mapka Włochy
mapka Malta
Od początku roku pojawiały się ciekawe oferty na przeloty, w liniach lotniczych coraz gorzej, więc i promocji więcej. Przeglądając nowe kierunki zobaczyłem połączenie Wizzairem z Warszawy do Forli we Włoszech po 79zł i pomyślałem jakby to wykorzystać z jakimś innym przelotem. Malta chodziła mi po głowie od jakiegoś czasu, więc szukałem sposobu jak tam się dostać. Po chwili poszukiwania znalazłem ciakawą kombinację Warszawa-Forli-Warszawa 158zł i Pisa-Malta-Pisa za 20 euro. 4 bilety wyszły zatem za 250zł. Maj też okazał się dobrym miesiącem na południe Europy, bo jest już wystarczająco ciepło, żeby chodzić w T-shirtach, a z drugiej strony żar z nieba jeszcze się nie leje.
Kombinując z poruszaniem się po Włoszech za pomocą strony www.trenitalia.com ułożyłem ciekawą trasę, problem był jedynie z noclegami. W niektorych miejscach były naprawdę bardzo drogie. W Forli wylądowaliśmy zgodnie z planem o 14.30 i skierowaliśmy się do terminalu poszukać bankomatu. Okazało się, że na lotnisku ani w przylotach ani w odlotach nie ma żadnego bankomatu. Szok! Nici zatem z naszego autobusiku z lotniska do dworca kolejowego. Musieliśmy przejść ulicą w stronę głównej drogi i dopiero tam miał być bankomat. Po 15 minutach spacerku dochodzimy w końcu do większego sklepu i tam dopiero możemy wyjąć pieniądze. Łapiemy autobus miejski i pytamy czy jedzie na dworzec. Jedzie obok i zabiera nas, ale kierowca nie ma wydać z 20 euro. Zabiera nas zatem za darmo. Na dworcu szybko kupujemy bilet na pociąg regionalny do Rimini. Jest to jeden z najtańszych środków transportu we Włoszech, pociągi Intercity są bardzo drogie. Po wyjściu z dworca w Rimini wystarczy popatrzeć się na drugą stronę ulicy, gdzie spod Burger Kinga odjeżdżają autobusy do San Marino. Mieliśmy jeszcze godzinkę, więc przeszliśmy się troszeczkę po mieście. Nic nadzwyczajnego tam nie zobaczyliśmy. Autobus do San Marino jechał z godzinkę i kosztował 3,7 euro. Pierwsze kroki na miejscu chcieliśmy skierować w stronę naszego noclegu, ale ciężko było znaleźć go na mapce. Mapka w przewodniku już tego miejsca nie obejmowała, a mapki w mieście nie były aż tak dokładne. Poszliśmy trochę główną drogą za centrum i udało się namierzyć tę małą uliczkę z naszym noclegiem. Są to pokoje gościnne za 40 euro bookowane za pomocą booking.com – najtańszy nocleg w San Marino jaki udało mi się znaleźć. Miejsce jest ok – dostaliśmy nie za duży pokój, ale z wielkim łóżkiem i łazienką. Jeszcze pod wieczór poszliśmy pozwiedzać. Rewelacyjne jest to miejsce. Położone jest na wysokiej skale, wszędzie mury i domy zbudowane z kamienia, do tego wąskie brukowane uliczki, świetne restauracyjki i totalnie odjechane sklepiki, które sprzedają strzelby czy nawet miecze samurajskie! Masakra :D. Warto wejść na samą górę i obejrzeć wszystkie zameczki. Są piękne widoki oraz widać nawet Morze Adriatyckie. Zdecydowanie polecam tu przyjechać, choć zwiedzania jest tak na 3-4 godzinki.
Następnego dnia wracamy rano do Rimini. Na dworcu długa kolejka do kas i jak już miałem podchodzić to oczywiście wszystkie kasy zablokowały się, bo Włosi chyba dopiero przy kupnie biletu myślą gdzie by tu pojechać. Nikomu się nie spieszy, oprócz jednego kasjera, który sprzedał jakiejś pani bilet na pociąg, który właśnie stał na peronie. Pani pobiegła do pociągu, lecz kasjer się kapnął, że nie dał jej biletu. Pobiegł jej szukać, ale znaleźć nie już mógł. W końcu podszedłem i kupiłem bilet na pociągi regionalne do Florencji z przesiadką w Faenzie za 9,2 euro. Gdy nadszedł nasz czas odjazdu to okazało się, że pociąg został odwołany. Pani w informacji nie mówi po angielsku. Sprawdzam więc z komórki na internecie kiedy będzie następny interesujący nas pociąg. Miał być za 2h, ale przyjechał wcześniej jakiś inny i się nim zabraliśmy. Pociąg z Faenzy do Florencji przebija się przez góry, ciągle mosty i tunele, no i jest lokomotywa spalinowa. We Florencji od razu idziemy do naszego hostelu. W jednej z kamienic go znaleźliśmy, ale na dzwonek nikt nie odpowiada. Dzwonimy zatem z komórki i właściciel mówi, że będzie za 15 minut. Okazuje się, że ten hostel to po prostu mieszkanie, gdzie w pokojach porozstawiane są łóżka. Nie jest tu najlepiej, ale cena tylko 9 euro, zostajemy tu dwie noce. Do pokoju dokoptowują nam starszego Słowaka, który oczywiście chrapał przez dwie noce, więc prawie nie spaliśmy. Napieprzanie w jego łóżko niewiele dawało.
Florencja – jedno z najpiękniejszych renesansowych miasto. Ma coś w sobie z pewnością, labirynt uliczek, gdzie po chwili wychodzi się a to na jeden, a to na drugi piękny plan z katedrami i innymi zabytkami. Katedra Santa Maria del Fiore jest najpiękniejszym miejscem w mieście. Do wejścia głównego była kolejka, więc poszliśmy bokiem, gdzie po zapłaceniu 6 euro czekało nas kilkaset schodków na samą górę kopuły. Po drodze oglądaliśmy malowidła na sklepieniu – przepiękne. Widok z góry na miasto też zresztą niezły. Po powrocie do głównego wejścia kolejki już nie było i za darmo można też było wejść. W środku trochę surowo, ale warto wejść. Po zapłaceniu kolejnych 6 euro weszliśmy do muzem, gdzie można było podziwiać słynną Pietę Michała Anioła. Reszta dnia zeszła nam na wałęsaniu się po uliczkach i próbowaniu pysznego włoskiego jedzenia.
Następnego dnia budzimy się o 6 rano i od razu zbieramy się do Pizy. Jesteśmy w mieście po 8 rano, podjeżdżamy miejskim autobusem pod Krzywą Wieżę i wysiadamy. Przez bramę już widzimy – ta wieża jest naprawdę bardzo krzywa! :D. Cały kompleks jest bardzo ładny. Monika nalega więc idziemy pod kasę i za 15 euro kupujemy bilety, żeby wejść na wieżę. Wchodzi na nią tylko bardzo limitowana ilość osób, więc w sumie mamy szczęście. Idąc po schodach wewnątrz wieży już czuć, że coś jest nie tak, jakoś wszystko się wali. Na górze wrażenie jest niezłe, niższa część jest sporo niższa niż druga. Pooglądaliśmy trochę kompleks z góry i trzeba było schodzić. Na lotnisku musieliśmy być dopiero o 14, więc rozkładamy się na pięknej trawce i oglądając wieżę odpoczywamy dłuższy czas. Do dworca kolejowego postanowiliśmy wrócić pieszo, widzimy po drodze cytadelę i rzekę, w sumie małe przyjemne miasteczko. Z dworca jest pociąg na lotnisko, który jedzie aż 5 minut tocząc się max. 40kph. Lotnisko jest bardzo blisko. Tłum do bramki jak w Polsce, ale my jak zwykle olewamy i wychodzimy jako jedni z ostatnich a i tak dało się zająć dobre miejsce w samolocie. Boeing 737-800 Ryanaira na tej trasie nie był tak ciasny jak ten, którym lecieliśmy do Londynu. Obserwujemy z góry jeszcze Sycylię i lądujemy na lotnisku w Malcie.
Na lotnisku jest mnóstwo wypożyczalni samochodów, pytaliśmy więc o ceny. Najtańszy jak zwykle Budget, gdzie za 2-dniowe wypożyczenie 206tki trzeba było zapłacić 54 euro z pełnym ubezpieczeniem. Myślimy chwilkę, ale się nie decydujemy. Pytam w informacji turystycznej jak dojechać do Sliemy, gdzie mamy zarezerwowany hotel. Wszystkie autobusy mają końcowy w Valetcie, więc trzeba z przesiadką. Wsiadamy najpierw w nr 8 i za 47 centów dojeżdżamy do centrum Valetty. Tam przesiadka w 62 i po kolejnych 20 minutach wypatruję w końcu nasz hotel w ciągu zabudowań wzdłuż wybrzeża. Nasz hotel był najtańszy, jaki udało mi się znaleźć – za 23 euro jest pokój dwuosobowy z łazienką i śniadaniem. Nie jest najpiękniejszy, ale czysty. Przypomina mi trochę styl arabski. Zresztą z pierwszego rzutu oka na Malte wyobrażenie moje o tej wyspie brutalnie zderzyło się z rzeczywistością ;). Oczekiwałem śródziemnomorskiego raju, a tu raczej styl arabski i nie wygląda to wszystko zbyt pięknie. Wieczorem szukamy jeszcze czegoś do zjedzenia, knajpki obok dość drogie lecz udaje nam się znaleźć angielski pub z dobrym żarciem. Gdy przychodzi do płacenia zauważam, że zginęła mi gdzieś moja karta kredytowa. Chwila strachu, na szczęście Monika znajduje kartę w terminalu, w którym płaciłem za pokój. Dzwonię do banku czy nic na tej karcie dodatkowo nie zostało zablokowane, lecz mnie uspokajają.
Rano pojechaliśmy do Blue Grotto, czyli podobno największej atrakcji Malty. Dojeżdżamy autobusem z przesiadką w Valetcie (jak zwykle). Jeżdżąc autobusami na Malcie trzeba pamiętać, że wszystkie przystanki są na żądanie. W starych ogórkach (takie też tu jeżdżą) są w środku autobusu pomontowane przy suficie specjalne sznurki, które prowadzą do dzwonka przy kierowcy. 7 euro to bilet do Blue Grotto, wsiada się do jednej z wielu łódek i podczas 30 minutowej wycieczki ogląda się kilka małych jaskiń w skalistym wybrzeżu Malty. Fajne takie małe jaskinie, ale na kolana to na pewno nie rzuca. Natomiast jest jedna piękna rzecz – łuk skalny, który zresztą najlepiej widać z góry, a nie na dole z łódki. Do następnej atrakcji miasta Mdina jest niecałe 10 km, lecz trzeba autobusem wracać się przez Valettę. Był taksiarz, ale chciał aż 20 euro. Mdinę widać z daleka, bo jest położona na wzgórzu i otoczona murami. Zjadamy tu lunch w jednej z knajpek, trzeba przyznać, że wszędzie na Malcie dają w knajpach naprawdę duże porcje. Nawet jak się zamówi hamburgera z frytkami to można się baaardzo najeść. Mdina jest miniaturowa, ale piękna. Wszystko z kamienia, pięknie wyciosanego, wąskie uliczki, piękne widoki z góry. Za 2 euro warto wejść do muzeum i katedry, która jest naprawdę piękna w środku. Dodatkowo cała posadzka jest wymalowana we wspaniały sposób różnymi obrazami. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc pojechaliśmy do zachwalanej w przewodniku wioski rybackiej Marsaxlokk. Rozczarowała nas jednak, totalnie nic ciekawego tam nie ma i większość knajp i sklepów zamknięta.
Następny dzień na Malcie poświęciliśmy na zwiedzanie Valetty. Miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest pięknie położone nad morzem z bardzo wysokimi murami. Przy bramie głównej odbywał się akurat pokaz starych i świetnie zachowanych samochodów – niektóre sportowe wozy nigdy się nie starzeją... Obok stały najnowsze modele Audi i VW, ale nikt ich nie oglądał. W Valettcie na głównej ulicy duże tłumy, uciekamy więc na skraj starego miasta i chodzimy wzdłuż murów. Zaczepiają nas kilkakrotnie woźnice, którzy obwożą dorożkami, ale nie korzystamy. Jedziemy jeszcze do tzw. The Three Cities, gdzie architektura jest bardzo ciekawa. Jest piękny widok na zatokę i bardzo drogie jachty. Sporo z nich przypłynęło z Karaibów. Tutaj też zauważamy ogromny statek pasażerski przycumowany przy Valetcie Crown Princess, który zabiera na pokład ponad 3000 pasażerów i ponad 1000 członków załogi. W Valetcie znajdujemy jeszcze knajpkę, gdzie chcieliśmy coś zjeść przed odlotem. Po raz kolejny doświadczamy nieuprzejmości Maltańczyków, ale udało się chociaż coś zjeść. Po dojściu pod autobus na lotnisko usłyszeliśmy też kierowcę jak wydzierał się na pasażerów. Przy zapełnieniu autobusu w 75% nie chciał więcej wpuszczać ludzi z bagażami. Na szczęście my mieliśmy tylko podręczny więc weszliśmy. Nie rozumiem jak można tak postępować, skoro jest to autobus na lotnisko to chyba normalne, że ludzie mają bagaż. W trakcie jazdy jeszcze kilka razy się wydzierał na ludzi, by pozabierali wszelkie walizki z przejścia i wzieli je na kolana. Po zakupach perfum (dość tanich) w strefie wolnocłowej opuszczamy Malte trochę zniesmaczeni.
W Pizie przy dworcu kolejowym jesteśmy po 21 i szukamy naszego hostelu. Gdyby nie adres to byśmy z samej mapki nie trafili. Znowu musimy dzwonić po właścicielkę i płacimy aż 50 euro za pokój dwuosobowy bez łazienki. Była to najtańsza opcja noclegu. Oczywiście były i dormitory, ale w rezerwacji kazali zapłacić za cały pokój np. 8-osobowy. Totalny bezsens. Rano zebraliśmy się szybko i pojechaliśmy do Sieny. Miasto było bardzo zachwalane w przewodniku, jest ok, fajna katedra i główny plac, poza tym wąskie uliczki i kamienice, które już znaliśmy z wielu innych miast. Mieliśmy pecha do autobusu miejskiego, który nas wywiózł najpierw za miasto, dopiero potem do centrum. Pani w informacji na dworcu powiedziała by wsiąść do byle jakiego autobusu, no i wsiedliśmy. Po zwiedzeniu miasta kierowca jednego autobusu też nam źle powiedział, w który wsiąść by dojechać do dworca i nas wywiozło w drugą stronę. Przez to spóźniliśmy się na pociąg do Florencji. Pojechaliśmy więc następnym z przesiadką w Empoli. We Florencji właściciel naszego hostelu zaczął coś ściemniać, że nie ma miejsc mimo naszej rezerwacji i powiedział, że przeniósł naszą rezerwację razem z zaliczką do innego hostelu. Dotarliśmy tam i był problem z płatnością, bo uważali, że zaliczki nie przeniesiono. Wyszła mała kłótnia o 1,8 euro, choć zdecydowanie chodziło o zasadę. Ostatni dzień to już powrót przez Faenzę do Forli, gdzie jeszcze jemy po pizzy i udajemy sie na samolot. Znowu podwiozły nas dwa autobusy i kierowcy nie wzięli kasy.