Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Jordania

Pod koniec zeszłego roku Malev kilkakrotnie miał niezłe ceny na Bliski Wschód, ale na szybki wylot. Na początku grudnia przyszła dłuższa promocja i widząc ceny po 450zł do Jordanii z Warszawy i z krótką przesiadką w Budapeszcie długo się nie zastanawialiśmy. W Jordanii już byłem 9 lat temu dojeżdżając lądem, ale pamiętam jaki piękny to kraj i chciałem go pokazać Monice. Kupiliśmy zatem bilety na marzec na naszą małą rocznicę.

Godziny lotów na Bliski Wschód w większości linii są masakryczne, tj. dolot w środku nocy, no ale co tu narzekać za taką cenę. Naszą przygodę zaczęliśmy od autobusu nr 148 na Okęcie i byliśmy na lotnisku 2h przed odlotem. Szybka odprawa, nasze Deutery na maxa wypchane przechodzą jako podręczny i idziemy na krzesełka czekać. Za chwilę pojawia się informacja, że nasz samolot będzie opóźniony i nie wiadomo o ile. Wkrótce się okazało, że była jakaś większa awaria i przysyłają nowy samolot. Szybka kalkulacja i wygląda na to, że będziemy mieli ok. 1h 45 min opóźnienia, czyli akurat tyle, ile mamy czasu na przesiadkę. Leci jednak dużo Polaków, bo wieść o tych biletach krążyła po internecie, byliśmy więc pewni, że na nas poczekają. Przysłali Bombardiera Q400, samolot, nad którym zastanawia się LOT jako zmiana dla wysłużonych ATR’ów. Samolocik nawet spoko (turboprop), ale fotele skórzane nieźle starte. W Budapeszcie biegniemy do naszej bramki i dobiegliśmy jak już boardowali. Poczekali jednak te pare minut. 737-800 do Ammanu w mniej niż połowie pełny, z czego mnóstwo Polaków. Trochę słabe wypełnienie jak na takie ceny... Zaraz po starcie poszedłem na pustą trójkę foteli rozłożyć się i pospać. Do Ammanu dolecieliśmy o 3:20 zgodnie z rozkładem. Trochę zrobił się problem, bo nie było nigdzie bankomatu, a ja nie miałem żadnej gotówki na wizy. Wszyscy mieli jakąś kasę i wymienili w kantorze, a my nie. Zacząłem więc chodzić i po oddaniu paszportu puścili mnie do strefy tranzytowej, gdzie mogłem skorzystać z bankomatu. Wiza po 10JD i już byliśmy oficjalnie w Jordanii.

W przewodniku pisali, że nie ma w nocy żadnego transportu do centrum, okazało się to jednak nieprawdą, ponieważ czekał busik i po 3JD od osoby jechaliśmy. Chcieliśmy od razu pojechać na Dworzec Południowy, ale busiki akurat jeżdżą na Północny. Wysadzili nas więc gdzieś po drodze i złapaliśmy sobie taksówkę za 3JD. Przed świtem było dość rześko i chmara taksówkarzy tam obecna od razu nas napadła oferując wszelakie możliwe usługi. Olaliśmy ich i czekaliśmy na autobusik do Petry. Ok. 7 rano pojawił się, weszliśmy do środka i od razu zasnęliśmy. Odjechaliśmy dopiero pełni o 9. Ściągnęli z nas po 5JD, choć wydaje mi się, że cena powinna być trochę niższa. Zrobiło się ciepło, tak w sumie w sam raz, choć słońce już nieźle z góry dopiekało. Po drodze przerwa na falafela i po prawie 4h drogi dojeżdżamy do Wadi Musa. Pamiętałem o fajnym klimacie w hotelu Valentinne Inn i tam skierowaliśmy swoje kroki. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze ze dwa hotele, ale cena powyżej 20JD za dwójkę nas odrzuciła. W Valentinne Inn zresztą za dwie noce też zaśpiewali 40JD. Jak powiedziałem, że za dużo to pokazali nam niby tańszy pokój za 35JD. Powiedziałem, że mogę dać 30JD, a oni, że nie. Gdy wyszliśmy pobiegła za nami pracownica mówiąc, że się zgadzają. Dostaliśmy w sumie pokój 3 osobowy, więc było miejsce do wywalenia gratów na jedno łóżko. Woda ciepła tylko w wyznaczonych godzinach, tak jak w calym miasteczku. Po południu poszliśmy jeszcze pod bramę wejściową obczaić ceny – 21 wejście i 12 service fee. Wieczorem wzięliśmy jeszcze kolację w hotelu za 4JD – warto, bo jest cały ogromny stół jedzenia i można się naprawdę najeść do syta oryginalnych arabskich potraw.

Rano o 7 wyjeżdżamy busikiem pod wejście. Nastąpiła mała kłótnia w kasie, bo okazało się, że service fee jest obowiązkowy. 33JD za wejście więc jest ceną naprawdę wysoką i pod koniec roku ma jeszcze zdrożec. Jak dla nas to już przegięcie. Za service fee można dostać przewodnika albo dojechać koniem 800m pod Siq. Skorzystaliśmy z drugiej opcji i oczywiście chcieli od nas kasę na napiwek. Zlaliśmy ich i powiedzieliśmy, że 12JD to i tak spory napiwek. Próbowali mówić, że oni pracują tylko za napiwek, ale jakoś im nie wierzę. Fajnie jednak wejść do Petry jeszcze raz. Tym razem mam dobry aparat, a nie głuptaka, więc i dla samych zdjęć warto. Rano w Petrze pustki i mamy Skarbiec tylko dla siebie. Nie licząc wielbłądów i paru kotów, które Monika dokarmiała. Potem wspinamy się do kilku grobowców, Monika jest zachwycona, ja zresztą też. Następnie ponad pół godziny wspinaliśmy się do High Place of Sacrifice podziwiając widoki z góry. Potem ruiny, następne grobowce, aż doszliśmy do szlaku do Monastyru. Tutaj atakują właściciele osiołków, z których korzystają leniwi turyści. Szkoda zwierząt. My pokonaliśmy te 850 stopni sami i podziwialiśmy niektóre osoby o kulach, które też same próbowały. Monastyr zwala z nóg, jest to największa budowla w Petrze i jak dotarliśmy to był pięknie oświetlony. Poszliśmy jeszcze pooglądać widoki na sam koniec, gdzie roztacza się Dolina Jordanu. Docieramy do busa wycieńczeni o 16. Wieczorem pytamy jeszcze w hotelu o cene Wadi Rum – 35JD. Decydujemy się jednak jechać sami i dogadywać się z Beduinami na miejscu.

Następnego dnia o 6.20 w piątek autobusik miał podjechać i zawieźć nas do Wadi Rum. Podjechał i razem z jakąś Niemką wsiedliśmy. Niemka wykupiła ten pakiet za 35JD w hotelu, a nas jakiś gościu zaczął namawiać, że nam da ten pakiet za 30. Chodziło pewnie o to, że nie miał nikogo do towarzystwa dla tej Niemki i nas chcieli zwerbować. Busik do Wadi Rum kosztuje 5JD, więc pomyśleliśmy, że 30JD z busem to uczciwa cena. Gościu coś z kierowcą autobusu pogadał i nagle stwierdzili, że autobus nie pojedzie i my pojedziemy do Wadi Rum razem z tym gościem jego samochodem. Chciał od nas dodatkowo 3JD za to. Wiem, że oni nas oszukują na każdym kroku, więc powiedziałem, że zapłacimy jak dojedziemy. Kilka razy chciał kasę za całą wycieczkę w samochodzie, ale go olewaliśmy. Przy bramie Visitor Center przekazał nas Beduinowi, a ja mu i tak zapłaciłem tylko po 5JD. Niemka trochę dała mu popalić, bo chciała się wycofać i wprost mu powiedziała, że go nie lubi. Po małym sporze nasza cena została jednak taka sama. Musieliśmy kupić sobie coś na lunch i o 10 ruszyliśmy na pustynię.

Wadi Rum jest cudowne, jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi jakie widziałem i zawsze chciałem tutaj wrócić. Tym razem wycieczkę mieliśmy krótszą niż 9 lat temu, nie widzieliśmy też najmniejszego łuku skalnego. Ogólnie jednak było warto i wrażenia pozostaną. Przed 15 chyba jednak już skończyliśmy i podjechaliśmy do naszego obozu. Zrobiliśmy sobie jeszcze godzinną pieszą wycieczkę. Dojechali do nas Kanadyjka z Turkiem, a nasi Beduini zaczęli przygotowywać jedzenie w wykopanej jamie. Włożyli jedzenie, przykryli i zakopali ją na 3h. Wieczorem przy świetle z butli gazowej delektowaliśmy się dobrym jedzeniem, a nasze chłopaki przez prawie 2h śpiewali i grali na różnych instrumentach. Było bardzo fajnie. W obozowisku była nawet łazienka – z zewnątrz wybetonowany kawałek muru, a w środku glazura i pełne sanitaria – szok! Zasnęliśmy w naszym pokoju ;), a Turek zdecydował się na spanie pod pięknym gwiaździstym niebem. Rano powrót do wioski i udaje nam się złapać busika z miejscowymi do Aqaby za 1JD. Ciekawe, bo 9 lat temu płaciłem 1,5JD. To była jedyna cena, która zmalała. W Aqabie jest gorąco, a my mimo tego, że uważaliśmy na siebie jesteśmy dość spaleni słońcem. Pierwsze kroki kierujemy więc do apteki po bloker, by się jeszcze bardziej nie spalić. Potem idziemy w kierunki hotelu Petra. Oglądamy kilka hotelików w okolicy, ale najlepszy pokój za 15JD z widokiem na morze oferował jeden z hotelików obok Petra. Trochę odpoczywamy i zwiedzamy miasteczko. Dużo tu nie ma, więc po południu jedziemy 12km na południe od miasta do South Beaches, gdzie można za darmo ponurkować na rafach. Przy Visitor Center jest darmowa infrastruktura. Ja od razu pakuje się do wody i pływam sobie w samych okularkach podziwiając podwodny świat. Monika trochę się bała, więc dużo nie pooglądała. Piękne te rafy i bardzo dostępne, bo zaraz przy brzegu i może pół metra pod powierzchnią wody. Popływanie w chłodniejszej wodzie zrobiło mi dobrze także na oparzenia słoneczne, schłodziło skórę i nie miałem już większych problemów. Wracając do miasta zatrzymał się autobusik po drugiej stronie drogi i kazał nam wsiadać. Nie w tą stronę, ale i tak musielibyśmy na niego czekać, bo jeździ jeden. Podjechaliśmy pod sam szlaban granicy z Arabią Saudyjską. Obserwowaliśmy kilka sieciowych hoteli, które tworzą swego rodzaju miasteczka z pełną infrastrukturą. Pod granicą jeszcze widać jakąś fabrykę, a potem już tylko uzbrojonych gości i zasieki. Może kiedyś będzie okazja wjechać do tego kraju.

Rano już uciekamy z Aqaby i poszliśmy na dworzec Jett, gdzie komfortowym autobusem z klimą za 7,5JD od osoby jedziemy do Ammanu. Są lokalne i tańsze autobusy, ale ten, który widzieliśmy to był cały zadymiony fajkami. W ogóle Jordańczycy wszędzie palą i nikim/niczym się nie przejmują, nawet zakazami. Podobnie było w Chinach. Dla nas to trochę nie do pomyślenia, by w autobusie palić. Po 4h dojeżdżamy do Ammanu, gdzie taksóweczką za 1JD dojeżdżamy do centrum. Po Ammanie to w ogóle się zawzięliśmy i stwierdziliśmy, że więcej niż 1JD za taksówke nie zapłacimy. Oprócz żółtych, są jeszcze białe service taxi jeżdżące na stałych trasach po 0,3JD od osoby, ale i tak każdy chce okantować. W downtown idziemy do polecanego z przewodnika hotelu, ale tam już ceny z kosmosu się zrobiły. Szukaliśmy więc obok i znaleźliśmy hotelik po 12JD z łazienką, ale widokiem na główną ulicę. Trzeba było kupić w aptece stopery. W Ammanie zwiedziliśmy teatr (wstęp 1JD) i poszwędaliśmy się po targu kupując trochę owoców. Na następny dzień podjeżdżamy pod nowy dworzec, skąd jeżdżą autobusy do Madaby. Wszystko po arabsku, więc trzeba było zasięgnąć języka. Obnośny sprzedawca pokierował nas na miejsce i nic za to nie chciał.

Madaba trochę się zmieniła na przestrzeni tych lat. Zrobili piękne brukowane uliczki i jest dużo fajnych sklepów z rękodziełem. Niestety mozaiki są bardzo drogie więc nic nie kupiliśmy. Najpierw zwiedzaliśmy muzea, a potem poszliśmy do kościoła z mapą Ziemi Świętej. Piękne miejsca i na pewno warto tu wstąpić zobaczyć to starożytne rękodzieło. Na dworcu autobusowym próbowaliśmy znaleźć jakiś transport na Górę Nebo, ale przyczepił się tylko jakiś taksówkarz. Targi były ostre i na 2,5JD stanęło. Góra Nebo niestety w remoncie. Podziemny kościół, który kiedyś zwiedzałem teraz będzie naziemnym, ponieważ go odbudowują całkowicie do góry. Teren ogrodzony, więc nawet nie można podejść pod słynny krzyż z wężem. Można za to popatrzeć na Ziemię Obiecaną. Szkoda, że jak zwykle niewiele widać, bo to depresja, a także przez sól i wilgoć unoszące się w powietrzu. Ledwo dostrzegliśmy brzegi Morza Martwego. Nad samo morze postanowiliśmy nie jechać, ja tam się już dwa razy kąpałem, teraz byśmy się nie kąpali, a Monika i tak je widziała po izraelskiej stronie. Powrót z Góry Nebo do Madaby jest wyzwaniem, bo tu są tylko autobusy z turystami i żadnego transportu publicznego. Łapiemy jednak szybko stopa i miły Jordańczyk podwozi nas do miasta. Wieczorem by uczcić naszą rocznicę i Dzień Kobiet udajemy się do jednej z lepszych dzielnic Ammanu (jakieś 3km na zachód od downtown) do libańskiej restauracji. My takie obdartusy w trampowych ciuchach wchodzimy do bardzo ekskluzywnej restauracji, no ale nikt się nie czepia. Jemy wyśmienite jedzenie, najadłem się tyle, że nie mogłem wstać i zapłaciliśmy za wszystko jakieś 70zł, nieźle. Następny dzień to już ostatni w Jordanii i decydujemy się pojechać do Jerash. Kończy mi się gotówka, ale obliczyłem, że wystarczy na wejście i powrót do Ammanu. Po dojechaniu jednak klops, bo bilety skoczyły na 8JD od osoby! Bardzo drogo. Musiałem więc butować do centrum do banku by wyjąć kasę. Jak wróciłem to Monika już była tak zdenerwowana na całą tą sytuację i ździeranie z turystów, że postanowiliśmy oglądać zza płotu. W połowie ruin można było wejść do Visitor Center i weszliśmy na lewo do pierwszej części ruin. W połowie potem jednak jeszcze raz sprawdzali bilety i nie udało się już wejść dalej. Poszliśmy jeszcze coś zjeść i postanowiliśmy wracać do Ammanu.

Obok autobusiku odjeżdżającego do Ammanu (cena 0.8JD) stoją zwykłe samochody, zbierają po 4 osoby i za 1JD od łebka zabierają ludzi do Ammanu. Chcieliśmy zabrać się z nimi, ale goście z autobusu zaczęli podnosić niezłe krzyki i wezwali policję. Naszego niedoszłego kierowce zgarnęli i musieliśmy jechać autobusikiem. W autobusie znowu chcieli nas oszukać biorąc po 1JD od osoby, ale zrobiliśmy niezły burdel i oddali kasę. Tu już nie chodziło o 2zł, ale o zasadę. Za nami siedziała para z RPA i ich to dopiero Jordańczycy rżnęli... Powiedzieli im taksówkarze w Aqabie na granicy, że nie ma żadnych autobusów do Petry i zabrali ich taksówką za 60JD! A ci się dali na to nabrać. Potem w Petrze jak zobaczyli cenę wstępu 33JD to stwierdzili, że nie stać ich na to, kupili sobie kalendarze i płytę cd ze zdjęciami i to miało im zastąpić Petrę. Pożegnaliśmy ich w downtown, poszliśmy na internet i wieczorem zebraliśmy się na Dworzec Północny, skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. Cena 3JD i po godzinie byliśmy. Była dopiero 21, a wylot o 4. Na szczęście w poczekalni są wygodne siedzenia bez przedzielonych oparć, więc wyjęliśmy śpiwory, rozłożyliśmy się i spaliśmy do 1.30. Samolot wypełniony może w 1/4, więc znowu poszedłem na koniec się wyspać. Lekkie spóźnienie, znowu bieganina w Budapeszcie, ale dolatujemy do Warszawy o czasie o 8.30. Szok termiczny z +25 na -3, więc bierzemy taksówkę do domu. Za 2h stawiłem się w pracy ;).

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.