Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

El Salvador i Gwatemala

mapka

Po kilku dniach spędzonych w Chicago nadszedł czas na kolejną podróż. Dojechałem na lotnisko w Chicago o 4.30 i miałem godzinę na odprawę. Normalnie w budce to żaden problem, bo przecież mam tylko bagaż podręczny, ale tym razem się nie dało. Powód taki, ze pracownik musi zweryfikować paszport jak się leci za granicę. Kolejka do economy masakryczna i wszyscy z ogromnymi bagażami, więc podszedłem do First Class (w USA zastępuje business). Pani na szczęście nie wnikała i za chwile miałem boarding pass, ale bez przyznanego miejsca siedzącego - niezła głupota. Przy bramce musiałem podejść do następnego pracownika i dopiero tam dali mi miejsce. Największy z serii 737, czyli Boeing 737-900 był totalnie pełny. Widać, że dużo ludzi leciało z przesiadka w Houston to rożnych miast Ameryki Centralnej na urlop, przede wszystkim do Kostaryki. Na lotnisku w Houston przekonałem się, że ze mną nikt nie leci i są ze mną praktycznie sami Latynosi. Oba loty trwały właściwie tyle samo, na pierwszym locie było tylko coś do picia, a na drugim juz kanapka na ciepło z jajkiem i serem, banan i muffin. 11.15 wysiadłem z samolotu i poszedłem do kontroli paszportowej. Ponoć coś powinienem płacić za wjazd, ale nic nie płaciłem. Wyjście na zewnątrz i uderzenie ciepła - jest 35 stopni. Przebiłem się przez parking, wsiadłem w 138 i za 60 centów pojechałem 45km do centrum San Salvador. Pierwsze wrażenie ok, nikt się nie czepia, ludzie nawet się uśmiechają i pomagają, parę osób chodzi z bronią. W centrum San Salvador chciałem się szybko przesiąść na autobus do Suchitoto, ale chwilkę się przeszedłem. Miasto to jeden wielki stragan oraz chmary autobusów robiące kłęby spalin. Wsiadłeme w autobus miejski i podjechałem za 20 centów do Dworca Wschodniego. W Salwadorze dolar jest obowiązująca waluta nawiasem mówiąc. Trochę szukałem autobusu do Suchitoto, ale mi pomogli. Fajne jest to, że każdy autobus w kraju ma numer, więc mając przewodnik wiadomo co gdzie jedzie. Zapłaciłem za przejazd 65 centów, choć w przewodniku z 2007 jest cena 85. Chyba się dolar umacnia :). Chicken bus jedzie 1,5h te kilkadziesiąt kilometrów. Co chwila do autobusu wsiadają chmary ludzi próbujące sprzedać jedzenie, picie, szczoteczki do zębów, latarki, krótkie spodenki i albumy na zdjęcia. Każdy oczywiście ma coś do powiedzenia. Pasażerowie korzystają z tego handlu obnośnego, nie dziwne więc, że sprzedających jest sporo. W Suchitoto miałem namiary na najtańsze miejsce w mięście, gdzie za 7 dolców można mieć pokój. Jest on co prawda klaustrofobiczny, ale i tak się tylko jedna noc zatrzymałem. Miasteczko jest fajne, nic się nie dzieje. Centralna częścią jest plac ze starym i słynnym kościołem. Fajny w środku, bo drewniany, nawet kolumny. Uliczki brukowane i domki kolorowe, ale zasadniczo po godzinie juz wszystko obszedłem. Zjadłem sobie na ulicy jedzonko - jest dużo pań, które gotują. Smacznie.

Po zmierzchu w Suchitoto nie bardzo jest co robić, a aktywność komarów się wzmaga, więc wykorzystałem moskitierę nad łóżkiem, żeby się spokojnie wyspać. Poszedłem spać już po 20 i szybko zasnąłem. W nocy temperatura jakoś zasadniczo nie spada i czuło się te 30 stopni. Wcześniejszy prysznic niewiele pomógł. Budziłem się parę razy, ale do 7 pospałem. Śniadanko w pobliskiej knajpce za 75 centów (jajko sadzone i ryż z fasolą) i za chwile siedziałem w autobusie do San Salvador. Pod dworcem wschodnim nie mogłem znaleźć przystanku autobusu na dworzec zachodni więc trochę poszedłem na zachód z postanowieniem złapania go gdzieś po drodze. Niestety inne numery zatrzymywały się, a ten mój nie. Czekał mnie więc spacerek 5 minut w 35 stopniowym upale aż doszedłem do przystanku. Nie muszę dodawać, że byłem cały mokry. Dojechałem w końcu na dworzec, gdzie wsiadłem w trochę lepszy autobus especial, który za 1 dolca zabrał mnie do El Congo. Tu miałem 20 minut czekania do autobusu nad jeziorko i postanowiłem, że jednak bez sensu wchodzić jutro na ten wulkan, bo przy tej temperaturze całkiem się rozpłynę. Dojechałem więc do północnego brzegu jeziorka z zamiarem znalezienia czegoś do spania i jedzenia. Wiedzie tu wąska gruntowa droga, ale nasz chicken bus daje radę. Wysiadam przy polecanym w przewodniku hotelu, a tu cena zamiast 10 to 35 dolców. Trochę przesada. Zacząłem się targować i wyszłoby niby 25 ze śniadaniem, ale to tez za dużo. Zacząłem więc trochę wracać bo tu jest kilka hotelików. Wszedłem do jednego z dużą restauracja i pełną ludzi - widać Salwadorczycy ze stolicy lubią tu przyjeżdżać. Pokój po 40, ale gościu mówi, że mają też inne po 20. Ten po 20 to standard jaki miałem wczoraj za 7, ale mam widok na jezioro i wulkany oraz zejście po schodkach i 5 metrów do jeziora. Stargowałem na 15 i zjadłem na dole super obiad za 6. Popływałem trochę w jeziorze, woda ma świetną temperaturę. Próbowałem trochę pochodzić po okolicy, ale od drogi na prawo i lewo wszystko poogradzane no i kreci się pełno bezdomnych psów. Z wyniesionej lekcji z Tadżykistanu, omijam wszystkie szerokim lukiem ;). Wieczorem jeszcze raz się wykąpałem w jeziorze, bo okazało się, że do mojego pokoju nie jest przydzielony żaden prysznic. Nie polecam więc tego miejsca.

Obudziłem się o 6 i ruszyłem dalej. Najpierw wziąłem autobusik do Santa Ana. To tylko 17km, a jedzie ponad godzinę. W sumie się nie dziwie skoro się wspina bardzo wolno i potem stoi w mieście po drodze przez pol godziny... Z Santa Ana wziąłem następny autobus, a potem kolejny by zameldować się na granicy. Podobał mi się transport w Salwadorze, ani razu nie zapłaciłem więcej niż dolara za autobus :D. Formalności graniczne przeszły bezproblemowo i znowu nikt nie chciał ode mnie żadnej kasy, a ponoć płaci się 10 dolców. 300m w upale musiałem przejść pod górę do przejścia gwatemalskiego. Tu się wchodziło do środka budynku i była taka klima, że aż nie chciałem wychodzić. Na granicy stał chwile komfortowy autobus, ale nie chciał mnie zabrać, został mi wiec tylko chicken bus do Guatemala City. Zapłaciłem 25 quetzali (wcześniej wymieniłem na granicy 20$ po kursie 7.5) i po prawie 3h dojechałem do stolicy. Przedmieścia bardzo ładne - nowe osiedla, oczywiście szczelnie zamknięte i pełno centrów handlowych. Zjeżdżając z góry widać było pięknie stolicę w dolinie całą pogrążoną w spalinach. W tej zonie, gdzie autobus się zatrzymał zrobiło się już jednak hardkorowo i niezły syf. Wszyscy wszędzie straszyli jakie to niebezpieczne miasto, ale zasadniczo wystarcza zwykle środki ostrożności. Ja nie ryzykując wsiadłem w taksówkę i też za 25 quetzali po targowaniu taksiarz podrzucił mnie do przystanku autobusów do Antigua. Akurat stal jeden, nie miałem drobnych więc pojechałem za dolara. Gdy dojechałem była juz 15, a ja tylko parę placków na śniadanie jadłem i chciałem od razu coś zjeść. Parę knajp w drodze do centrum szokowało cenami, ale znalazłem fajną jadłodajnię, gdzie sobie wybrałem wołowinę, ryż, sałatkę, coca cole i zupę za łącznie 35. Niezły deal i najadłem się do syta. Pierwsze hoteliki jakie napotkałem tez drogie, ale trafiłem w końcu na jedynkę z łazienką za 100. Uczciwa cena. Pan mówi, ze jutro cena rośnie do 200, bo zaczyna się święty tydzień wielkanocny. Chciałem zostać dwa dni, ale to trochę przesada ta cena. Miałem następnego dnia wchodzić na wulkan Pacaya, ale są takie chmury, że żadnego z okolicznych nawet nie widać. Mam wiec dwa argumenty by jechać dalej nad jezioro Atitlan, a w pod koniec wyjazdu tu wrócić i wejść na. Antigua jest zajebista. Brukowane uliczki, kolorowe kamienice i klimat ogólnie rewelacyjny. Jest masa ludzi z powodu święta i chodzą ogromne procesje, które jeszcze dodają klimatu. Na targu widziałem dużo fajnych rzeczy nadających się na pamiątki. Teraz trochę bez sensu kupować i dźwigać. Następnego dnia rano o godzinie 7 wyszedłem sobie pooglądać Antigue bez ludzi. Dalej robi wrażenie i jest spokojnie. Natomiast nie mogłem znaleźć nigdzie nic otwartego by zjeść coś na śniadanie. W końcu po godzinie chodzenia trafiłem do jakiejś piekarni i kupiłem drożdżówki. Wulkanu dalej nie widać..., wszystko spowite w chmurach i mgiełka na pewno robi klimat, ale otaczające wulkany to przecież symbol Antiguy, więc trochę lipa. Kolo 10 zabrałem się na autobus, najpierw do Chimaltenango, potem dalej do jakiegoś skrzyżowania, potem już myślałem, że do Panajachel, ale zatrzymaliśmy się w Sololi 9km przed. Prawie całą drogę aż do tej pory padał deszcz, więc cieszyłem się, że nie kupiłem tej wycieczki na Pacaya. Na głównym placu w Sololi jest lokalny market, więc trochę pochodziłem z aparatem strzelając z biodra. Market to prawdziwy autentyk, żadnych turystów i tandety dla nich. Skoczyłem też do knajpki na obiad i wsiadłem w następny autobus. Droga do Panajachel to 9km ostrego zjazdu w dół, gdzie wyłaniają się widoki na jezioro Atitlan otoczone wulkanami. Mieścina to mekka turystów, więc jest zatrzęsienie hoteli i restauracji. Wpadłem do pierwszego z brzegu, który miał kilka zalet - nie trzeba daleko nosić plecaka, jest 70m od głównej drogi więc cicho i kosztuje tylko 50 quetzali, wiec 6$. Pokój jest mały, ale czysta pościel a także czysta wspólna łazienka, którą mam prawie dla siebie, bo ludzi mało. Rzuciłem rzeczy i poszedłem od razu nad jezioro i aż mnie zamurowało tak jest tu pięknie. Nawet nie przeszkadzają mi te chmary turystów, można sobie siąść na uboczu i podziwiać widoki. Po takiej chwili poszedłem na przystań łódek do San Pedro, czyli wioski po drugiej stronie jeziora. Z jeziorka otoczenie wygląda jeszcze bardziej imponująco, a do wioski szybką łodzią motorową płyniemy aż 35 minut. Lokalni płacą po 15q, a turyści po 25. Trochę się kłóciłem, ale odpuściłem. To pierwszy przypadek na wyjeździe, że zdzierają więcej z turystów, a ja w sumie za 4zl nie będę psuł sobie krwi. W San Pedro od razu idzie się pionowo pod gore, bo wioska jest na zboczu wulkanu. Wąskie brukowane uliczki i multum kolorowych lokalnych ludzi robi klimat. Połaziłem z godzinkę i trzeba było wracać. Do hotelu szedłem z postanowieniem kupienia t-shirta z Gwatemali (to do samolotu zamiast prania jednej koszulki ;) i kupiłem takowy za 40q oraz nie mogłem się powstrzymać i kupiłem dwie duże maski. Nie wiem jak będę z tym jeździł, dużo juz mi nie zostało, a jednak do domowej naściennej kolekcji będzie jak znalazł. Zastanawiałem się co dalej, bo tu jest tanio i fajnie, a nie wiem czy Antigua z cenami x2 w świąteczny tydzień nie zabije mojego budżetu. Do tej pory wydawałem ok. 20-25$ dziennie, bo jest dość tanio.

Następnego dnia rano wybrałem się do Chichi - taki skrót co by nie łamać języka. Akurat Gwatemalczycy bardzo często skracają nazwy miast, tak wiec Guatemala City to Guate, Chichicastenango to Chichi, Panajachel to Pana, itd. W Chichi w każdy czwartek i niedzielę odbywa się wielki targ. Dziś akurat wtorek, ale targ też całkiem niezły. Oprócz tego brukowane uliczki i kolorowe domy - standard gwatemalski. Posiedziałem 2h i zacząłem wracać tym razem z przesiadkami i zatrzymałem się w Sololi (tu gdzie wczoraj). Dzisiaj to tu jest dopiero targ, pół miasta rozstawione kramami i przejść się nie da. Dobiłem się jakoś do knajpy, gdzie zjadłem obiad i wróciłem do Panajachel. Zastanawiałem się ciągle czy wracać do Antigua, sprawdzałem ceny na hostels.com i najtańsze łóżko w dormie w Antigua kosztuje prawie 20 euro. Trochę przesada, zatem wulkan będzie musiał poczekać. Zarezerwowałem sobie też hostel w Guatemala City pod samym lotniskiem za 10$. To ważne, bo wylot mam o 6.45.

Trzeciego dnia w Panajachel wybrałem się do dwóch kolejnych wiosek nad jeziorem - San Marcos i Santa Cruz. Ta pierwsza to zdecydowanie najfajniejsza z odwiedzonych przeze mnie. Wąskie brukowane uliczki przykryte gęstą roślinnością i dookoła bardzo fajne domki pobudowane przez miejscowych na zboczach wulkanów i z widokiem na jezioro. Mógłbym tak mieszkać ;). Jedyny zgrzyt, ze miejscowi płacą za łódkę grosze, a ze mnie chcieli zedrzeć po 25q za każdy odcinek. Olewałem ich i dawałem mniej. Drugi minus Panajachel to to, że chodzą non stop kobiety z jakimiś szmatami i zaczepiają, żeby kupić. Mówią jednak cicho i na słowo „nie” odchodzą. Nie to co w krajach arabskich. Tutaj też nikt ze stoisk nie woła i nie katuje, więc jest dość przyjemnie. Wczesne popołudnie spędziłem w knajpie na meczu Arsenal-Barcelona. Po południu nad jeziorem jak zwykle zbierają się chmury. Byłem obejrzeć zachód słońca, ale wulkanów po drugiej stronie już nie widać i w ogóle jest bardzo pochmurno. Dobrze, ze rano miałem oszałamiające widoki z wulkanami za lekka mgiełką. Chciałem też kupić bilet na autobusik na lotnisko - reklamują tu dużo tzw. shuttle, ale cena 13$ to była trochę ściema i naprawdę trzeba zapłacić 22$. Mam ich gdzieś, dojadę chickenem za 3-4$ i wezmę taksówkę na miejscu.

Przedostatniego dnia rano ostatnie spojrzenie na wulkany nad jeziorem Atitlan i o 10.45 wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie prosto do Guatemala City. Autobus trochę inny niż chickeny. Tez stary, ale siedzenia normalne, a nie ławka, no i większe odstępy miedzy nimi. Jako, że nie było za dużo ludzi to miałem sam dwa miejsca dla siebie. Cena 35Q, czyli 4,5$ za 3h drogi. Szok, a benzyna kosztuje tyle co w Polsce. Zgadałem się przy wysiadaniu z jakimś Amerykaninem i wzięliśmy razem taksówkę, ja na lotnisko, a on gdzieś dalej. Cena 70Q za dwóch. Pod lotniskiem powiedziałem taksiarzowi do jakiego guest house chce podjechać i akurat trafiliśmy. Faktycznie 100m od terminala. Zapłaciłem 10$ (choć niby na wydruku miałem balance 9,4$), ale kłócić się nie będę, bo zamiast 3 osobowego dormitory, dali mi jedynkę. Wyszedłem coś zjeść, ale nic nie ma dookoła. Pomyślałem, że wbije się na lotnisko. Przed wejściem do terminala, jak to zwykle bywa w takich krajach, ochrona sprawdza paszport i pyta o bilet. Powiedziałem, ze lecę do Houston Continentalem, co akurat było prawda, tyle, ze nie wspomniałem, że jutro. Gościu tez nie zaczaił, ze wchodzę bez żadnego bagażu. W każdym razie w środku bardzo ładnie i na pięterku sa 4 restauracje. Wziąłem 4 kawałki piccy z 2 kubkami ice tea (taka promo) za 20Q i podjadłem. Wziąłem jeszcze przezornie kanapkę z Subway na kolacje, zobaczyłem, ze mój samolot ma niby odlot o 7 i wyszedłem. Moj guest house miał darmowe wi-fi, więc zabiłem ostatnie godziny w Gwatemali na internecie. Mój plecak jako podręczny wyglądał dość ciekawie po doczepieniu do niego masek. Wszyscy przez całą 22h podróż się o nie pytali.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.