamy przy Prospekcie Swobody, a później przenosimy się do przytulnej knajpki by coś zjeść. Zamówione przez nas jedzenie i alkohol na łączną sumę kilkuset hrywien pozwolą właścicielce przetrwać długi czas. Widać, że nie ma zbyt wielkiego ruchu u niej, choć jedzenie jest tu bardzo smaczne. Następnego dnia idziemy do stołówki studenckiej na śniadanie. Wygląd stołówki jest rodem z filmu "Miś". Brakuje tylko sztućców na łańcuchy. Zamawiam jajecznicę z dodatkami oraz herbatę za cenę złotówki. Dziewczyny w ogóle rezygnują z jedzenia czegokolwiek tutaj i posilają się niezniszczalnymi konserwami. Po posiłku zostajemy zabrani na Uniwersytet Lwowski by pooglądać Wydział Geograficzny. Sale mają bardzo ładnie wystrojone, nie to co nasze smutne... W południe wyjeżdżamy w końcu w Karpaty. Jeden z doktorantów daje nam gazetę z gołymi babkami. Ciekawe co w ten sposób chciał osiągnąć. Ciekawe było to, że z nami pojechał właściwie cały zakład. Wzięli mnóstwo jedzenia w siatkach i potem codziennie przygotowywali nam posiłki. Ciekawe czy nasi pracownicy naukowi zechcieliby zrobić coś takiego. Na godzinę 20 dojeżdżamy na istny koniec świata. Jest to 15 km na południe od Worochty, skończyły się tu wszelkie drogi. Jest tutaj uniwersytecka baza - kilka drewnianych domków, w środku których pokoje wyglądają jak przedziały w wagonach sypialnych. Dobrze, że chociaż elektryczność jest, bo woda jest tylko w strumieniu obok. Jej temperatura to jakieś 5 stopni. A my mamy tu wytrzymać 4 dni. Ciekawe jak tu się umyć... Pod wieczór czeka nas jeszcze kolacja, na której ustaliliśmy, że następnego dnia wyruszamy na Howerlę (2061 m n.p.m.) póki jeszcze jest ładna pogoda.

Na najwyższy szczyt Ukrainy wyruszamy zaraz po godzinie 7. Początkowo wchodzimy od wschodniej strony, najpierw pod górę rzeki dochodzimy do schroniska. Tam niestety tylko kawy można się napić. Następnie nasz przewodnik prowadzi nas na przełaj aż w końcu docieramy do przełęczy na wysokości ok. 1900 m, na której to widać repery. Biegła tędy przed wojną granica polsko-słowacka i do tej pory widzimy tego ślady. Robimy tu odkrywkę glebową, a nasi ukraińscy opiekuni robią nam posiłek. Bardzo nas to zdziwiło. Po 2 godzinach ruszamy dalej. Po minięciu najbliższego szczytu naszym oczom ukazuje się Howerla. Po drodze mijamy tylko jedną grupę ludzi i akurat byli to Polacy. Jak się później okazało wybraliśmy trasę dłuższą, ale bardzo malowniczą. Inne grupy wchodziły z drugiej strony. Po tych pustkach na szlaku myślałem, że na szczycie też będzie pusto. Wszedłem jako pierwszy z grupy i zaskoczyła mnie typowa "stonka". Było ponad 30 osób, sporo małych dzieci, więc inne podejścia muszą być bardzo łatwe. Z góry rozpościera się piękny widok. Widać oddalony o ponad 20 km stąd wyższy szczyt rumuński. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia przy obecnym tu krzyżu i tablicy. Po kilkudziesięciu minutach wyludnia się i nasza grupa zostaje sama. Do bazy schodzimy okrężnymi drogami i po 9 godzinach marszu każdy był praktycznie padnięty. Na dole trafiamy na jakiś ośrodek i pytamy się czy jest sklep. Niestety sklepu nie ma, baru nie ma, a na pytanie czy jest wódka odpowiedź była szybka i twierdząca ;-). Kupiliśmy od dyrektora z sejfu i poszliśmy do bazy. Na Howerli spotkaliśmy parę studentów z Kijowa i zaprosiliśmy ich do nas do pokoju. Oni szli już tydzień po górach. Cały wieczór spędziliśmy na rozmowach. Przynieśliśmy im też trochę ciepłego jedzenia, wyniesionego z naszej kolacji. Następnego dnia nie jedziemy niestety w Gorgany, które bardzo chciałem zobaczyć, lecz wychodzimy w teren niedaleko bazy na zajęcia merytoryczne. Przez kilka godzin tylko kopiemy doły i praktycznie nic ciekawego nie zobaczyliśmy. Popołudniem strasznie psuje się pogoda, chmury wiszą bardzo nisko zasłaniając czubki drzew i cały czas siąpi deszcz. Nasze szaszłyki z grilla stoją pod znakiem zapytania. W końcu po próbach rozpalenia węgla na dworze, zabierają całe mięso i wysmażają na patelni. Dopiero o 23-ciej jest nam dane ich spróbować. Mundi przychodzi na kolację razem z naszymi znajomymi, lecz docent ich wygania. Bardzo nas zdenerwował, potem się dowiedzieliśmy, że Lwowianie bardzo nie lubią się z Kijowianami. Chodzi tu głównie o poczucie narodowości. We Lwowie są silnie za Ukrainą, a w Kijowie ludziom wszystko jedno czy w Ukrainie czy w Rosji. W stolicy Ukrainy nawet mówi się po rosyjsku uważając język ukraiński jako 'wieśniacki'. Zrobiło się więc przez chwilę bardzo nieprzyjemnie. I tak naszym znajomym wynosimy dużo mięsa, a oni wszystko szybko zjedli, tak jakby nic nie jedli od kilku dni. Spali potem w pokoju obok, bo nie chcieliśmy ich wypuścić na zewnątrz do namiotu przez tę ulewę. Na zmianę pogody nie zanosiło się i następnego dnia żegnaliśmy góry właściwie za dużo ich nie widząc. Po drodze do Lwowa zatrzymaliśmy się w Jaremczy by obejrzeć najpierw muzeum wyzwolenia, a potem poszliśmy do wodospadów w Karpackim Parku Narodowym. Te wodospady to na dobrą sprawę nic ciekawego, był tu jednak spory targ z pamiątkami i wpadliśmy w wir zakupów. Obok także zobaczyliśmy odsłonięcie fliszu karpackiego, a więc skały budującej zewnętrzne Karpaty. Bardzo ładny widok. We Lwowie byliśmy o 21 i od razu poszliśmy do jednej z bardziej ekskluzywnych pizzerii. Zamówiłem dużą pizzę, piwo, 3 rodzaje sałatek i zapłaciłem za wszystko 15zł. We Lwowie jest naprawdę tanio. Ostatniego dnia oglądamy pozostałe atrakcje Lwowa, a więc cmentarz Łyczakowski, cmentarz Orląt Lwowskich oraz Stary Rynek. Teraz mogę powiedzieć, że mam 'zaliczony' cały Lwów. Po południu mamy autobus do Lublina i żegnamy Ukrainę.

Mimo, że zbyt wiele Karpat Ukraińskich nie zobaczyłem, to spodobały mi się na tyle, że jeszcze zapewne tutaj wrócę. Należy jednak pamiętać, że w samych górach jest duży problem z komunikacją oraz sklepami. Trzeba wyruszać z dużymi zapasami.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.