Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Krym

(mapka)

Moi znajomi wyprawę na Krym planowali już od kilku miesięcy. Na kilka tygodni przed wyjazdem zdecydowałem się podłączyć do nich. To miał być wyjazd typowo trampingowy z noclegami na dziko w namiotach. Moi znajomi podróżując już kilkakrotnie autostopem po Europie mieli w tym spore doświadczenie, więc nie miałem się czego obawiać. Byli także już 2 razy na Ukrainie, więc wiedzieliśmy czego się można po tym kraju spodziewać. Przed wyjazdem zbieraliśmy informacje o Krymie w internecie, wśród znajomych, którzy tam byli. Wypożyczyliśmy także książki, które miały nam pomóc w poznaniu historii tego półwyspu. Wyjazd planowaliśmy na 2 tygodnie. Chcieliśmy poruszać się z zachodu na wschód, zobaczyć najciekawsze miejsca, pochodzić po górach i spotkać się z naszymi znajomymi, którzy wyjechali 2 dni wcześniej. Kontaktować się mieliśmy przez telefony komórkowe.

Dzień 1, 29.04.2001

Spotykamy się rano na dworcu w Lublinie, kupujemy łączone bilety do Rawy Ruskiej, by taryfą międzynarodową przejechać tylko jedną stację i o 8:58 wyrusza nasza piątka: Zuzka, Mundi, Łajka, Wojtek i ja. Bez większych przygód o 12:30 dojeżdżamy do Hrebenne i zaraz do Rawy Ruskiej. Wjeżdżając pociągiem na Ukrainę od razu nikną lasy Roztocza i zaczynają się pola uprawne. Niemiło się także zrobiło jak ukraińska celniczka krzyczała na nas z 5 minut, a my i tak nie wiedzieliśmy o co jej chodzi. Po zapłaceniu „ubezpieczenia” za 3 dolary (wzięliśmy tylko na 5 dni) wyruszamy spacerkiem do centrum Rawy. Po drodze wymieniamy pieniądze (1$ = 5,45UAH). Marszrutką za 6,30 UAH dojeżdżamy do Lwowa. Droga była koszmarna, strasznie trzęsło i kierowca puszczał ukraińskie dicho. O 17:15 dojeżdżamy pod operę do Lwowa i wykonujemy szybki telefon do naszych lwowskich znajomych, którzy mieli nam pomóc w kupieniu biletów do Symferopola. Okazało się, że znajomy już był pod operą i razem z Wojtkiem i Mundim pojechali na dworzec. Obawialiśmy się o brak biletów, o czym kilkakrotnie słyszałem, więc na wszelki wypadek mieliśmy plan awaryjny. Na szczęście nie trzeba było go wykorzystywać, bo bilety były i nawet wszyscy wylądowaliśmy w 1 przedziale plackartnym. Bilet kosztował 47 UAH. Podczas nieobecności chłopaków siedziałem na karimacie razem z Zuzką i Łajką pod operą. Co chwila podchodziły jakieś dzieci prosząc o pieniądze. Zaczepiało nas także kilku starszych polskich Lwowiaków, którzy po krótkiej rozmowie także pytali się o jakieś drobne polskie pieniądze. Pociąg mieliśmy dopiero o 23.00 więc poszliśmy sobie do parku obok uniwersytetu by coś zjeść. O 21 idziemy piechotą na dworzec. Usiedliśmy sobie na ławce obok dworca i słysząc nas podeszła do nas para Polaków z Gliwic. Także wybierali się na Krym, ale mieli tylko tydzień czasu. Trochę to za krótko biorąc pod uwagę ile się jedzie i ile miejsc jest do zobaczenia. Wreszcie wchodzimy do pociągu. Mamy w nim spędzić 30 godzin. Plackartne przedziały nie wydały nam się tak straszne jak sądziliśmy. O godzinie 1 zmęczeni kładziemy się spać.

Dzień 2, 30.04.2001

Wstałem o 8:30 i od razu poszedłem się umyć. Zdziwił mnie brak wody, dopiero pani obsługując przedział nauczyła mnie jak korzystać z tamtejszych kranów. Widoków na zewnątrz za bardzo podziwiać nie można było, ponieważ wzdłuż trasy ciągnęły się drzewa. Największym minusem wagonów plackartnych jest niemożliwość otwierania okien. Na każdej stacji wysiadamy by się przewietrzyć. Po wejściu z powrotem do wagonu dopiero można poczuć w jakim zaduchu się podróżuje. Na jednej ze stacji kupuje pyszne kotleciki za 1 UAH. Babuszek sprzedających jedzenie jest bardzo dużo, dzięki temu można zjeść coś świeżego. Wieczorem w pociągu integrujemy się z pewnym Ukraińcem. Ma na imię Andriej i pracuje w obsłudze pociągu. Przyniósł nawet do nas bimber. Potem przychodzi jeszcze jeden i siedzimy aż do 3:15.

Dzień 3, 1.05.2001

O 4:40 dojeżdżamy do Symferopola. Spaliśmy zatem niewiele ponad godzinę. 30 minut zajmuje nam spakowanie się i jako ostatni wychodzimy z pociągu. Dworzec zrobił na nas miłe wrażenie, jest zbudowany w ciekawym stylu i jest czysty. Pytamy się spotkanych na ludzi jak dojechać do Bakczysaraju, który miał być naszym pierwszym przystankiem. Wsiadamy zaraz w trolejbus i wyjeżdżamy nim na przedmieścia na dworzec autobusowy. Trolejbusy na Krymie to świetna sprawa. Wyglądają jakby nikt ich nie odnawiał ponad 20 lat, są tanie i w każdym jest kobieta sprzedająca bilety. Z dworca marszrutką za 2,50 UAH dojeżdżamy na miejsce. Od razu dało się zauważyć, że drogi na Krymie są dużo lepsze niż ta prowadząca do Lwowa. Samochodów droższych też tutaj jakby więcej. Kontrast między bogatymi i biednymi jest tu bardzo duży, brak jest typowej klasy średniej. Na dworcu w Bakczysaraju zaoferował nam się człowiek ze starą Ładą – za 6 UAH dowozi nas do Czufut-Kale. Było jeszcze wcześnie na marszrutki w tamtą stronę, a nam się nie chciało iść te 5 km. Miejsce od razu robi na nas wrażenie – dookoła kanionu są pionowe, odkryte skały. Podchodzimy sobie na górę pod jedną z nich i jemy w końcu śniadanie. Potem zostawiamy plecaki w sklepie i wyruszamy w stronę Uspieńskiego Monastyru, który mieści się w wykutej skale. Monastyr jest bardzo ciekawy, choć klimat miejsca psują porozrzucane wszędzie różne materiały budowlane. Jak się okazało później, będzie tak w prawie każdym ciekawym miejscu. Ukraińcy jednak nie umieją „sprzedać” swoich atrakcji. Poszliśmy dalej, wszędzie dookoła widać odsłonięcia wapiennych skał. Są one podatne na wymywanie. Dzięki temu powstało w nich szereg jam. Same odsłonięcia powstały zapewne w wyniku zapadnięcia się obszaru, w którym jest obecnie kanion. Po dojściu do samej góry Czufut-Kale chodzimy trochę po małych jaskiniach koło muru. Wejście za mury kosztuje 2 UAH, ale postanawiamy przejść się wzdłuż murów na drugą stronę wzgórza. To był świetny pomysł, bo kanion po drugiej stronie jest jeszcze bardziej okazały. Widoki spotęgował startujący stary samolot. Wracając wstępujemy jeszcze na stary cmentarz karaimów, rdzennych mieszkańców Krymu. Cmentarz jest duży i bardzo zniszczony – zarośnięty, pomniki poprzewracane. Po 5 godzinach chodzenia wracamy do wioski i po nasze plecaki zostawione w sklepie. Rozkładamy się na stołach restauracji zamawiając tylko sałatki i robimy sobie zasłużony obiad. Drogę powrotną do Bakczysaraju przechodzimy piechotą. Po drodze zatrzymujemy się przy Pałacu Chanów. Tu spotkała nas niemiła niespodzianka – pałac był zamknięty i ewentualne wejście z przewodnikiem drogo by nas kosztowało. Tutaj także świętują 1 maja. Zaglądamy tylko do ogrodu przez mury i ruszamy dalej. Na dworcu kolejowym kupujemy bilety do Sewastopola za śmieszną cenę 1,42 UAH (45 km). O dziwo dostaliśmy zniżki na Euro<26. Przez blisko 30 minut jedziemy przez sam Sewastopol. Możemy podziwiać to przemysłowe miasto oraz wielki port. Mieliśmy zatrzymać się tu na dłużej, ale rezygnujemy. Z dworca wsiadamy w autobus do Bałakławy i dojeżdżamy tam jak już się ściemniło. Chcemy poszukać miejsca na nocleg na plaży. Dojście do niej, mimo tego, że jesteśmy nad morzem zajęło nam grubo ponad godzinę. Szybko się rozbijamy i dopiero ok. 1 kończy się nasz długi dzień.

Dzień 4, 2.05.2001

Wstajemy o 10 i od razu próbujemy się wykąpać. Wojtek wszedł jako pierwszy, ja drugi. Woda jest strasznie zimna, ale trzeba było jakoś się umyć po długiej podróży. Zanim weszły dziewczyny przyszli do nas goście. Byli to nasi sąsiedzi, przynieśli wódkę, piwo, szaszłyk i chcieli się zapoznać. Niestety za bardzo nie mieliśmy czasu z nimi rozmawiać, ale oni uparcie nas nie chcieli opuścić. Robią to dopiero jak zaczynamy się pakować. Wracając do Bałakławy dopiero dziś możemy podziwiać piękne okoliczne widoki. Zatrzymujemy się przy ruinach zamku opisywanego w sonetach Mickiewicza. Widać stąd panoramę miasteczka. Mieliśmy mały problem z tym, gdzie jechać dalej. Część z nas chciała wracać do Sewastopola by zobaczyć ruiny greckiego miasta Chersonezu, a część chciała jechać do Ałupki i stamtąd wchodzić na Aj-Petri. Ponieważ było już późno, więc ruszyliśmy z powrotem do Sewastopola. Tam przejeżdżając trolejbusem przez całe miasto dojeżdżamy w końcu w okolice Chersonezu. Miły Ukrainiec podprowadza nas pod boczne wejście, gdzie nie ma kontroli i wchodzimy na teren ruin za darmo. W środku widać trochę porozrzucanych kamieni, na których ludzie piją wódkę albo palą przy nich ogniska. Po krótkim obiedzie zwiedzamy ruiny. Trzeba przyznać, że są na sporym obszarze. Widać, że pomagano ‘powstać’ kolumnom, bo wystają z nich żelazne zbrojenia. Ciekawy jest dzwon, któremu robimy zdjęcia przy zachodzącym słońcu. W ruinach, schowani za górką, znaleźliśmy bardzo dobre miejsce na nocleg. Osłonięci byliśmy od wiatru i drogi, a widzieliśmy odbudowywaną cerkiew. Potem w Polsce od znajomych, którzy byli w środku tej cerkwi dowiedzieliśmy się, że młotkiem rozwalano stare freski, kładziono nowe tynki i freski odmalowywano. No cóż, tu mają inną definicję cennych rzeczy. Wieczorem włączam telefon Łajki i odkrywam, że nie ma w nim roamingu, mimo tego, że pewna sieć zapewniała, że jest włączony. Urywa się zatem nam kontakt ze znajomymi, którzy wcześniej wyjechali i musimy pogodzić się z tym, że ich nie zobaczymy.

Dzień 5, 3.05.2001

Rano Zuza budzi się z bólem kręgosłupa, kilka ćwiczeń na szczęście pomaga i może dźwigać plecak. Postanawiamy szybko się spakować i jechać w stronę Wielkiego Kanionu. Wychodzimy o 10 głównym wyjściem i pani sprzedająca bilety zapytała się kiedy my weszliśmy, skoro tak wcześnie wychodzimy. Mundi powiedział ‘zawtra’ co oznacza jutro. Kobieta się tylko roześmiała i nas wypuściła. Podjeżdżamy busem na dworzec i szukamy autobusu do Sokolinoje. Okazuje się, że takiego autobusu nie ma. Nachalny kierowca busa oferuje nam przejazd za 10$, ale go olewamy. Chcemy jeździć autobusami za państwowe ceny. Kierowca jedynego stojącego autobusu proponuje nam podwiezienie do Pierjedowoje, blisko dużego jeziora, z którego brana jest woda dla całego Sewastopola. Zabieramy się tam i na miejscu mamy postanowić co dalej. W wiosce od razu udajemy się do sklepu by zaczerpnąć języka i zrobić zakupy. Kupuję tu ‘kiłki’, które bardzo mi posmakowały. Są to takie malutkie ryby w sosie pomidorowym. W sklepie jest także polski pasztet mazowiecki. Wyruszamy w 12-kilometrowy marsz do skrzyżowania, gdzie ma być autobus do Sokolinoje. Po drodze (2 km od wioski) znajdujemy małe jezioro, w którym woda była cieplejsza niż w morzu. Mogliśmy się tu porządnie umyć, zjedliśmy także obiad. Dopiero po 2 godzinach wyruszamy dalej i mamy przed sobą 10 km serpentyn. Droga asfaltowa szybko się kończy i zaczyna się utwardzona z kamieniami. Samochodów praktycznie nie ma. Na takim pustkowiu spotykamy ukraińskiego trampa, który szedł w przeciwną stronę. Uświadomiliśmy go, że źle idzie – chciał do Wielkiego Kanionu. Porozmawialiśmy z nim chwilę i on postanowił jednak iść dalej w przeciwnym kierunku. Po chwili marszu zatrzymała się 20-letnia Łada. Nawet nie machaliśmy. W środku był starszy pan, który powiedział, że jest Tatarem. Zapytał się gdzie nas zabrać. Mieliśmy szczęście, podwiózł nas aż do skrzyżowania w Gałubince. Chciał nas podwieźć, aż do wejścia do Wielkiego Kanionu, ale nie chcieliśmy nadużywać jego gościnności. Ani razu nie wspomniał nic o pieniądzach. Daliśmy mu w końcu 2 piwa i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Znaleźliśmy bardzo ładne miejsce przy sadzie i nad rzeczką. Wybrałem się z Mundim do wioski by kupić ziemniaki i jakieś warzywa. Przy ognisku mija nam kolejny wieczór.

Dzień 6, 4.05.2001

Wstajemy po 9.00 zmarznięci. Jednak w środku półwyspu jest sporo chłodniej. Dzisiaj chcemy przejść Wielki Kanion. Gdy szliśmy na przystanek autobusowy zaczepił nas pewien Ukrainiec proponując podwiezienie. My jak zwykle rezygnujemy z płatnego stopa. Zaproponował nam także zakup wina. Trzeba szczerze przyznać, że było to najlepsze wino, jakie spotkaliśmy na Krymie – słodziutkie i mocne. Bierzemy 2-litrową butelkę i idziemy dalej. Na autobus czekaliśmy grubo ponad godzinę i dopiero po 13.00 dojeżdżamy do Sokolinoje, a stąd jeszcze 6 km marsz do wejścia do kanionu. Wchodzimy bokiem i idziemy wzdłuż niebieskiego szlaku. Widoki w kanionie są naprawdę przecudne, cały czas idziemy przełomem rzeki. Szlak wiedzie po kamieniach i nie ma żadnych drabinek. Im dalej, tym stanowiło to większy problem. Teraz na wiosnę wody było sporo szło się bardzo trudno. W lecie ponoć jest tu duży deficyt wody i można dojść do samego końca kanionu. Dochodzimy do słynnej Wanny Młodości, kanion jest tu już wąski. Jest tu zaledwie kilka osób i co odważniejsi zażywają kąpieli w tej lodowatej wodzie. Dalej szlak robi się bardzo trudny, ja mimo to postanawiam iść dalej. Dołącza do mnie Mundi i Wojtek, a plecaki zostawiamy dziewczynom. Kanion coraz bardziej się zwęża, ściany robią się pionowe, jednak staram się nie moczyć nóg. Moi koledzy zdjęli buty i szli po wodzie. Ja w końcu dochodzę do momentu, gdy przejście jest praktycznie niemożliwe. Można było próbować przejść wysoko nad wodą wspinając się po pionowej skale, ale nie chciałem już zbędnie ryzykować. Wracamy do dziewczyn, nie było nas 1,5 h. Powoli zaczynało się ściemniać, a my nie mieliśmy miejsca na nocleg. Wracając wchodzimy na ścianę kanionu przy ujściu mniejszej rzeczki, znajdowało się tam wypłaszczenie i ślady po poprzednich obozach. Rozbijamy się tutaj i idziemy wcześnie spać, bo jutro przed nami kolejny długi szlak.

Dzień 7, 5.05.2001

Wstajemy z samego rana, szybko dochodzimy do spalonego dębu pocztowego i do głównej drogi. Chcemy się dostać pod masyw Aj-Petri. Autobusy nie jeżdżą, mimo, że jest to główna droga Bakczysaraj-Jałta. Kilku stojących naciągaczy chce nas podwieźć, 25 km za 80 UAH. Rezygnujemy i idziemy na piechotę. Staramy się skracać serpentyny. Prawie na samej górze na polance spotykamy dwie Tatarki, które przyrządzają szaszłyki i cziburiki. Kupujemy 3 szaszłyki i 2 cziburiki, wcześniej dokładnie nie dowiadując się o cenę. Gdy siedzieliśmy przy stolikach podjechał do nas Tatar, z którym wynegocjowaliśmy cenę 30 UAH za podwiezienie do Turbazy (stamtąd blisko już było do Aj-Petri). Po skonsumowaniu Tatarki mówią, że mamy do zapłaty 67 UAH!!! Strasznie nas to zaskoczyło, w końcu oni widząc, że łatwo z nas nie zedrą zeszli z ceną do 37 UAH co i tak było bardzo dużo. Trudno, zapłaciliśmy i pojechaliśmy. Po drodze Tatar opowiada nam, że mieszka ich 350 tyś. na Krymie, że nie lubią Rosjan. Mówił także coś o wysiedleniach. Gdy dojeżdżamy do Turbazy zauważamy, że całe góry są w chmurach i nic nie będzie widać, wielka szkoda, bo ze szczytu miał się rozpościerać piękny widok na Ałupkę i Morze Czarne. Sama Turbaza to kilka porozwalanych domów i małe stado koni pasących się na łące obok. Idąc połoninami, czyli ichniejszymi jajłami przez 5 km dochodzimy wreszcie pod Aj-Petri. Chmury opadły trochę na dół, więc przynajmniej ładnie było widać szczyt. Przy kolejce budowany jest cały kompleks dla turystów, są restauracje i targ. Po chwili wchodzimy na sam szczyt, który od północnej strony ma bardzo łatwe podejście, a od strony morza idzie prawie pionowo w dół. Siedzimy jeszcze trochę na górze i za cenę 11 UAH (razem z bagażem) zjeżdżamy do Ałupki. Kolejka jest na tyle długa, że trzeba się w połowie przesiadać do innego wagonu. Na dole od razu pytam się gdzie jest poczta, bo w końcu chcę zadzwonić do domu. Miły pan zaprowadza nas i za 3 UAH za minutę wreszcie dzwonię. Po drodze mijaliśmy coś w rodzaju ogrodu botanicznego, było tam sporo drzew z innych kontynentów, m.in. z Chile. Widać, że Ałupka jest typowym kurortem nadmorskim, jest bardzo zadbana. Siadamy w jednej z licznych kafejek i zamawiamy sobie piwo. Cena niższa niż w sklepie. Noclegu postanawiamy szukać dopiero po zmroku, wiedzieliśmy mniej więcej gdzie się kierować. Siedząc w kafejce widzimy najpierw człowieka z wytresowaną małpą, a potem także z orłem. Można sobie było zrobić zdjęcie, ale nawet nie pytaliśmy się za ile. Po zmroku wychodzimy za miasto, za plażę i tam znajdujemy miejsce na 2 namioty. Były także ślady ogniska. Zejścia do morza niestety nie było, ale specjalnie nam to nie przeszkadzało, bo i tak był silny wiatr.

Dzień 8, 6.05.2001

Dzisiaj chcieliśmy trochę podgonić, bo czasu zostało nam niewiele, a do zobaczenia jeszcze sporo. Mieliśmy pojechać do Gaspry, Jałty i Ałuszty. Idziemy na autobus, który miał nas zabrać do Gaspry. Mieliśmy 45 minut wolnego, więc zostawiliśmy plecaki na autostancji i poszliśmy obejrzeć pałac Woroncowa. Jest naprawdę piękny, same ogrody robią już wrażenie. Warto tam pójść. My nie mieliśmy zbytnio czasu i spieszyliśmy się by odebrać nasze plecaki, bo pani na autostancji miała wychodzić na obiad. Byliśmy 2 minuty przed czasem, ale pani już sobie poszła. Przerwa miała trwać 1,5 godziny. Bardzo się zdenerwowaliśmy, bo uciekł nam autobus. Poszliśmy sobie na górę by popatrzeć na panoramę Ałupki. Wracamy o 13 i w końcu odbieramy nasze plecaki, ale na autobus dalej trzeba czekać. Łapiemy w końcu marszrutkę i podjeżdżamy pod Jaskółcze Gniazdo w Gasprze, czyli pod wizytówkę architektoniczną Krymu. Niestety pod sam zamek nie udało nam się podejść, ludzie nam mówili, że ani z jednej, ani z drugiej strony nie można dojść. O dziwo pod zamkiem były wycieczki, ale nie mieliśmy już czasu na szukanie drogi. Wychodzimy znowu na główną drogę i podjeżdżamy marszrutką do Pałacu Livadii – miejsca Konferencji Jałtańskiej. Pałac jest bardzo dobrze utrzymany, wejście na jego teren nic nie kosztuje, do środka już nie wchodziliśmy. Jest to kolejne miejsce, które koniecznie trzeba obejrzeć. Robimy sobie zdjęcie na ławce, na której zdjęcie mają także Churchill, Roosevelt i Stalin. Do centrum Jałty jest stamtąd ok. 5 km, przechodzimy to pieszo. Ja chciałem zobaczyć jeszcze samą Jałtę – największy kurort krymski. Jednak moi znajomi chcieli stamtąd jak najszybciej uciekać i w końcu praktycznie nic nie widzieliśmy. Mundi chciał nas wszystkich zabrać jeszcze do Pałacu Massandryjskiego, 5 km za Jałtą. Praktycznie nikt więcej z nas nie chciał tam jechać, ale w końcu skusiliśmy się. Wsiedliśmy w trolejbus, potem jeszcze 3 km pieszo pod górę i przed wejściem zatrzymał nas milicjant. Mało brakowało by nas nie wpuścił, bo coś wspominał, że są tu teraz jakieś ukraińskie służby specjalne. Zresztą w tym czasie w Jałcie przebywał ukraiński prezydent i wszędzie było mnóstwo milicji. Udało nam się wytargować jednak 10 minut na zobaczenie pałacu z zewnątrz. Mnie specjalnie on nie zachwycił. Było już późno i postanowiliśmy nie jechać do samej Ałuszty, bo mielibyśmy tam problem ze znalezieniem noclegu. Od znajomych, którzy byli już na Krymie Mundi dowiedział się o dobrym miejscu na spanie w miejscowości Krasnokamienka, która leżała między Ajudahem a Krasną Skałą. Pod tą skałą było jeziorko. Zajechaliśmy tam już po zmroku. Krasna Skała jest znana dla wspinaczy, ponieważ ma ponad 50 m pionowej skarpy. Spod tej skały obserwowaliśmy Ajudah w poświacie pełni Księżyca. Wyglądał przepięknie.

Dzień 9, 7.05.2001

Wstajemy z samego rana i od razu idziemy do jeziorka zażyć ożywczej kąpieli. Opuszczamy powoli okolice Ajudahu i jedziemy trolejbusem do Ałuszty. To także miał być piękny kurort, a są prawie same blokowiska. Robimy zakupy, uzupełniamy zapasy wody i wsiadamy do trolejbusu, który zawozi nas do Zariecznoje. Przed nami 2 dni w paśmie Czatyrdahu. Mieliśmy początkowo wchodzić od strony Przełęczy Angarskiej, ale to byłoby za stromo, więc postanowiliśmy do tej przełęczy schodzić. Przełęcz ta jest o tyle ciekawa, że jest to najwyższy punkt na jaki wznosi się linia trolejbusowa. Z Zariecznoje pieszo dochodzimy do Mramornoje. Mijają nas tylko ciągle ciężarówki, które jeżdżą do pobliskiego kamieniołomu. Kierujemy się w stronę jaskini Mramornaja. Idziemy wzdłuż trakcji elektrycznej, jest bardzo stromo. Tuż przed godziną 18 dochodzimy do jaskini. Nie zdecydowaliśmy się wejść do niej, bo 1) koszty, 2) niejedną jaskinię już widzieliśmy. Uzupełniamy tu zapas wody i wyruszamy dalej w stronę Iklizi-Burun – najwyższego szczytu Czatyrdahu (1527 m). Idziemy jeszcze ok. 30 minut i znajdujemy ciekawe miejsce na nocleg. Jest także miejsce na ognisko. Zbieramy chrust, jest tu go mnóstwo. Mundi znajduje na sobie kleszcza. Muszę na nie uważać, bo nie miałem szczepionki. Spać idziemy całkiem wcześnie, bo jutro finałowa wspinaczka, na szczyt, który wydawał się nam całkiem daleko.

Dzień 10, 8.05.2001

Wstajemy o 7, w nocy było bardzo zimno. Próbujemy się rozgrzać herbatkami i zupkami. Okazuje się, że bardzo skurczyły nam się zapasy wody, mamy niecałe 5 litrów. Postanawiamy jednak nie wracać. Wychodzimy o 9 początkowo idąc na przełaj przez lasek, bo ciężko było znaleźć szlak. Było tu po prostu kilka ledwo wydeptanych ścieżek. Dopiero później była szeroka droga. Wychodzimy na łąkę i stąd rozpościera się wspaniały widok na całe pasmo. Dalej droga biegnie już ostro pod górę. U podnóża zatrzymujemy się i nabieramy trochę energii pożywiając się hałwą. Stąd już każdy idzie swoim tempem. Ja zaczynam wchodzić jako pierwszy, mijamy po drodze grupkę starszych Ukraińców, którzy są jedynymi osobami jakie tutaj w ogóle widzieliśmy. Powiedzieli mi, że albo mam młode nogi, albo lekki plecak. O godzinie 11.10 jako pierwszy zdobywam Iklizi-Burun. Pada deszcz, wieje silny wiatr i jest bardzo zimno. Nie spodziewałem się, że już po 2 godzinach po wyjściu z naszego obozu osiągnę szczyt. Reszta grupy dochodzi po 10-15 minutach. W najwyższym punkcie wbita jest flaga z napisem „Happy XXI”. Niestety z powodu chmur i deszczu nie możemy podziwiać dalekich widoków, choć można stąd zobaczyć Ałusztę, Ajudah a nawet Symferopol. Przez tę pogodę Ukraińcy, których mijaliśmy chyba zrezygnowali z wejścia, bo zaczęliśmy schodzić dopiero o 13.30 a ich jeszcze na górze nie było. Kierujemy się w stronę przełęczy Angarskiej. Początkowo idzie się w miarę płasko polanami, a potem ostro w dół przez las. Zaczął padać deszcz, w lesie było bardzo ślisko, o czym niestety mogłem się przekonać. Upaprani w błocie o godzinie 15 dochodzimy do przełęczy. Stąd bardzo szybko łapiemy zapchany trolejbus i wracamy do Ałuszty, skąd ponoć mamy mieć o 16.30 autobus do Sudaku. Na miejscu okazuje się, że takiego autobusu jednak nie ma. Zaczepia nas taksiarz, który chce nas podwieźć za 2$ do wylotówki, skąd mielibyśmy złapać stopa. Po naszych doświadczeniach ze stopem od razu rezygnujemy. Jedyna możliwość by się dostać dziś do Sudaku to jechać do Symferopola i stamtąd autobusem. Trochę to nie po drodze, ale nie mamy wyjścia. Wracamy więc znowu trolejbusem na przełęcz Angarską, a po godzinie 17 dojeżdżamy do stolicy Krymu. O 17.50 mieliśmy mieć autobus. O dziwo sprzedali nam bilety studenckie na karty Euro<26. Gdy tak staliśmy przy okienku podeszło do nas dwóch milicjantów i chcieli ode mnie paszport. „No to się zaczęło” – pomyślałem. To była nasza pierwsza kontrola. Popatrzyli na moją pieczątkę z 29.04 i coś mówili o registrancji. Zaczęliśmy ściemniać, że jesteśmy wyprawą naukową z polskiego uniwersytetu, że zaraz mamy autobus. Powiedzieli by się zarejestrować w Sudaku i oddali mi paszport. Uff, sprawnie poszło. Na dworcu zjadamy jeszcze po cziburiku i wsiadamy do autobusu. Dojeżdżamy po 20-tej, zaczyna się już ściemniać, więc po raz kolejny będziemy szukali noclegu po zmroku. Szybko robimy zakupy i kierujemy się w stronę plaży. Idziemy główną promenadą w stronę morza. Co chwila słychać muzykę z pobliskich klubów, w których świecą pustki. Gdy dochodzimy do plaży okazuje się, że jest ona powydzielana na mniejsze części i ogrodzona. Znalezienie jakiegoś miejsca może się okazać nie lada problemem. Idziemy wzdłuż plaży za miasto, w końcu wychodzimy poza zabudowania i znajdujemy miejsce na polance pod samą słynną twierdzą sudacką. Tam próbujemy rozstawić namioty. Jest bardzo silny wiatr, który nam to bardzo utrudnia. W końcu po ponad godzinie walki z wiatrem i kamieniami w podłożu udaje nam się to. Gdy kładziemy się spać rozpoczyna się ulewa, która trwa aż do 7 rano.

Dzień 11, 9.05.2001

Porywisty wiatr i ulewa spowodowały, że wstaliśmy niewyspani i do tego z większością rzeczy mokrych. Dopiero o godzinie 11 idziemy na twierdzę (wstęp na Euro<26 1 UAH). Twierdza jest ogromna i dobrze zachowana, ale nawet taki klimat Ukraińcy potrafią zepsuć wciągając do środka jakiś stary wagon. Na miejscu ciekawy jest meczet, w którym są pamiątki z poprzednich wieków. Niczym nie osłonięte, więc każdy może dotknąć. O 12.30 wychodzimy spod twierdzy kierując się na dworzec. Tam jak zwykle masa naganiaczy proponuje swoje usługi, a my jak zwykle ich olewamy. Okazuje się, że nie ma bezpośrednich autobusów do Starego Krymu i Teodozji, co mnie specjalnie nie zaskoczyło. Wsiadamy więc w stojący autobus do Symferopola i wyjeżdżamy do Gruszewki, która leży na głównej trasie Symferopol-Kercz. Tam wsiadamy w kolejny autobus i dojeżdżamy do Starego Krymu, które słynie z tego, że mieszka tam mnóstwo Tatarów. W pewnej polskiej gazecie przeczytaliśmy, że znajduje się tu także muzeum tatarskie. Na miejscu jednak nikt nie był nam w stanie powiedzieć, gdzie ono dokładnie jest. Przyczepił się nas jakiś pijaczyna i powiedział, że wie gdzie to jest. Przez 30 minut prowadził nas do muzeum jakiegoś pisarza, a nam zupełnie nie o to chodziło. Widząc nasze zdenerwowanie zapytał się bawiących się tu tatarskich dzieci czy nie wiedzą gdzie to szukane przez nas muzeum jest. One zawołały swojego ojca, który okazał się być bratem założyciela tego muzeum. Tak więc dzieciaki zaprowadziły nas z powrotem do centrum. Daliśmy im na lody i czekaliśmy na właściciela. Po chwili pojawił się. Nazywa się Nuri Jakubow i założył muzeum w sierpniu 1999 roku. Zebrał w nim bardzo ciekawe rekwizyty. Usłyszeliśmy sporo opowieści o kulturze tatarskiej, co prawda rosyjskiego perfect nie znamy, ale dało się zrozumieć. Idziemy jeszcze potem do najstarszego meczetu na Krymie pochodzącego z 1314 roku. Szkoda, że był zamknięty, mogliśmy go jedynie podziwiać z zewnątrz. Czas opuszczać Stary Krym, wychodzimy na główną drogę i łapiemy marszrutkę do Teodozji. Dojeżdżamy o godzinie 19 i mamy trochę ponad godzinę, aby znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Dowiadujemy się, że najlepiej jest pojechać na „Złotą plażę”. Podjeżdżamy tam kolejną marszrutką. Z drogi widać i morze i plażę. Jednak jest jej tylko wąski pas i wszystko widać z drogi. Obok jest duża turbaza, która jest obecnie zamknięta. Jest ona odgrodzona od ulicy wielkimi płytami. Udaje nam się jednak wejść na plaże obok niej boczną bramką. Cała baza to beton i tektura, na zmianę. Nie wiem w jaki sposób można mieszkać w czasie swojego urlopu w takich zabudowaniach. Plaża jest brudnawa, mnóstwo na niej muszelek. Rozbijamy się osłonięci od ulicy.

Dzień 12, 10.05.2001

Wstajemy dopiero o 9, świeci słońce i jest wspaniała pogoda. Mimo zimnej wody wszyscy zażywamy kąpieli w morzu. Potem się opalamy czytając w przewodniku co ciekawego jest do zobaczenia w Teodozji. Miasto to jest jednym ze starszych w całej Europie i miało strategiczne znaczenie już od dawna. Niestety to położenie źle się odbiło na zabytkach, bo prawie wszystko zostało zniszczone. Podobna sytuacja jest z Kerczem i decydujemy się nie jechać tam, bo jutro rano musimy być na dworcu w Symferopolu. Nocleg planowaliśmy przy jeziorze obok Symferopola. Do centrum Teodozji docieramy marszrutką ok. 12. Zamiast zwiedzać rozsiadamy się i myślimy nad planem pozostałych dni. Wojtek i Łajka chcą jechać jutro rano bezpośrednio do Lwowa, Mundi, Zuza i ja chcemy jechać przez Kijów. Robimy jeszcze zakupy na targu i w końcu nic nie zwiedzając o godzinie 15 wyjeżdżamy autobusem do Symferopola. W autobusie wpadam na pomysł, by może już dziś pojechać do Kijowa wieczornym pociągiem i nie kombinować już z noclegiem poza miastem. Wszyscy się zgodzili, a Wojtek z Łajką po przeczytaniu tego, co jest do zobaczenia w Kijowie także postanowili z nami jechać. Gdy wysiadamy o 18 w Symferopolu od razu przyczepiają się do nas milicjanci. Bardzo się odróżniamy od Ukraińców, bo mamy nowoczesne plecaki, a tam wszyscy podróżują z pasiastymi torbami. Tym razem nie idzie nam z nimi tak łatwo. Znowu się przyczepili o registrancję. My jak zwykle udajemy, że o niczym nie wiedzieliśmy. Chcieli nas zabrać na posterunek, jednak znowu wyciągamy pismo z uczelni, że jesteśmy wyprawą naukową i na szczęście nas puszczają. Przejeżdżamy całe miasto trolejbusem na dworzec kolejowy. Na miejscu okazuje się, że nie ma już biletów plackartnych do Kijowa. Decydujemy się kupić sypialny, który jest droższy o 16 UAH i kosztuje 45,50. Każdy z nas dostał bilet na inny przedział, mieliśmy nadzieję, że jakoś się pozamieniamy. Nikt niestety się nie chciał zamienić, bo w przedziałach były same rodzinki. Dodatkowo wszyscy mieliśmy miejsca na górze, więc był problem ze schowaniem bagażu. Zauważyć można także pozytywy, standard był sporo wyższy niż w plackartnym – są dywany, sztuczne kwiaty, okna się otwierają, drzwi do przedziałów się zamykają. Przypadło mi miejsce u miłej rodzinki i szybko poszedłem spać.

Dzień 13, 11.05.2001

O 13 wysiadamy z pociągu w Kijowie. Cały dworzec jest przebudowywany, kręci się multum ludzi i w ogóle najlepiej jak najszybciej z niego uciekać. Kupiliśmy bilety do Lwowa na godzinę 19.49 (na późniejsze nie było miejsc w jednym przedziale dla nas wszystkich), oddaliśmy bagaże do przechowalni i ruszyliśmy na metro. Podjechaliśmy kilka stacji i wysiedliśmy niedaleko Ławry Peczerskiej – najsłynniejszego kompleksu zabytkowego w stolicy. Po drodze do Ławry minęliśmy m.in. pomnik wiecznej sławy. Wstęp na teren Ławry kosztuje 8 UAH (znowu udało nam się wejść na Euro<26). Cały kompleks był budowany już od XI wieku. Naprawdę warto wydać pieniądze i przyjechać do Kijowa by tylko to zobaczyć. W środku są cerkwie, klasztory, katakumby, dziesiątki mieniących się w złocie kopuł... Weszliśmy na wieżę (wstęp dodatkowo płatny) by podziwiać widok na Kijów. Katakumby są także bardzo ciekawe, choć zwłoki są poprzykrywane. Trafiliśmy w nich akurat na modlitwy popów, palili oni kadzidełka – naprawdę robiło to wrażenie. Spędziliśmy w Ławrze ponad 2 godziny, czas nas naglił, a chcieliśmy jeszcze sporo zobaczyć. Dalej szliśmy już tylko pieszo, najpierw do placu Arsenalnego, potem obok stadionu Dynama doszliśmy do Placu Europejskiego. Tu w parku Chriszczatik jest pomnik przyjaźni rosyjsko-ukraińskiej, który obecnie nazywany jest „jarzmo”. Chyba wiadomo dlaczego ;-) Dalej przeszliśmy się bulwarem Chriszczatik do Placu Niepodległości i dalej do Placu Michailiwskiego, gdzie jest przecudna katedra. Idąc ulicą Andriejewską mijamy cerkiew, a potem w dół wśród kramów schodzimy do Dniepra, po drodze mijając dom Bułhakowa. Tutaj jest najstarsza część Kijowa. Na dole wsiadamy w kolejkę i za cenę metra dojeżdżamy z powrotem do katedry Michailiwskiej. Idziemy teraz już w stronę dworca mijając Plac Sofijski (jest tu Sobór Sofijski i ikony bizantyjskie z XI wieku, ale obecnie wszystko w remoncie) i operę. Do pociągu wsiadamy o 19.30. Kijów zrobił na nas niesamowite wrażenie – wszędzie stylowe kamieniczki, bruk, dobrze zachowane zabytki. Te kilka godzin starczyło by zaledwie liznąć to, co stolica Ukrainy ma do zaoferowania. Postanawiamy jeszcze kiedyś tutaj wrócić. W pociągu mamy zabawę przez prawie całą noc, bo Mundi kończył 25 lat – wszystkiego najlepszego :-).

Dzień 14, 12.05.2001

O godzinie 6.20 wychodzimy z pociągu we Lwowie. Od razu kierujemy się do parku przy uniwersytecie by coś zjeść. Mamy kilka godzin tutaj. Ja w końcu mogę trochę zwiedzić to polskie miasto. Zwiedzam kościoły, cerkwie, pomnik Mickiewicza, katedrę Boimów. Trzeba przyznać, że widać korzenie miasta. Potem idziemy do baru by zjeść naleśniki z grzybami. Najwyraźniej mi one zaszkodziły, ale dopiero w Polsce mogłem to odczuć. Podjeżdżamy tramwajem na dworzec kolejowy. W tramwaju kupiliśmy bilety studenckie, a nie można nam było. Akurat trafiliśmy na kontrolę i zapłaciliśmy po 9 UAH kary. Nie mieliśmy czasu się z nimi kłócić, bo spieszyliśmy się na elektriczkę. Daliśmy się nabrać, oni nawet nie dali nam żadnego papierka potwierdzającego wpłatę, więc pieniądze wzięli do kieszeni. O 12.10 w niemiłych nastrojach opuszczamy Lwów. W elektriczce podróżują same kobiety na handel. Widzieliśmy jak chowają papierosy, wódkę w buty, pod spódnicę, itp. Podczas odprawy w Rawie tym razem celnicy czepiają się naszego braku registrancji. Znowu nas chcą zabrać na posterunek, a nam za 10 minut odchodzi pociąg. W końcu Wojtek podszedł co celnika i powiedział, że dajemy mu 5$, on odparł, że po 10zł od głowy. Lżejsi o 50zł wsiadamy w końcu do pociągu i opuszczamy Ukrainę. W Hrebennem mogliśmy podziwiać jak polski celnik przeszukuje 500 tzw. ‘mrówek’ w ciągu godziny. Ponad 50 osób wziął na kontrolę osobistą, a my 30 minut spóźnieni wyjeżdżamy z Hrebenne i po 2 tygodniach tułaczki o godzinie 21 dojeżdżamy do Lublina.

Podsumowanie

Krym jest bardzo ciekawym regionem. Są tu zarówno ładne góry, jak i dużo zabytków. Piękno tych terenów dostrzegł przecież nasz wieszcz narodowy. Jest tanio, ale niestety tutejsi milicjanci jakoś nie wiedzą po co tu turyści przyjeżdżają. Myślą, że na szpiegi. Niestety są problemy z registrancją i straszne łapówkarstwo. Cała podróż wyniosła mnie 80$ razem z pociągami w Polsce. Uważam, że za takie pieniądze naprawdę warto pojechać. Z daleka trzeba omijać milicję i naciągaczy dworcowych. Ludzie, szczególnie ci na wsi są bardzo mili.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.