Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Wenezuela

mapka

W lipcu na grupie pl.rec.turystyka.tramping oraz na travelbicie przyszedł cynk o biletach z Berlina do Caracas za 211 euro. Wtedy to dawało jakieś 700zł. „Promocję” zrobiła chilijska linia lotnicza LAN, która sprzedawała bilety Iberii bez dopłaty paliwowej. Trzeba było wybrać tylko odpowiednie opcje na stronie. Zastanawialiśmy się przez godzinę, potem znalazłem termin 4-15 listopad, choć bardzo mało było ciekawych terminów w tej cenie. 12 dni to trochę mało na tak duży i ciekawy kraj, ale dobre i tyle. Miesiąc później zarezerwowałem jeszcze za pomocą booking.com hotel dwugwiazdkowy w Berlinie niedaleko lotniska Tegel za 33 euro (wtedy 110zł), normalna cena jest dwa razy większa. Po różnych namysłach w jaki sposób dojechać do Berlina zdecydowaliśmy się w końcu pojechać własnym samochodem. Zawsze to swoboda, a samochód mogłem za darmo zostawić w parkingu podziemnym w biurze mojej firmy.

W poniedziałek 3go listopada o 7 rano wyjeżdżamy z Warszawy i po 7 godzinach jazdy łącznie z przerwą na obiad dojeżdżamy do biura berlińskiego. Zostawiamy samochód w parkingu, rozmawiam chwilę z szefem i dostaję jeszcze zaproszenie na wieczorną kolację w Marriocie. 4go listopada o 5.45 spotykamy się w hotelu z czwórką poznaniaków i jedziemy taksówką na lotnisko (15 euro za cały busik). Odprawa bez problemu, nasze bilety działają i nikt nie każe nic dopłacać. Iberia na 3 godzinnej trasie Berlin-Madryt nie daje nic darmowego do jedzenia i picia. Przynajmniej w Airbusie A319 jest sporo miejsca. Na bardzo ładnym lotnisku Barajas chodzimy chwilkę po sklepach i udajemy sie do terminala satelity 4S skąd mamy odlot do Caracas. Airbus A340-300 dość ciasny, nie ma indywidualnych monitorów, a filmy lecące na kilku ekranach wewnątrz samolotu cały czas szumią i trzeszczą. Po prawie 10h lotu docieramy w końcu do Caracas i lądujemy na lotnisku położonym nad samym morzem. Znowu wypełnianie jakichś głupich papierków i deklaracji – jak ja tego nie lubię. Mimo czekania do długiej kolejki kontroli paszportowej, po jej przejściu naszych plecaków ciągle nie było. Po następnych 15 minutach w końcu się pojawiły i mogliśmy wyjść do holu by poszukać kogoś do wymiany pieniędzy. W arrival hall jest dużo gości z identyfikatorami, którzy pomagają znaleźć taxi i wpakować turystów do odpowiednich. Trzeba pamiętać, że oficjalne taksówki to czarne Fordy Explorery. Od razu też zaczepił nas jakiś gościu, który po krótkich targach wymienił nam po 100$ po kursie 4,5BsF. Jak potem żałowaliśmy, że wymieniliśmy tak mało, bo to był najlepszy kurs podczas całej podróży. Jako, że była nas szóstka to Ford Explorer był za mały. Targowaliśmy sie też o cenę dojazdu. W końcu podjeżdża biały bus, gdzie jest kilka miejsc i po 25BsF od osoby jedziemy do terminalu prywatnych linii autobusowych Rodovias. Do Caracas wjeżdżamy już po zmroku i nie ma nawet szansy przyjrzeć się miastu. Na terminalu kupujemy bilety do Ciudad Bolivar. Jest kilka nocnych autobusów, ale pierwszy, w którym jest 6 miejsc wolnych odjeżdża dopiero o 21.30. Płacimy po 63 boliwary. Mamy ponad 3h (w Wenezueli robi się ciemno o 17.30), oddajemy już plecaki i ruszamy pozwiedzać niezbyt miłą okolicę dworca. Na ulicach niezły bród, siedzi sporo bezdomnych i wyglądających na narkomanów. Nikt się nas nie czepia. Kupujemy w jednym sklepie coś do picia i jedzenia i przy stolikach oglądamy jak w każdym oknie w budynkach obok są kraty. Ciekawi mnie po co komu kraty na wysokich piętrach, ale może taka moda. Idziemy jeszcze na jeden z placów, gdzie obserwujemy mega korki nawet w tak późnych godzinach. W autobusie do Ciudad Bolivar jest cholernie zimno, tak jak pisały inne osoby w relacjach. Autobus jest bardzo komfortowy, jest mnóstwo miejsca na nogi, są podnóżki by spać w pozycji półleżącej. Szkoda, że ubierając się we wszystko co mieliśmy było i tak za zimno.

W Ciudad Bolivar byliśmy przed 7 rano. Od razu zaczepił nas pracownik biura mieszczącego się w terminalu oferując wycieczkę do Salto Angel. Eco Adventures, bo tak się nazywali, byli opisali w LP. Cena za taką wycieczkę to 1300 boliwarów. Pozostała jedynie kwestia jak i po ile wymienić dolary. Gość oferował kurs zaledwie 4, więc nas to nie satysfakcjonowało. Wytargowaliśmy jednak 300$, czyli przeliczenie po kursie 4,33. Rozstajemy się ze Sławkiem i Katarzyną, którzy decydują się jechać na lotnisko do innych agencji, ponieważ interesowała ich jedynie dwudniowa wycieczka. Pytam jeszcze o koszt trekkingu na Roraime – też 1300 BsF. Prawie już zdecydowaliśmy się kupić, lecz jednak w końcu postanowiliśmy trzymać się starego planu.

Właściciel biura podrzuca nas na lotnisko, gdzie następuje szybka odprawa przy stanowisku linii Rutaca. Płacimy po 10 boliwarów podatku lotniskowego i wsiadamy do 6-osobowej Cessny, gdzie jedno miejsce zajmuje pilot. Lot takim małym samolocikiem dostarcza niezłych wrażeń. Zaraz po starcie pilot włożył sobie słuchawki do uszu i słuchał muzyki oraz rozłożył gazetę na sterach i czytał gazetę. Nieźle.

Lądowanie w Canaimie jest spektakularne – pięknie widać okoliczne wodospady. Na prowizorycznym lotnisku płacimy 35 boliwarów za wstęp do parku narodowego i spotykamy naszego przewodnika. Czekamy chwilę na inne osoby i jedziemy ciężarówką przerobioną na otwarty autobus kilka minut do naszego campingu. Jemy lunch i dostajemy prosto urządzony pokój, czyli pokój, w którym jest tylko łóżko piętrowe oraz łazienka. Kilka godzin wolnego wykorzystujemy by przejść się na plażę do okolicznej laguny. Canaima jest właściwie wioską Indian odciętych od świata, jedyną komunikacją jest samolot. Domy nie wyglądają zbyt ładnie, a prać chodzi się nad rzekę. Jest kilka campów dla turystów i budują się następne. Pewnie za kilka lat wioska straci resztkę uroku. Doszliśmy po 5 minutach na plażę, która wyglądała pięknie. Z wody rosną palmy, a w dali widać wodospady. Woda bardzo płytka, ale samo zanurzenie daje niezłą ulgę w tym ukropie. Po południu wsiadamy do łódki i udajemy się pooglądać te okoliczne wodospady. Największe wrażenie robi Salto Sapo, za którym zresztą chodziliśmy pod koniec. Niezłe wrażenie oglądnąć wodospad od tyłu. Jest się oczywiście całym mokrym. Aparat szczelnie obwinąłem plastikowym workiem i udało mi się zrobić kilka zdjęć. Idziemy też na godzinną wycieczkę przez las do innych wodospadów. Po drodze nasz przewodnik pokazuje nam wielkie czarne mrówki. Podobno po ich ugryzieniu umiera się w godzinę, ale jakoś nie chciało nam się w to wierzyć ponieważ pozwolił nam iść w klapkach. Widzimy też termity i niektórzy z grupy jedzą ich jadalne odwłoki. Jedną z jedzących była Niemka, która twierdziła, że jest wegetarianką. Ciekawe podejście. Ja nie zdecydowałem się spróbować, po szczurach w Korei jakoś odechciało mi się eksperymentowania ;-). Z najdalszych wodospadów pięknie widać Gran Sabanę, to taka sawanna jak w Afryce i w oddali piękne tepui – czyli góry z płaskimi szczytami (table-top mountains jak to mówią po angielsku). Ta krótka wycieczka była udana, dużo ładnych miejsc w okolicy samej Canaimy. Następnego dnia z samego rana wsiadamy w łódkę i czeka nas 4 godzinna jazda w górę rzeki. Siada nas 10 osób, do tego jest dwóch gości na przedzie z pagajami oraz motorniczy z tyłu. Po pierwszej godzinie wysiadamy i czeka nas półgodzinne przejście pieszo przez Sabanę. W tym czasie reszta załogi przeprowadza łódkę przez niebezpieczne miejsca. Trzeba nadmienić, że rzeka jest dosyć szeroka, ale płytka, mnóstwo jest kamieni i trzeba mieć naprawdę niezłe umiejętności, by sterować łódką. Po spacerku towarzystwo niemiecko-wenezuelskie wyciągnęło fajki i zaczęło palić. Po spaleniu pety wylądowały na ziemi. Eh, śmierdziele. Po kolejnych 30 minutach płynięcia zatrzymaliśmy się przy małych wodospadach, gdzie też był naturalnie wyrzeźbiony basen. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności kąpieli. Jest okropnie gorąco i duszno, na łódce jest przyjemny wiaterek, ale trzeba pamiętać by się dokładnie wysmarować kremem (my mieliśmy właściwie blocker) i mieć coś na głowę. Inaczej problemy murowane. Gdy skręciliśmy do mniejszej rzeki, która już prowadzi do wodospadu to dopiero zaczęły się schody – dosłownie i w przenośni. Sternik lawirował, co chwila łódka dnem uderzała w kamienie, a gościu podniosił silnik by nie rozwalić go na kamieniach. W jednym miejscu nawet musieliśmy wszyscy wyskoczyć i brocząc po pas przepchać łódkę. Na kamiennym wybrzeżu jemy jeszcze lunch składający się z dwóch kanapek, ciastek, 2 cukierków i zimnej puszki coli. Jest też woda. Trasa jest przepiękna. Warto przepłynąć się dla samych widoków. Dżungla schodząca do wody, meandrująca rzeka, dookoła tepui, jest po prostu pięknie. Gdy w dali widzimy wielki wodospad to już wiemy, że to Salto Angel i jesteśmy blisko. Po wyjściu z łódki czekał nas godzinny spacer w dżungli, głównie po korzeniach drzew, które były w większości na powierzchni. W końcu dochodzimy do punktu widokowego i... zabrakło mi słów. To trzeba po prostu zobaczyć. 979m wodospadu, z czego ponad 800m bezpośredniego spadu wody. Mistrzostwo świata. 15 minut rozkoszy wzrokowej i idziemy dalsze 15 minut pod sam wodospad, gdzie jest naturalny basen. Oczywiście, że się wykąpałem :-). Spędzamy w tym miejscu pozostały do zmroku czas. Największa szkoda jest taka, że ten wodospad ma ekspozycję wschodnią i po południu słońce jest za tepui i wodospad nie jest oświetlony. Traci niestety przez to trochę z uroku.

Wracamy do łódki i przepływamy na drugą stronę rzeki, gdzie jest nasz camping. Dostajemy hamaki z moskitierami, bierzemy prysznic wodą z rzeki oraz jemy kolację. Prąd mają tu z generatorów, które są wyłączane po 21. Następnego dnia wstaliśmy zaraz po świcie, który jest tu o 5. Pobiegłem nad rzekę z aparatem, słońce pięknie oświetlało wodospad, choć z powodu spadku we wnęce skały nie był cały widoczny. Poszedłem więc maksymalnie w lewo wzdłuż rzeki i złapałem tyle, ile się dało. Po śniadaniu wsiedliśmy w łódkę i tym razem w dół rzeki godzinę krócej dopływamy do Canaimy. Lunch, prysznic i jedziemy na lotnisko, by w naszej Cessnie powrócić do Ciudad Bolivar.

W Ciudad Bolivar z lotniska juz oczywiście agnecja nas nie odebrała. Oglądamy jeszcze samolot Angela, którym odkrył wodospad i za 15 BsF wsiadamy w mega stary krążownik szos, który robi za taksówkę. Podjeżdżamy na dworzec autobusowy, gdzie rozglądamy się za dalszym transportem. Gościu w biurze proponuje już tylko kurs 3,8. Nie wymieniamy i bierzemy taksówkę za 10 BsF (okazało się to standardową ceną za taksówkę po mieście w Wenezueli) jedziemy do centrum. Jest już prawie wieczór, siadamy najpierw na piwo, a potem chodzimy po centrum, które położone jest nad samą rzeką Orinoco. Starówka, jeśli można tak ją nazwać, jest bardzo górzysta, a domy na niej bardzo kolorowe. Naprawdę ładnie to wygląda. Spacerujemy sobie też już jak jest ciemno i wygląda na to, że jest tu całkiem bezpiecznie. Zliża się jednak pora odjazdu autobusu i musimy złapać taksówkę powrotną. To jednak jest nie lada wyczynem, bo na machanie nikt się nie chce zatrzymać, a po drugiej stronie drugi kolejka do taksówek jest przeogromna. Monika jednak jakimś cudem łapie pustą i jedziemy na dworzec.

Naszym następnym przystankiem miało być Hato el Frio w Los Llanos, spory kawałek drugi stąd i jedyna opcja transportu to podjechanie jednym autobusem niedaleko Caracas do Dos Caminos, gdzie odchodzi droga do San Fernando de Apure. Bilet kosztował 65 BsF od osoby, a mi brakowało 20 BsF. Gościu z firmy transportowej nie chciał kasy, a goście w biurze już nie mieli gotówki by nam wymienić dolce nawet po kursie 3,8! Byliśmy w niezłych opałach. Wyprosiłem gościa by znalazł chociaż pare boliwarów, żeby mi wymienić 10$, a ja potem będę się martwił co dalej. No i tyle mi wymienił, więc mogłem kupić te bilety. Kupiliśmy jeszcze wodę i jakąś bułkę, pożegnaliśmy Roberta i Arnetę, którzy pojechali do Maracay i czekaliśmy na nasz odjazd o 22. Pamiętając mrozy w poprzednim nocnym autobusie tym razem wzięliśmy do środka śpiwory. Opłacało się. Podróż minęła dość szybko i jeszcze jak było ciemno o 5 rano wysiadamy na skrzyżowaniu w Dos Caminos. Jest tu stacja benzynowa, mała restauracja i punkt kontrolny policji. Poszedłem do knajpy zapytać o wymianę kasy, lecz nikt nie chciał wymienić. Jest fatalnie, do San Fernando de Apure jest 211km, a my nie mamy nawet kasy na autobus. Zostało nam jedyne wyjście – autostop! Jako, że ruch był duży to była jakaś szansa. Staliśmy ponad godzinę, aż w końcu zatrzymał się pickup i młody gościu mówiący trochę po angielsku zdecydował się nas zabrać. Fart. Dopiero teraz mieliśmy pierwszy raz okazję zobaczyć jakie są drogi w Wenezueli, bo do tej pory jechaliśmy albo w nocy albo łódką/samolotami. A drugi są ok, tylko co jakiś czas są mega dziury albo wyrwy, w które czasami nasz kierowca wpadał. W połowie drogi zajechał na stację benzynową i za dolara zatankował cały bak! Benzyna jest po jakieś 6 groszy za litr, a ropa 2 razy tańsza. Pytał się po ile benzyna w Polsce to mu powiedziałem, że 1,5$/litr. Zdziwił się. Po dojechaniu do San Fernando wysiadamy w centrum, ponieważ gościu nie pamiętał gdzie jest dworzec. Żegnamy się i dziękujemy naszemu wybawcy po czym idę do pierwszego z brzegu hotelu zapytać o wymianę kasy. W recepcji nie chcieli mi pomóc, ale obok stał gościu, który zaprowadził mnie do restauracji, gdzie wymieniłem 100$ po kursie 4,3. Chciałem wymienić 200$, ale właściciel nie chciał tyle. Uff, jest kasa, więc w końcu można szaleć ;-). Bierzemy taksówkę na dworzec, daję taksówkarzowi 10 BsF, a on mi 5 wydaje. W żadnej taksówce nigdy nie widziałem taksometru, lecz żaden taksówkarz nigdy mnie nie oszukał podczas całej podróży. Taksówki są śmiesznie tanie więc warto ich używać w tym skwarze, szczególnie jeśli ma się duże plecaki. Na dworcu coś zjadamy i wsiadamy po raz pierwszy do średniodystansowego autobusu, który jest marki Encava i nie ma oczywiście klimatyzacji. Mówimy gościowi zbierającemu kasę, że naszym celem jest Hato el Frio, czyli ogromne ranczo i stacja biologiczna. W autobusie pełen folklor i muzyka napiera na całego. Pod koniec wyjazdu Monika podsumowała, że w tych autobusach sprzęt grający i głośniki są więcej warte od samego autobusu. Nie pamiętam ile jechaliśmy, może 2-3h, zapłaciliśmy po 15 BsF od osoby. Wejście do Hato el Frio pilują strażnicy z prawdziwymi kałachami i oczywiście nie mówią po angielsku, jak zreszta 99,9% ludzi w tym kraju. Mówię wcześniej nauczone zdanie, że mamy rezerwację i dają znać mikrofalówką, że są goście. Przyjeżdża po nas Fernando, zdaje się Hiszpan, który świetnie mówi po angielsku. Już po drodze do stacji widzimy mnóstwo iguan i kapibar. Cena w listopadzie za dobę spędzoną w Hato kosztuje 100$, w sezonie kosztuje 120$. My chcieliśmy dodatkowo obiad na dziś, jeszcze jeden nocleg i śniadanie, więc zapłaciliśmy po 145$ od osoby. Napoje i piwo w dowolnej ilości przez cały pobyt. Lokujemy się w naszym pokoju, jesteśmy jedynymi niezależnymi turystami w tym tygodniu w Hato. Wszystkie otwory, okna i balkon mają moskitiery ponieważ lata mnóstwo wszelakiego typu stworzeń, które gryzą. Po rozpakowaniu i prysznicu idziemy do dość dużego naturalnego wybiegu, gdzie trzymają jaguara! Jaguar ten ma 1,5 roku i był wzięty przez jakąś osobę jako zwierze domowe. Jak urósł to właściciel stwierdził, że sobie jednak z nim nie radzi. Karmią go tu co 2 dni i ponoć za pół roku chcą wypuścić na wolność. Póki co, zachowuje się jak zwierzę w klatce – chodzi cały czas koło ogrodzenia.

Następnego dnia czekają nas dwie 4-godzinne wycieczki jeepem. Pierwsza z rana nie wiedzieliśmy gdzie. Jechaliśmy jeepem przez pół godziny oglądając różne zwierzątka aż dojechaliśmy do jakiegoś domu, gdzie gościu wziął łódkę, zamocował silnik i ruszyliśmy. Płynąc rzeką oglądaliśmy sporo pięknych ptaków, raj dla ornitologów. W końcu dopływamy aż do Rio Apure, która ciągnie ze sobą mnóstwo mułu – widać jak czysta rzeka wpada do brudnej. Jest bardzo szeroko, a gościu zaczął pływać w kółko. Nie wiedzieliśmy o co chodzi i co to za zabawa tak pływać aż w końcu mówi: „patrzcie”. Szukamy i szukamy wzrokiem, a tu nagle plum – delfiny! Ale niespodzianka, skakały na falach i zabawiały się z nami. Bardzo trudno im zrobić zdjęcie, bo pojawiają się na powierzchni może na pół sekundy. Gościu stukał w łódkę i gwizdał nawołując je, a one skakały obok nas. Niesamowity widok! Oglądaliśmy to przedstawienie ponad pół godziny i z bananem na twarzy wróciliśmy do bazy na lunch. Na drugą wycieczkę pojechaliśmy na południe rancza, tym razem oprócz mnóstwa kapibar, iguan i ptaków oglądaliśmy kajmany. Są sporo mniejsze od krokodylów nilowych, ale też robią wrażenie. Dużo ich tam było, trochę strach było spacerować pieszo przez chwilę, ale jak trochę ruszyłem w ich stronę zrobić zdjęcie to jeden momentalnie uciekł do wody. Tutaj jesteśmy w stanie obserwować typowy widok na Los Llanos – płasko, mokro i dużo niskiej roślinności. Szkoda, że nie widzieliśmy anakondy, ale nie można mieć wszystkiego. Na koniec oglądamy jeszcze piękny zachód słońca i wracamy do bazy niesamowicie zadowoleni, że tu przyjechaliśmy. Śniadanie mieliśmy już o 7 rano, żegnamy się z Fernando i podrzucają nas do wejścia. Nie staliśmy nawet 5 minut i już wsiedliśmy w autobus do Barinas. Najpierw musieliśmy chwilę stać, lecz potem się zluzowało. Za 25 BsF po ponad 3h byliśmy w Barinas. W tym mieście nic nie ma więc kupiliśmy kilka przepysznych kubków soku świeżo wyciskanego (2,5-3 BsF) i czekaliśmy na autobusik do Meridy. Był jakiś złomiasty, ale stał też jeden z klimatyzacją. Wzieliśmy oczywiście ten drugi i siedliśmy niedaleko drzwi. Do Meridy daleko niby nie ma (ze 150km, 25 BsF), ale autobus jedzie po serpentynach cała drogę i trwa to 4h. W połowie drogi była kontrola gwardii i musieliśmy wszyscy wysiąść. Pytają się coś mnie po spojrzeniu w paszport, ale mówię, że nie znam hiszpańskiego. Jakaś kobieta obok tłumaczy, że oni pytają o wizę. No to im mówię, że mi nie potrzebna. Śmieliśmy się z Moniką, że oni pewnie nawet nie wiedzą z jakiego kraju przyjechaliśmy, bo w paszporcie nie ma nic po hiszpańsku. Mówiąca po angielsku siedząca obok kobieta przydała się jeszcze raz ponieważ kierowca po wjechaniu na pewną wysokość postanowił wyłączyć klimatyzację i otworzyć drzwi. Wiało jak cholera i prosto na nas, więc kobieta poprosiła kierowcę by w końcu zamknął te drzwi. Nie wiem po co to robić, chyba nie oszczędzał benzyny z powodu działającej klimatyzacji? Do Meridy dojechaliśmy po zmroku a dworzec jest kawałek od centrum. Przed wejściem do dworca stoi pracownica z identyfikatorem i łapie taksówki. Pytam o cene do posady, a ona mówi, że 12. Jedziemy do posady polecanej w LP. Po dojechaniu daje taksiarzowi 12 BsF, a on mi 2 oddał! Watpie by jakikolwiek taksiarz w jakimkolwiek kraju oddał mi nadmiar. Posada niestety pełna, ale jest kilka obok. Zachodzimy do sąsiedniej, a starsza kobietka, która jest dość rzutną właścicielką mówi, że wszystko pozajmowane, bo jest jakiś ogromny zjazd studentów. No to kurde pech. Kobieta jednak stwierdziła, że załatwi nam nocleg i zadzwoniła do kogoś. Gościu pojawił się po 5 minutach i idziemy. Okazuje się, że zabiera nas do swojego mieszkania, gdzie po prostu wynajmuje pokój. Mieszkanie skromnie urządzone, ale duże łóżko i ciepła woda jest. Płacę mu 80 BsF za 2 osoby, dostajemy klucze, uff, jest gdzie spać.

Merida to słynne miasto wypoczynkowe, można tu robić mnóstwo rzeczy. Położone jest przepięknie wśród gór, najwyższa Pico Bolivar ma 5007 m npm., a sama Merida położona jest na ok. 1500 m npm. Największą atrakcją była najwyższa na świecie kolejka linowa na 4750 m npm, lecz cholera zamknęli ją na stałe 2 miesiące wcześniej! Ale pech. Z innych opcji, można polecieć paralotnią (30 min) za 60$ albo spróbować canyoningu. Ponoć niezłe wariactwo. My jednak nie szalejemy już, jedziemy na dworzec, gdzie zostawiamy plecaki i wsiadamy w totalny złom, który za 3,6 BsF wiezie nas 35km do pięknej andyjskiej wioski Jaji. Oglądamy tu bardzo ładny Plaza Bolivar (w każdym mieście i wiosce jest Plaza Bolivar) ze starym kościółkiem, który jest właśnie odnawiany. Oglądamy szczyty górskie i siadamy w końcu w knajpie coś zjeść. Mój wybór na chybił/trafił okazał się dobry, bo trafiłem niezły stek. Po powrocie do Meridy chodzimy jeszcze trochę po starej części miasta, trafiamy w końcu po raz pierwszy na kafejkę internetową i na wieczór wracamy na dworzec. Mieliśmy kupione bilety na nocny autobus do Coro za chyba 63 BsF, opłacony podatek wyjazdowy 2 BsF i gdy chcieliśmy odebrać plecaki to biuro było zamknięte. O cholera... Dzwonię do kobiety, bo na szczęście dała mi komórkę i po 10 minutach przysłała jakiegoś gościa, który nam oddał plecaki. Do autobusu znowu bierzemy śpiwory. W Meridzie dopiero dokładnie zauważylismy jak się dzieli transport w Wenezueli. Wszystkie dalekodystansowe autobusy są właściwie nocne. Wszystkie firmy mają takie same dwupiętrowe Volvo i wszystkie totalnie mrożą wnętrze. Średnio dystansowe to marki Encava (rzadko coś innego) bez klimatyzacji, choć trafiają się rodzynki. Krótkodystansowe to ledwo jeżdżące stare amerykańskie złomy lub chickenbusy.

Nasz autobus wysadził nas rano w Coro. Dworzec jest na tyle daleko historycznego centrum, że nawet nie mieści się na mapce LP. Jedyne rozwiązanie to taksówka (10 BsF), którą jedziemy do Casa Tun Tun, taniej posady. Jest sam ranek i nie ma miejsc, lecz jakiś Włoch dość szybko się wyniósł i dostajemy (nienajlepszy) pokój za 50 BsF. Łazienki na zewnątrz. Posadę prowadzi małżeństwo belgijsko-wenezuelskie mówiące razem po angielsku może 10 słów, ale są bardzo mili. Stoi wielka lodówka z piwem, gdzie obsługa jest następująca: bierze się piwo, pisze się swoje imię kredą na tablicy i dopisuje kreskę, gdy bierze się każde kolejne piwo. Płaci się potem przy wymeldowaniu. Piwo kosztuje 2 BsF. Po prysznicu idziemy na miasto. Jest tu pięknie zachowana kolonialna zabudowa, która została wpisana na liste UNESCO. Jest ładnie. Drugą ciekawą rzeczą jest Park Narodowy Medanos de Coro, który ma piękne piaszczyste wydmy. Dojeżdżamy tam kolo 13 i skwar jest tak wielki, że chodzimy tam zaledwie kilkanaście minut. Piasek niesamowicie parzy. W drodze powrotnej podwozi nas za darmo schoolbus. Wieczorem wychodzimy jeszcze raz do centrum i znowu czujemy się bezpiecznie. Aż mnie dziwią te wszystkie opowiadania jaka to Wenezuela niebezpieczna i żeby nie chodzić po zmroku. Bzdury.

Zostały nam jeszcze dwie noce w Wenezueli i postanawiamy jechać do Parku Narodowego Morrocoy, który jest zachwalany za piękne widoki. Wyczytałem w LP, że lepiej jechać do jego północnej bramy, a więc Chichiriviche. Dostajemy rekomendację z Casy Tun Tun, żeby zatrzymać się w Villa Gregoria. Rano byliśmy już na dworcu autobusowym, tym razem taksówkarz wydał mi 2 BsF z zapłaconych 10 i bez problemu znaleźliśmy transport do Valencii i wysiedliśmy na skrzyżowaniu prowadzącym do Chichiriviche. Samo Chichiriviche wydawało się brudne, w ogóle Wenezuelczycy wszędzie śmiecą, nawet małe dzieci już są nauczone, żeby śmieci w autobusie wyrzucać za okno. Autobus zatrzymuje się na głównym pasażu, a mapki w LP nie ma. Łapiemy jakąś przeraźliwie starą taksówkę, która zawosi nas do naszej noclegowni. Okazała się całkiem blisko – trzeba było dojść do końca tej głównej drogi i skręcić w lewo, a potem zaraz znowu w lewo. Pokoje wolne były i bierzemy z klimatyzacją za 80 BsF, nasz najlepszy pokój podczas całego wyjazdu. Na początku była mała walka z mrówkami, ale szczotka i trucizna pomogły. Jest już prawie zachód słońca, ale idziemy nad morze zobaczyć czy są jakieś łódki do wynajęcia, żeby popłynąć na wyspy. W hotelu niestety nic nie organizowali. Wybrzeże jest właśnie świeżo betonowane, za betonem już w morzu kamienie, a na kamieniach butelki, plastiki, opony, jakie tylko śmieci można sobie wyobrazić. Idziemy na mini molo, ale nie bardzo jest ktoś, kto mógłby wynająć łódkę. W oddali widać niby piękne wyspy, a może one piękne tylko z daleka? Wracając z mola widzimy jak na pomoście obok jakiś gościu sika do morza. Rozwalilo nas to na lopatki, stwierdziłem, że nawet nie popływam w Morzu Karaibskim. Jemy jeszcze coś w restauracji, gdzie połowa menu jest niedostępna i idziemy spać. Z rana mieliśmy ruszyć na te wysepki, ale w końcu zmęczenie wychodzi i śpimy prawie do południa. W knajpie nad morzem jemy pizzę, a potem na rachunek czekamy 30 minut. Fatalna ta obsługa klienta w tym miasteczku. 15 listopad to już nasz ostatni dzień w Wenezueli. O 7 rano idziemy na autobus i jedziemy 3h do Valencii (15 BsF). Tam się przesiadamy w autobus do Caracas (3h, 12 BsF) i jedziemy prawdziwą autostradą. W Caracas korki, prawie godzinę tracimy zanim dojechaliśmy do dworca La Bandera. Caracas wygląda niesamowicie. Każde wzgórze, których jest tu mnóstwo jest oblepione slumsami – kolorowe i byle jak budowane domy ze wszystkiego. Doliny to wysokie, też obdrapane wieżowce z kratami w każdym oknie. Mnóstwo ludzi chodzi po ulicach. Z dworca La Bandera do stacji metra jest 350 m, dobrze, że w przewodniku jest napisane by minąć dwie stacje benzynowe, bo inaczej nie trafilibyśmy. Bilet w metrze to 0,5 BsF, śmiesznie tanio, a metro jest nowe, czyste i mocno klimatyzowane. Dojeżdżamy do Parque Central z przesiadką i wychodzimy na powierzchnie, gdzie w parterze wysokiego budynku jest mnóstwo sklepów i miejsc z jedzeniem. Siadamy w jakiejś knajpie i jemy obiadzik (nakłada się samemu i płaci wg wagi). Obok jest postój busów na lotnisko. Mamy jeszcze 8h do odlotu o 22.05, ale mając plecaki decydujemy się już jechać. Na lotnisku na 7h przed odlotem jest już kilkudziesięcioosobowa kolejka do odprawy! Niesamowite. Idę na górę i wymieniam i koników 50$ na opłatę wylotową (115 BsF od osoby) po kursie 4, zostaje mi 75 BsF, które zamierzamy wydać w sklepach wolnocłowych. Odprawa trwała bardzo długo, a obsługa prawie nie mówi po angielsku. Kontrola jest dość szczegółowa i wypytywali mnie strasznie łamaną angielszczyzną gdzie byłem i co robiłem w Wenezueli. Jak doszliśmy do sklepów wolnocłowych to strasznie żałowałem, że nie miałem wymienionych ze 200$. Ceny w dolarach są normalne, ale przeliczane są w bolivarach po oficjalnym kursie 2,15, co powoduje, że jeśli ktoś ma boliwary to kupuje za pół ceny! Np. polo Lacoste 90$ lub 195 BsF (czyli jakies 40$ po czarnorynkowym), a u nas 400zł. Wymieniać by długo. Kontrola antynarkotykowa jest także już w rękawie przed samym wejściem do samolotu, nas tylko lekko obmacywali, ale Wenezuelki to nieźle trzepali łącznie z naciskaniem żołądka sprawdzając czy tam nie przewożą połkniętych torebek z narkotykami. Madryt powitaliśmy z radością po 8,5h lotu. Podczas trzygodzinnej przerwy zjedliśmy m.in. obiad za 16 euro. Samolot do Berlina to Airbus A320 z masakrycznie ciasnymi fotelami. Mimo niezbyt duzego wzrostu nie mogłem nawet nóg wyciągnąć. Ciasno jak w Ryanairze! Znowu nie dają nawet wody za darmo. To była jedna z gorszych moich podróży samolotem. Będąc już zniecierpliwionym w Berlinie bierzemy taksówkę do naszego biura za 25 euro (autobus i dwa pociagi wyniosłyby jakieś 10 euro i ponad godzinę drogi), odbieramy samochód i w 6,5h o 3 rano dojeżdżamy do Warszawy.

Zostaną miłe wspomnienia o tym pięknym, acz zaśmieconym kraju, wszędzie unoszącym się zapachu benzyny, wspaniałych, pomocnych i nieoszukujących ludziach. Padł jedynie mit pięknych Wenezuelek. Pięknych kobiet było naprawdę niewiele.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.