mapka
W sierpniu Lufthansa przysłała mi newsletter z dwudniową promocją do Azji. Z ciekawszych rzeczy był Kanton za 1600zł. O dziwo nie wykluczali terminu świąteczno-noworocznego, więc wziąłem sobie takie daty i zobaczyłem co jest. Pośród kosmicznych cen dochodzących do 20000zł była jedna perełka – 18 grudzień-7 styczeń za właśnie 1600zł. Zacząłem się nad tym poważnie zastanawiać i w końcu wpisałem ten sam termin w expedię. A tam cena 1300zł (przeliczona z dolarów). Szok. Dolar wtedy był po niecałe 2,30zł i może dlatego amerykański oddział Lufthansy dawał ciekawsze ceny przeliczając z dolarów. Zastanawialiśmy się kilka minut i kupiliśmy. Termin świetny, pochłaniający mało urlopu i wychodzący na zdrowie, bo nie trzeba siedzieć za stołem w czasie świąt :-).
Z powodu zimy rozważaliśmy kilka wariantów, więc staraliśmy się o wielokrotne wizy chińskie. Nie ma znaczenia czy bierze się jedno, dwu, czy wielokrotną, bo cena jest taka sama 220zł. Trzeba pokazać bilet lotniczy i potwierdzenie rezerwacji hotelu. Rezerwację zrobiłem za darmo w ineedhotel.com. Po otrzymaniu wizy odwołałem. Niestety Ambasada Chińska w Warszawie nie chce wydawać wiz wielokrotnych i trzeba było zadowolić się dwukrotną.
Po długim locie powitało nas nowiutkie i przepiękne lotnisko w Kantonie a także temperatura 24 stopnie. Udało się dogadać na tyle, zeby wsiac w express bus nr 1 za 17Y do centrum miasta pod dworzec kolejowy. Tam pokazując napis dworzec autobusowy w chińskich rozmówkach kolejni policjanci pokierowali nas w dobre miejsce. O 19 jestesmy pod kasą i pokazujac znowu napisane po chińsku Yangshuo kupujemy bilety po 150Y na godzine 20.30. Pani nie czaiła nic po angielsku, ale zawołała koleżanke, która mowiła po angielsku i upewniły sie, ze na pewno w to miejsce chcemy jechać. Szukamy jeszcze czegoś do jedzenia, ale jedyne miejsce w poblizu to McDonalds. Trudno, zjemy jeszcze ten europejski shit ;-). W Macu tez znalazła sie Pani mowiąca po angielsku, kazała od razu siadac do stolika i obsłużono nas jak w normalnej restauracji. Autobus do Yangshuo komfortowy, duże fotele, tylko trzy fotele w rzedzie, ale jednak tylko fotele. Liczyliśmy na autobus sypialny, żeby sie po prostu połozyc. Autobus byl pełny, a my mielismy miejsca na samym końcu, fartownie zalapalismy sie na ten transport. Po kolejnej nocy w fotelu dojeżdżamy ledwo żywi przed 5 rano. Jakiś gościu w motorykszy podrzuca nas pod jeden z hotelikow z LP. Okazuje się, że tu jest zatrzęsienie hotelików i idziemy w końcu do jakiegoś innego. Próbujemy dogadać sie z właścicielem, za ta noc w ogóle nie liczy, a za dwie następne i za dwie osoby w czysciutkim pokoju z lazienka 60Y. 25zl za wlasciwie 3 noclegi? Niezła cena! Był jeszcze problem, bo gościu wziął ode mnie 100Y i nie chciał wydać. W końcu powiedział „bye, bye” i pokazał 40Y i byłem w stanie zrozumieć, że to depozyt. Później się okazało, że w każdym chińskim hoteliku, hostelu, guesthousie bierze się depozyt, który jest różnej wysokości. W pokoju połozyliśmy sie tylko na chwilkę, a spaliśmy do 13 :-).
Po śniadanku w przydrożnej knajpce, jakich tu na pęczki poszliśmy nad rzekę, gdzie daliśmy sie namówic na godzinny rejs po rzece wsród przepięknych ostanców wapiennych. Stargowaliśmy na 90Y za dwie osoby i byliśmy sami na lodce. Widoki cudne, to trzeba zobaczyc. Można spokojnie popatrzeć na życie wzdłuż rzeki, gdzie sporo osób mieszka na łódkach. Ostańce też jakoś tak lepiej widać z rzeki. Idziemy jeszcze na jedno wzgórze, gdzie można podziwiać widoki z góry (wjazd 30Y), potem siadamy na obiadzik. Jedna knajpa serwuje zupę z psa, z tej rezygnujemy. W innej nabraliśmy mnóstwo jedzenia i picia i zapłacilismy 71Y. Decydujemy się na następny dzień wynająć rower i pokręcić się po okolicy. W jednej z licznych agencji kupiliśmy tez bilet na hard sleeper Guilin-Kunming za 280Y od osoby + 40Y prowizja. Strasznie ciężko kupic bilet na ten pociąg w Guilin, a my nie mamy siły na kolejna noc w fotelu. Samoloty byly za drogie. Wpadliśmy też do knajpki internetowej i obejrzeliśmy ceny na chińskie samoloty na elong.com. Zdecydowaliśmy się kupić bilety na samolot Kunming-Chengdu za 410Y od osoby. To tylko 50zł drozej niz 20h podróż pociągiem, a oszczedzi nam tez trochę czasu. Elong jednak nie był zbyt przyjazny dla zagranicznych kupców chcących płacić karta Visa. Musiałem wydrukować list, w którym zgadzam się na obciążenie mojej karty. Był problem z wydrukiem. Dobrze, że miałem swojego pendrive i w końcu w jakimś biurze wydrukowali mi za 1Y. Jak miałem wydruk i podpisałem się to trzeba to było przefaxować. W innym biurze przefaxowali za 5Y, ale elong napisał mi, że tego nie dostał. Jak już mnie to zaczęło denerwować to w końcu stwierdziłem, że przecież mogę zrobić zdjęcie i wysłać im list w jpg. Skany paszportu zrobiłem w Polsce, więc przynajmniej to miałem z głowy. Ogólnie korespondencja z elong trwała ze 3 dni aż w końcu obciążyli mi kartę. Dobrze, że w Yangshuo prawie w każdej knajpie jest darmowe wi-fi, podchodziłem więc ze swoją komórką w pobliże i wysyłałem maile :-).
Następnego dnia jet lag jeszcze nas trzymał, o 1 w nocy byłem wyspany i praktycznie leżałem do rana, gdy znowu zachcialo mi sie spać i ledwo w końcu wstaliśmy po 8. Śniadanko i poszliśmy wynająć rowery. Wzięliśmy takie górskie z napisem Giant - ciekawe czy oryginalne ;-). W każdym razie wynajem tego roweru to 20Y, zwykłego bez przerzutek 10Y, ale że w okolicy sporo górek to lepiej dopłacic te 4zl. Kaucja aż 400Y, trzeba wziac kwitek by potem oddali kase. Wzięliśmy chyba dopiero trzeci rower, bo w jednym nie działały przerzutki, a w drugim hamulce. Na rowerze nie jeździłem juz pare lat, ale jakoś dało rade. Pojeździliśmy we wszystkie strony gdzie byla asfaltowa lub betonowa droga oprócz oczywiście głównej drogi do Guilin, bo tam duży ruch i głośno. W końcu widzimy trochę autentycznych Chin, sprzedawców mięsa, zwykłych rzemieślników, rolników. Wszędzie bieda. Widoki niezłe, ale dziś słońca nie ma i wszystko zamglone. Po paru godzinach jazdy nieźle nas dupy rozbolały i wróciliśmy do miasteczka. Kaucję odzyskujemy bez problemu, siadamy cos zjeść. W Yangshuo - oprócz wszelakiej tandety i podróbek, z co lepszych to zegarki Longines po 200Y, kurtki i polary goretexy i niezliczona ilość t-shirtów Lacoste, Ralph Lauren czy Tommy Hilfiger - to jest sporo naprawdę pięknego rękodzielnictwa. Kupiliśmy maskę, bo zbieramy maski z różnych części świata. Piękne drewno, zdobione i malowane, chcieli 200Y, ale moje zdolnosci negocjacyjne wytargowaly 80Y. Monika kupila sobie torebeczke i chustke - te akurat tanizna ;-). Wyslalismy tez kartki do domu. Kupiliśmy też jeszcze jeden bilet lotniczy z Wuhan do Guangzhou na 4 stycznia, ten to w ogóle kosztuje niewiele ponad 100zl a to cholernie dlugi odcinek. Dzięki temu bedziemy mieli szansę zobaczyć Hong Kong i Macau w ostatnie 2 dni.
22-go grudnia stuknęła mi 30tka i zrobiłem się wyraźnie starszy, bo już trójka z przodu przy wieku ;-). Rano zastał nas niezły mróz, więc kupiliśmy rękawiczki i czapki i ruszyliśmy autobusem do Guilin za 15Y. Nawet taka zwykła droga z szerszym poboczem jest tu płatna. Kierowca przeraźliwie trąbi co chwilę, a ja patrząc na drogę też przecieram oczy ze zdziwienia, bo wyjeżdżanie komuś na czołówkę to standard. Chińczycy jeżdżą fatalnie. W Guilin było już naprawdę zimno i trochę marzliśmy, a do pociągu mieliśmy ze 4h. Połaziliśmy po mieście i poszukaliśmy dodatkowych ubran, lecz była tu tylko tania i masakrycznie tandetna chińszczyzna. Siedliśmy też w taniej knajpce dla miejscowych pokazując palcem co chcemy zjeść. Tanio, ale niezbyt smacznie. W tych knajpach dla turystów w Yangshuo było jednak super jedzenie. Ostatnie 2h spędziliśmy w poczekalni. Na szczęście był tam samowar, więc mogliśmy chociaż ciepłą herbatę sobie zrobić. Kilka osób nas zaczepiało, a inni robili nam zdjęcia. Mimo zakazu palenia każdy jara. Było więc zimno i śmierdziało. Jakoś dotrwaliśmy do pociągu, choć na peron wpuszczają dopiero na 20-30 min przed odjazdem. W pociągu też zimno i nie grzeją. Dostaliśmy niestety górne łózka, gdzie nie dało się normalnie usiaść, co najwyżej leżeć. Niezła nauczka by dokładnie zaznaczyć w agencji jakie miejsca się chce. Z nawiewu wiało też zimnem i jak ktoś palił w między wagonami (a palił ktoś non stop) to leciało na nas. Niezły smród. Spotkaliśmy Polaka, który jeździ po Chinach od 5 tygodni i ma już dość zimna i zmierzał do Laosu. Po 18,5h jazdy wysiadamy w Kunming, gdzie jest znacznie cieplej. Kupujemy od razu bilety na autobus do Dali i jedziemy autostradą 5h. Autostrada trochę kręta i nierówna, no ale...
Autobus jedzie niby do Dali, ale tak naprawdę kończy trasę, w tzw. Nowym Dali, czyli Xiaguan. Obok stoi zwykły miejski autobusik, który za 2Y dowozi pod stare miasto w Dali. Dali jest ładne, stare miasto za murami, dużo kramów, fajnie sie to wszystko komponuje. Zanim zaczęliśmy szukać noclegu to postanowiliśmy coś zjeść. Świetne knajpy są na tzw. Foreigner Street. Znowu za kupę dobrego żarcia i picia płacimy niecałe 70Y. Znajdujemy guesthouse za 50Y, a raczej guesthouse znajduje nas, bo napisy byly tylko po chinsku ;). Wieczorem i nastepnego dnia rano zwiedzamy stare miasto. Szczególnie warto wejść na mury. Potem jeszcze pojechaliśmy do Trzech Pagód, ale oglądamy tylko z zewnatrz. Wjazd aż 121Y, a i tak do środka nie można wejść.
Z Dali pojechaliśmy do Lijang, gdzie obejrzeliśmy jedną z najpiękniejszych Starówek na świecie. Jest tam po prostu pięknie - architektura cała drewniana, uliczki brukowane, kanały, kramy z pięknym rękodziełem... Staraliśmy się nie patrzec na ten tłum chińskich turystów i rozkoszowac sie miastem. Spaliśmy w guesthouse za 50Y, do którego nie sposób trafić bez przewodnika. Ale luz, potem juz trafialiśmy. Najlepiej Lijang oglądać z samego rana, bo wtedy nie ma w ogóle turystów, tak tez zrobiliśmy nastepnego dnia. Ceny w knajpach niestety aż dwa razy wyższe od dotychczasowych i mało gdzie jest angielskie menu. Siadamy w końcu w jednej i przeżyliśmy mały szok – kelnerka po podaniu ostatniego dania od razu przyniosła rachunek i trzeba było zapłacić. Nawet nie dała spokojnie zjeść. Całe miasteczko było upstrzone świątecznymi ozdobami. Niby to Boże Narodzenie, ale nie sądziłem, że Chińczycy je obchodzą. Może taka okazja to świętowania.
Po Lijang czas był na Wąwóz Skaczącego Tygrysa, gdzie zrobiliśmy sobie trek. Dojeżdża się jednym z licznych autobusów jadących w stronę Shangri-la i wysiada w Qiaotou. Tam jest od razu bramka z opłatami za wejście do wąwozu – 50Y. Idziemy 200m dalej do Jane’s Guesthouse, tam siadamy coś zjeść i zaczerpnąć informacji. Jane świetnie mówi po angielsku i wszystko doskonale wytłumaczy. Ma też dobre jedzenie i świeżo wyciskane soki. Decydujemy się przejść 2h dziś i spać w następnym guesthousie lecz musieliśmy sie przepakować, bo nasze plecaki były za duże. Bierzemy więc dwa śpiwory w jeden plecak, dorzucamy ubrania na zmianę oraz kosmetyki. Drugi plecak zostawiamy u Jane za 5Y. Dwójka innych backpackersów mówi, że idzie się na początku dość stromo, lepiej więc nie iść ze zbyt ciężkimi plecakami. Jest piękna pogoda gdy wyruszyliśmy. Z jednej strony widoki na 5-tysieczniki z ośnieżonymi szczytami, w dole rzeke Jangcy, a po drugiej stronie tarasy ryżowe zapadną nam długo w pamięci. Po 2h wspinaczki dotarliśmy do Naxi Guesthouse. Wzięliśmy tam świetny nocleg za 100Y, niby sporo, ale widok na szczyty rekompensował wszystko. Świetne mieli też jedzenie. W pokoju obok była też para amerykańsko-japońska i wieczór spędziliśmy w miłej atmosferze przy pogawędce i gapieniu się na góry.
Następnego dnia od rana czekała nas ostra wspinaczka ścieżką 28 zakrętów. Było ich faktycznie z tyle. Weszliśmy aż na ponad 2600 m npm. Widoki rozłożyły nas na deski. Następne 1,5h w dół i dotarliśmy do kolejnego guesthouse, gdzie zjedliśmy obiad. Tu postanowiliśmy zakończyć trek, można było iść dalej, ale najciekawsza część była już za nami. Zeszliśmy więc do dolnej drogi i doszliśmy w końcu do parkingu. Stamtąd było aż 15km do Jane’s Guesthouse i trzeba było czymś podjechać. Po targach stanęło na 30Y i gościu podrzucił nas busikiem. U Jane znowu coś jemy, pijemy dużo soków, które ma rewelacyjne, odbieramy plecaki i i idziemy na skrzyżowanie łapać autobus do Lijang. Jane jeszcze dzwonila do kogoś w Shangri-la pytać czy możemy wbić się w nocny autobus do Kunmingu, ale nie było już miejsc. Złapaliśmy więc autobus do Lijang i czekał nas caly czas transport - najpierw 2h do Lijang, potem nocny autobus do Kunming. Autobus mega smierdzący i mieliśmy najgorsze miejsca, bo na końcu. Śpi tam 5 osób. Do tego na koncu najbardziej telepie więc wyszliśmy z autobusu lekko rozwaleni. W Kunming rano dopadła nas zgraja naganiaczy pytając czy chcemy znowu jechać do Dali. Plan mieliśmy inny – Yuanyang. Okazało się, że do tej miejscowości jeździ autobus z innego dworca po drugiej stronie ulicy. Poszedłem tam i kupiłem bilety po 100Y na 10.30. Czas podróży jedyne 7h.
Do Yuanyang przyjechaliśmy oglądać tarasy ryżowe, które rozciągaja się na okolicznych wielkich wzgórzach. Z autobusu zgarnął nas jakiś właściciel hostelu – Photographer’s Hostel. W LP nie ma prawie nic o Yuanyang, baza turystyczna prawie nie istnieje i z autobusu widzieliśmy tylko jeden hotel, ale wyglądał na droższy. Daliśmy się namówić, nocleg miał być za 40Y. Gościu wiózł nas i wiózł spory kawałek za miasto. Wieczorem zachodu słonca nad tarasami niestety nie obejrzeliśmy, bo naszły chmury. Pokój mieliśmy fatalny – grzyb i śmierdziało. Bojler do gorącej wody niby był, ale nie udało się wody ustawić tak, żeby leciała normalna. Był wybór – albo wrzątek albo przeraźliwie zimna. Następnego dnia z rana okropnie lało, a gościu wsadził nas do samochodu z dwójka chińskich turystów i mieliśmy jeździć cały dzień za 100Y. Najpierw pojechalismy bardzo daleko na jakis targ - w sumie niezły autentyk i kolorowo ubrani ludzie, ale źle się ogląda w deszcz. Następnie jednak gdy wracaliśmy chmury powoli ustępowały i udało się zobaczyć część tarasów. Potem pojechaliśmy do pewnej wioski, gdzie akurat był Nowy Rok. To jest piękna uroczystość raz w roku, gdzie ludzie z całej wioski wystawiają na stołach na głównej ulicy wszystkie potrawy jakie mają i potem wszyscy siadaja, jedzą i piją. My tez sie załapaliśmy! Popróbowaliśmy różnych specyfików i byliśmy naprawdę zawodoleni biorąc udział w tej uroczystości. Nie jest to jakaś sztuczna uroczystość dla turystów lecz pełen autentyk. Turystów zagranicznych było zaledwie kilku i kilkudziesięciu chińskich. Potem się okazało, że to chyba my byliśmy atrakcją, bo wszyscy zaczęli robić sobie zdjęcia z nami.
Na koniec pojechaliśmy obejrzeć największe tarasy tutaj i szczęka kompletnie nam opadła! To było po prostu szok – ogromne góry całe pokryte tarasami, woda mieniła się w nich różnymi kolorami a my staliśmy wryci. Dla tej chwili warto było tu jechać kilka godzin.
O 18 odjechaliśmy kolejnym smierdzącym nocnym autobusem. Bilet kosztował tym razem ok. 90Y. Po godzinie dojechaliśmy do następnej miejscowości i tam nastąpiła walka, bo miejsc było mniej niż osób z biletami. Gdy jest problem to chmara Chińczyków wyciąga fajki i jara nie zważając na to, że są w autobusie i można siekierę powiesić. W końcu na 5-osobowym klepisku spało po 6 osób i dużo ludzi spało na zacharkanej podłodze.
Przed 3 rano byliśmy znów w Kunmingu. Plus był taki, że w autobusie można spać do rana, więc się wywlekliśmy po 6. Przemyśleliśmy co tu zrobić z całym dniem przed odlotem do Chengdu i wsiedliśmy w autobus do Shilin, gdzie jest tzw. Kamienny Las. Niestety jak tam dojechaliśmy to się nieźle rozpadało. Cena wstępu 140Y to totalne przegiecie i nie zachęcała nas do wejścia. Coż, jednak po coś tu przyjechaliśmy i szkoda potem w Polsce żałować, że nie wydaliśmy i nie zobaczyliśmy. Przyroda jest ok, ale nie warta tej kasy. Trochę można się poczuć jak w naszych Górach Stołowych. W sumie to tak ze 3-4h zwiedzania jak chce się pochodzić po wszystkich ścieżkach. Deszcz dopiero przestał padać pod koniec naszego zwiedzania. Po powrocie do Kunmingu wzieliśmy sobie tym razem lepszy hotel za 180Y, z naprawde dobrym pokojem. W przewodniku było jako opcja budget, więc już wiemy, że w miastach jest wyraźnie drożej. Musieliśmy się wysuszyć, dobrze wykąpać i odpocząć po ostatnich hardkorowym tempie.
Na lotnisku w Kunming byliśmy sporo przed odlotem, bo w hotelu nie można było zostać po 12. Wzieliśmy taksówkę, bo lotnisko jest niedaleko centrum i zapłaciliśmy jakieś grosze. Znowu widzimy sporo sklepów z pięknym rękodziełem, ale nie będziemy poki co więcej dźwigać. Przed bramkami na czyściutkim lotnisku nikt nie charkal ani nie śmiecił. Już mysleliśmy, że tu są jacyś inni Chińczycy, ale kilku facetów i młode dziewczyny wpadli na pomysł, że przecież można charkać i pluć do śmietników w wyniku czego cały śmietnik i jego otoczenie zostało oplute. A w samolocie przecież można pluć do torebek chorobowych, wiec kilku skorzystało. Poza tym lot bez przygód.
Chengdu zastało nas niższa temperaturą i ogromnymi chmurami, całe miasto i okolice toną we mgle. Z lotniska wzięliśmy autobus za 10Y do centrum, gdzie obok zaraz był Dave's hostel. Zobaczyliśmy, że jest całkiem ok, pokój za 120Y, ale zdecydowaliśmy pojechać miejskim autobusem pod dworzec kolejowy, gdzie miał być fajniejszy hotel no i bliżej miejsc transportowych. Okazało się, ze tego hotelu już nie ma, a chyba w 15 innych obok nie bylo miejsc. Co jest kurde - pomyśleliśmy i trzeba było wracać z powrotem do Dave's. A tam juz nie było pokojów po 120Y i musieliśmy wziąć po 160Y. Zdrowia już nie było na szukanie czegoś innego po 21-szej. Chengdu jest nowoczesnym miastem, z dużymi głównymi ulicami i nową zabudową. Ciągną się nieskończone kilkudziesięciopiętrowe wieżowce. Następnego dnia rano podjechaliśmy znowu autobusikiem pod dworzec kolejowy, a stąd już taksówką do ośrodka hodowli pand za 25Y. Miejskimi autobusami można tu dotrzeć z trzema przesiadkami jak komuś chce się w to bawić. Wjazd do ośrodka to kolejne 30Y. Pandy są rewelacyjne! Akurat byliśmy rano w porze karmienia, więc sie objadały bambusem :D. Potem poszliśmy do pandy czerwonej - przepiękne, mniejsze i bardziej ruchliwe. Obejrzeliśmy tez maluchy jak sie bawią. Pandy maja dość spore wybiegi i wyglada na to, ze dbaja o nie. Spędziliśmy łącznie parę ładnych godzin obserwując te zwierzęta i nie zważając na to, że na dworze jest tylko 6 stopni.
Następnie wróciliśmy po plecaki i pojechaliśmy do Leshan, bilet 45Y, nówka autostrada. Na dworcu zwaliło się na nas stado naganiaczy, ale zauważliśmy piekną tabliczkę, że autobus miejski nr 13 rozwiazuje problemy komunikacyjne turystow, czyli wiezie do Wielkiego Buddy, który jest niezły kawałek stąd. Wsiedliśmy więc w ten autobus i w centrum, gdy zobaczylismy Bank of China postanowiliśmy wysiąść. Wymieniliśmy ostatnie dolary, wyjąłem trochę gotówki z bankomatu i po wyjściu zobaczyliśmy obok jakiś hotel. Pomni wczorajszych doswiadczeń oraz tym, ze LP pisze, że tu nie ma tanich miejsc zostajemy w tym hotelu. Mimo wywieszonych kosmicznych cen dostajemy piękny pokój w standardzie 3 gwiazdek za 150Y. Chyba najładniejszy pokój dotychczas. Nikt nie mowi ani słowa po angielsku, ale słowniczek z LP rządzi. Podjechaliśmy jeszcze pod wejście do Wielkiego Buddy, ale bylo już za późno by coś zobaczyć, więc postanawiamy zwiedzić następnego dnia.
Pomysl z porannym zwiedzaniem Wielkiego Buddy w Leshan tylko częściowo okazał się trafiony. Byliśmy pierwsi w kasie o 8 rano 1 stycznia mając w ogóle szczęście, że bylo otwarte. Padał deszcz, chmury nisko zwisały i było ciemno. Buddę ogladaliśmy w samotnosci, co jest rzeczą niebywalą, bo zawsze są tu ogromne tłumy. Budda z każdego miejsca wygląda rewelacyjnie i jest naprawdę wielki ;-). Wróciliśmy do hotelu po plecaki i wsiedliśmy w miejski autobus na dworzec. Na miejscu okazało się, że z tego dworca jest tylko 1 autobus dziennie do Chongqing i odjechal 7 minut temu. Pani w kasie mowiaca po angielsku kazała wsiąść w autobus nr 6 i pojechac do drugiego dworca na drugi koniec miasta. Leshan wydalo nam się duże i jechaliśmy prawie godzine, w LP jest chyba błąd, bo podaje tylko ponad 100k mieszkańców.
Do Chongqing mieliśmy stary autobus i kierowcę debila, który mega głośnym klaksonem trąbił na wszystko co sie ruszało, nawet na samochody jadace drugim pasem autostrady. Po 6h takiej jatki uszy nam popękały. Chongqing - mega miasto, mega wielopoziomowe rozjazdy (nawet 5), mega pola wieżowców 40 piętrowych i mega Jangcy. Przyjechaliśmy tu kupic rejs, ale byliśmy trochę za późno by wziąć długi. Za 3 dni mamy samolot z Wuhan i byłby problem. W paru biurach mówili, że to niemożliwe, ale w końcu w jednym kupiliśmy bilet na fast boat za 328Y do Wushan za pierwszym przełomem (w cenie 3,5h jazdy autobusem do Wanzhou jako pierwsza część). Plan był taki by w Wushan znaleźć nocleg, następnego dnia zobaczyć Małe Przełomy i potem znowu wziąć fast boat do Yichang. Zaleta była taka, że nie kiblowało się parę dni w nudach i zimnie na statku wycieczkowym, a z fast boata można było wyglądać w drzwiach i oglądać przełomy. Niedaleko biura, gdzie kupiliśmy bilety znaleźlismy jeszcze przypadkiem hotel niedaleko za 80Y, gdzie znowu dało radę dogadać się pokazując zdania z LP. Następnego dnia o 7 rano wystartowaliśmy autobusem i potem już starym fast boatem dopłynelismy w końcu do Wushan. Pierwszy przełom niezły, ale niskie chmury znacznie redukowały widoczność. O Wushan nie ma nic w LP, więc byliśmy skazani na naganiaczy, którzy mowią po angielsku tylko „hello”. W każdym razie wzięliśmy hotel za 80Y, nie najlepszy, ale jest i umowiliśmy sie na następny dzień na wycieczkę do tzw. Trzech Malych Przełomów (150Y, 4h), które są ponoć ładniejsze od dużych.
W nocy w naszym hotelu nieźle wymarzliśmy, miasto mało przyjemne, ale o 8 rano naganiacz zawiózł nas z powrotem do przystani, gdzie mieliśmy ruszyć na Małe Przełomy. Bilet 150Y. Po 45 kolejnych minutach marznięcia podpływa w końcu łódka. Czekamy jeszcze jednak następne 45 minut aż przypłynie duży statek pasażerski, skąd cała zgraja chińskich turystów może do nas dołączyć. Jesteśmy jedynymi obcokrajowcami. Płyniemy ze 2h wsród dość stromych zboczy i jest nawet ładnie. W końcu dopływamy do miejsca, gdzie musimy przesiąść się na jeszcze mniejszą lódkę, która zabierze nas do tych wlaściwych Małych Przełomów. Łódka niestety zadaszona i nic w górę nie widać, gościu nagle zawraca i okazuję się, ze te Małe Przełomy już były. Trochę rozczarowanie, parę zakrętów i niby przełomy, a miała być taka atrakcja. Zatrzymujemy się jeszcze na jedzenie u lokalnych sprzedawców - moje dwa udka z kurczaka okazaly sie surowe w środku, więc najadłem się jedynie pieczonymi ziemniakami. Do przystani wracamy o 14.15, a o 14.30 mial odplywac nasz fast-boat. Zaplacilismy po 185Y i czekalismy jednak aż do 15.15 na wietrze i zimnie, brrr. Zaraz za Wushan zaczynał się Wu Gorge - stałem w drzwiach łódki, wiało na mnie jak cholera a mi szczeka opadała, bo ten przełom jest rewelacyjny! 900m ściany schodzą do rzeki, widoczność słaba z powodu chmur i przełom sie jakby majaczył, ale może właśnie dlatego zrobiło to na mnie takie wrażenie. Trzeci przełom jest najdłuzszy, ale tez najszerszy i robi najmniejsze wrażenie. Dopływamy w końcu pod wielka tame, ale juz jej prawie nie widać, bo taka mgła. Kurcze, siadł niezły niż na kilka tysięcy kilometrów, bo pogoda taka sama od Chengdu do Wuhan...
Wsiadamy jeszcze w autobus, ktory nas wiezie 40km do miasta (to też w cenie łódki). W centrum Yichang widzimy od razu Wonhow Motel, ktory jest rewelacyjny. Po 2 dniach marznięcia nastawiliśmy klimę na 30 stopni, długi gorący prysznic i wracamy do życia. Zapłaciliśmy po zniżce 160Y, do tego śniadanie po 10Y. Pokój nowy, lazienka tez, no i czyściutko.
Rano pojechaliśmy do Wuhan za 100Y i piekną autostradą przejechaliśmy szybko. Wuhan jest jednak miastem ogromnym i powstałym z połączenia 3 mniejszych i sporo jechaliśmy przez miasto ogladając niezły syf. Na dworcu kupiliśmy od razu bilety na lotnisko aż za 31Y, choc z drugiej strony lotnisko jest ze 40km od centrum. Godzinę przebijaliśmy się przez miasto az w końcu dojechaliśmy do nowiutkiego budynku terminala. Po wejściu od razu uderzyło nas ciepło w środku i mogliśmy zdjąć kurtki. Nareszcie koniec zimna! Shenzhen Airlines, nowy Airbus 320 i 1h 15min lotu. W Kantonie wita nas 20 stopni :). Wsiadamy w ten sam autobus co 1 dnia i dojeżdżamy do centrum. W hotelach z LP było całkiem drogo więc zdajemy sie na naganiaczy i dostajemy pokój za 120Y w sasiedztwie arabskim. W hotelu nawet w kiblu jest wężyk. Rano podjechaliśmy pod Hotel China i za 70Y od razu mieliśmy komfortowy autobus do Macau. Długo jedziemy przez Kanton i widać, że to bardzo nowoczesne miasto. Autostrady prowadzą też aż pod granicę z Macau i wysadzają nas na jakimś parkingu. Okazuje się, że autobus nie jest do Macau, ale pod granicę. Wychodzimy na powierzchnię, gdzie ogromne tłumy walą do budynku. Idziemy z nimi i odnajdujemy kolejkę dla Foreigners. Wbijają pieczątkę wyjazdową z Chin, potem kawałek do następnej kontroli i jesteśmy w Macau. W bankomatach nie ma pieniędzy, wymieniam więc kilka yuanów na pataty i jest na autobus do centrum. Tu jest ruch lewostronny – dziwne. W centrum były dwa tanie hotele – jeden za 300 MOP (co jest niecałe 300Y) a drugi za 120 MOP. Ten drugi to niezła nora, ale ten pierwszy to jednak za drogi. W pokoju mamy tylko zlew, ściany nie sięgają do sufitu, no ale się śpi.
Macau jest bardzo fajne, miła odmiana od Chin. Przebutowaliśmy wiekszość półwyspu, mnóstwo kasyn (z czego kasyno Grand Lisboa najlepsze), fajna architektura, dużo ekskluzywnych sklepów, choć ceny nie są zachęcające. Jednym z większych zabytków jest front kościoła św. Pawła, robi ciekawe wrażenie. Fajna jest też ponad 300m wieża. Wydawałoby się, że to wieża telewizyjna, ale ponoć nie ma ona żadnej funkcji. Można z niej skoczyć na bungee, ale nie zdecydowałem się ;-).
W naszej norze w nocy cały czas coś nas gryzło i był problem z przeżyciem. Zakryłem się cały śpiworem, ale było mi za ciepło. Odkryłem sobie tylko część twarzy by oddychać swieżym powietrzem i pogryziony zostałem 2 razy w czoło i raz prawie w oko, więc mialem niezłe napuchnięte. Przez to wszystko wstalismy przed 6 i o 7.30 odpłynęliśmy juz łódka Turbojet za 142 MOP do Hong Kongu. Kupiliśmy jeszcze w ostatniej chwili jakąś herbatę by wydać resztki pieniędzy. Łódka była niezła, szybko płynęła i w godzinę byliśmy na miejscu. Niektórzy musieli użyć toreb chorobowych w innym celu niż plucie. Po przypłynięciu do Hong Kongu i kontroli paszportowej przeszliśmy z buta do Star Ferry by przepłynąć na Kowloon. Potem znowu z buta kawałek i byliśmy pod Chunking Mansion, który jest synonimem tanich noclegów w Hong Kongu. Jeszcze przed wejściem dorwał nas właściciel jednego z kilkunastu hosteli mieszczących się w tym budynku i po krótkich targach za 180 HKD dał nam mikroskopijną dwójkę, ale z łazienką i czystą. W końcu się tu tylko kimniemy...
Poszliśmy od razu na zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszedł Kowloon i okolice, gdzie są same ekskluzywne sklepy. Doszliśmy w końcu do miejsca gdzie miał być dworzec kolejowy, ale w środku znaleźlismy tylko stację metra. Jutro musimy lepiej poszukać, bo stąd mamy mieć pociąg do Shenzhen. Wsiedliśmy zatem w metro i pojechaliśmy na północ do miejsca, gdzie jest jeden wielki targ i tanio. Miałem sie rozejrzeć za teleobiektywem do aparatu, ale w końcu kupiliśmy lornetkę :D. Jak na taką cene jest naprawdę dobra, świetna jasność i ostrość, przetestowalismy ją na miejscu. Następnie wsiedliśmy w double-deckera czyli piętrowy autobus (są tu tylko takie - pozostałość po Brytyjczykach) i pozwiedzaliśmy Kowloon z góry dojeżdżajac z powrotem do promów. Tu na druga strone na Hong Kong Island i robimy sobie rundkę wokół wieżowców. Pełno ich tutaj i wygladają nieźle, choć wszechobecny ruch uliczny i huk odbierają ochotę na zwiedzanie. Mnie najbardziej podobał się wieżowiec Bank of China Tower, a w LP przeczytałem, ze jest w nim akurat darmowy wjazd na 43 piętro by obejrzeć miasto z góry. Oczywiście skorzystaliśmy z okazji. Pięter w tym budynku jest 70, ale nie ma co narzekać. Pod koniec dnia wjechaliśmy tramwajem na Victoria Peak. Nie kupiliśmy biletu na taras widokowy liczac, ze będzie i tak dobrze widać. Myliliśmy się. Poszliśmy więc na sam szczyt tej góry koło wież telekomunikacyjnych by być najwyżej. Niestety pod samym wierzchołkiem kończy się szlak i widoku nie ma. Oglądamy jednak niezłe rezydencje i apartamentowce - ci ludzie mają widok z góry na Hong Kong i majatki liczone pewnie w 8-9 zerach dolarów, skoro jest ich stac na taki widok. Nowe Mercedesy byly tu najgorszymi samochodami... Pod tarasem widokowym udało się jednak znaleźć parę miejsc na nocne zdjęcia i bez wątpienia mogę powiedzieć, ze to miasto najlepiej prezentuje się nocą. Jest tu biznes, szklane drapacze chmur, mnóstwo wszelakich sklepów, ale jednak brak mi jakiegos takiego klimatu i osobowości, jakie miało choćby Macau.
Następnego dnia podjechaliśmy autobusem do dworca kolejowego, skąd udaliśmy się na granicę w Lo Wu. Kontrola przeszła momentalnie i byliśmy w Shenzhen. Od razu widać, że wróciliśmy do Chin, bo charkanie i plucie wróciło. W Hong Kongu za plucie była kara i wszyscy się oduczyli. Kupiliśmy bilet na pociąg do Kantonu. Pociąg nówka i bardzo ładny, no i jechał momentami ponad 200kph, co skutkowało czasem podróży niewiele ponad 1h. W Kantonie na dworcu kolejowym mega tłumy. Stało tam chyba z kilkadziesiąt tysięcy ludzi – nie widziałem jeszcze takiego ogromu ludzi. Ciekawe gdzie ci ludzie się pomieszczą. Cały ogromny plac przed dworcem był wypełniony. My poszliśmy do miejsca, skąd przyjechaliśmy wcześniej autobusem z lotniska. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto coś zjeść. Wieczorkiem wsiedliśmy w autobus na lotnisko i tak pożegnaliśmy Chiny.