mapka
Do Korei Południowej mogłem się wybrać dzięki wyjazdowi służbowemu. Grzechem byłoby nie skorzystać i nie zwiedzić chociaż trochę tego mało popularnego w Polsce kraju. Miałem łącznie 3,5 dnia na zwiedzanie. Nie da się w tak krótkim czasie zwiedzić tego kraju, lecz mam nadzieje, że jeszcze niedługo tutaj wrócę i zwiedzę południową część.
Leciałem 14h do Seulu z przesiadką we Frankfurcie. Lufthansa z Airbusem A340-600 jest całkiem ok, serwis całkiem spoko, tylko dlaczego to ja musiałem jako jedyny w samolocie mieć problem z monitorem w fotelu? Chcieli mnie przesadzić w inne miejsce gdzieś po środku ale nie chciałem. Lotnisko w Seulu, a właściwie 60km od niego jest ogromne. Miałem trochę problemów z wyjęciem kasy z bankomatu, ale w czwartym poszło. Sprzed terminala odchodzą komfortowe autobusy do centrum miasta (KAL Limousine). Dowiaduje się w informacji gdzie kupić bilet i tylko w 4 osoby jedziemy do centrum. Prawdę mówiąc nie widziałem autobusu, w którym byłoby tyle miejsca na nogi, coś jak biznes klasa. Płacę 14k wonów, czyli ok. 28zł i po godzinie wysiadam przed Intercontinentalem. Tutaj będę mieszkał przez najbliższe dni. Odmoczyłem się w wannie i ruszyłem na miasto coś zjeść i pozwiedzać. Wbiłem się do jakiejś knajpki i zamówiłem 'coś' z wołowiną i grzybami. Dali mi wielką michę ryżu wymieszaną z różnymi składnikami, które się jadło łyżką oraz 3 dodatki i do nich pałeczki. Dodatki były niejadalne dla mnie, wiec nie robiłem sobie przynajmniej wstydu z pałeczkami ;). Potem dowiedziałem się, że to jest jedna z bardziej znanych potraw koreańskiej kuchni i nazywa się bibimbap. Pochodziłem po downtown, ale nic ciekawego nie widziałem. Normalnie, wysoko rozwinięte miasto, wysokie budynki, hotele, szkło... Aż w końcu zajrzałem w jakieś boczne uliczki, a tam ogromny targ, dokładnie jak souki w krajach arabskich. Można tam było kupić wszystko, najdziwniejsze były rzeczy do jedzenia. Muszę tego w kolejnych dniach spróbować, ale oni lubują się w jakichś robaczkach, ośmiornicach, muszlach, ostrygach, itp. Nie są to moje ulubione rzeczy ;). Na targu można kupić ubrania wszystkich najdroższych marek za grosze więc w Korei, tak jak i w Chinach podróbki rządzą. W hotelu dzięki serwisowi "concierge" wcisnęli mnie na następny dzień na wycieczkę na granice z Koreą Północną. Jeszcze z Polski próbowałem sobie taką zabookować i niestety były pełne. O dziwo za załatwienie nic nie dopłaciłem. Takiej wycieczki samemu nie można zorganizować. W ramach wycieczki jest m.in. zwiedzanie wykopanego przez północnych Koreańczyków tunelu przez granicę odkrytego przez tych południowych ze 30 lat temu.
Jest takie jedno miejsce w strefie zdemilitaryzowanej (DMZ, po 2km w każdą stronę od granicy), gdzie turyści są wpuszczani. Niestety nigdzie nie można robić żadnych zdjęć...
Pojechaliśmy najpierw do Trzeciego Tunelu, czyli przekopu z Korei Północnej do Południowej. Chłopaki się nakopali w granicie(!) ponad 1600m, 2m wysokości i 2m szerokości. Idzie się do końca naziemnej granicy, gdzie przejście zostało zablokowane. Są trzy takie blokady. Tunelu nie dokończono, ponieważ żołnierz północnokoreański zbiegł i wygadał południowym kolegom. Południowi szukali tunelu za pomocą wkopów z wodą i w końcu znaleźli. Szacunkowo mogło przez niego przejść 30k ludzi w ciągu godziny, całkiem nieźle na atak. Do tej pory wykryto łącznie 4 tunele przez granicę, ciekawe ile jeszcze jest nieodkrytych... Potem pojechaliśmy do obserwatorium, skąd można było zobaczyć strefę, granicę oraz Koreę Północną. Jest tam ogromna flaga północnokoreańska i w dali kilka ładnych budynków dla propagandy, bo tam nikt nie mieszka. Na koniec wycieczki ogląda się nowo wybudowaną stację kolejową, która jest już gotowa by wozić pasażerów po zjednoczeniu Korei. Ciekawe czy to kiedykolwiek nastąpi. Przewodnik mówił, że po spotkaniu przywódców w 2000 roku połączyli te tory i obecnie jeździ czasami jakiś pociąg z towarami na wymianę. Wszędzie jest mnóstwo drutu kolczastego i zasieków, nawet jak się jedzie drogą wzdłuż wybrzeża to oddzielają one od wybrzeża. Znaki na autostradzie też kierują na Phenian, ciekawe czy to też propaganda, ale tym razem ze strony południowych Koreańczyków? ;-)
Ciekawa wycieczka na pół dnia, nawet jedno zdjęcie zrobiłem tam gdzie to było zakazane i mnie nie rozstrzelali. Po wycieczce podrzucono mnie pod pałac w Seulu. Akurat natrafiłem na zmianę warty – co za świetny pokaz i tradycyjne stroje! Byłem pod niezłym wrażeniem. Sam pałac to właściwie kilka budynków, z których każdy miał swoją funkcję. Z zewnątrz wyglądają identycznie. Ładne są dachy w falistym kształcie. Jak ktoś przyjdzie w odpowiednim momencie to może trafić na przewodnika po angielsku.
Przez następne dwa dni miałem służbowe spotkania i próbowałem wieczorami kuchni koreańskiej. Różne rzeczy jadłem, aż trudno powtórzyć ;-). Bardzo popularną rozrywką Koreańczyków jest karaoke. Po paru piwach nie czuje się wstydu i można śpiewać ;-).
W sobotę udałem się do Suwon. Do tego miasta, położonego kilkadziesiąt km od Seulu jeździ metro. Miasto ma jedyne ponad 1 mln ludzi... Seul ma 12mln, aglomeracja 24mln, a cały kraj 48mln. Jak się wyjeżdża poza centrum Seulu to dopiero widać ogromne kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, gdzie ci ludzie próbują się pomieścić. Obok stacji w Suwon jest biuro IT, gdzie można kupić bilet do Korean Folk Village i na jego podstawie wsiąść w darmowy autobus, który nas zawiezie tam w pół godziny. Folk Village jest extra, jest to coś jak nasze skanseny, ale o wiele lepiej zorganizowane. W tradycyjnych domach siedzą ludzie w dawnych strojach i dłubią różne rzeczy tak jak kiedyś się robiło. Np. plotą buty, obierają kukurydzę, gniotą ciasto, podkuwają konie. Wszędzie są małe poletka z uprawami, gdzie faktycznie coś rośnie. Są pokazy konne i mnóstwo innych atrakcji. Zdecydowanie polecam na minimum 3h! Przy wiosce jest dużo restauracji, gdzie można zjeść różne wyszukane posiłki w dość atrakcyjnych cenach. Po powrocie do stacji metra (która służy też jako stacja kolejowa) wsiadłem w miejski autobus, by podjechać pod mury fortecy miejskiej, które są wpisane na listę UNESCO. Mam wrażenie, że w tym mieście autobusy jeżdżą non stop. Jak się popatrzy na ulicę to cały potok autobusów, a przejazdy są o połowę tańsze niż w Polsce. No więc podjechałem do bramy, która jest na środku ronda i sama ona robi wrażenie. Dalej trzeba iść bardzo stromo pod górkę, żeby zrobić sobie spacer dookoła murów. Żar leje się z nieba, ale co zrobić, trzeba iść. Po spacerze spłynęło ze mnie ze 3 litry potu, bo tyle schudłem ;-). Mury są rewelacja, pałac w środku wygląda podobnie do tego w Seulu - zasadniczo jest to kilka budynków, każdy do czegoś służy. Za tymi murami jest też normalna cześć miasta, więc ludzie sobie zwyczajnie żyją. Po zwiedzaniu przez ponad godzinę wracałem do hotelu położonego w centrum Seulu. Jeżdżąc metrem dopiero ma się wrażenie ogromu tego miasta. Może kilka słów o metrze. Jest tu mnóstwo linii i koszt przejazdu zależy do długości przejazdu. Na każdej stacji jest mapka, gdzie jest podana cena do każdej innej stacji, np. jadąc po centrum Seulu 3 przystanki to płaci się jakieś 2zł. Jadąc 1,5h przez 40km do miasta Incheon (metro obejmuje całą aglomerację) to płaci się jakieś 3,4zł. Wagony są dużo szersze niż te w Warszawie i klima jest bardzo wydajna. O zbliżającej się stacji jesteśmy informowani po koreańsku i angielsku. Dałbym sobie rękę uciąć, że facet gadający w linii nr 1 także użyczał swojego głosu do metra w Chicago.
Ostatni dzień na zwiedzanie Korei poświęciłem na Incheon. Niestety pospałem za długo i wyszedłem z hotelu dopiero po 12. Incheon położony jest nad morzem i obok lotniska, które zresztą tak samo się nazywa. Pierwsze kroki skierowałem do chińskiej dzielnicy - cholera znowu masakra pod górkę! Mała jest ta chińska dzielnica, ale wygląda extra - same knajpy i sprzedawcy pamiątek. Jako, że tutejsze pamiątki są zupełnie inne niż nasze to bardzo mi się podobało oglądając je i nawet kupiłem kilka prezentów. Włóczyłem się tu spory czas i w końcu postanowiłem pójść na wybrzeże. Ale nawet tam nie doszedłem, bo okolice nadbrzeżne to 'heavy industry' i wygląda beznadziejnie. Szedłem ileś tam metrów w jedną i drugą stronę i widziałem tylko otoczone siatkami wielkie tereny przemysłowe. Incheon jest jednak wielkim portem przede wszystkim i nie można za bardzo liczyć, że przyjedzie się tu na plaże. Siup więc do metra i w 1,5h jestem pod hotelem. Szybka kąpiel i ruszyłem na zwiedzanie największego w Azji centrum handlowego COEX, które jest całe zbudowane pod ziemią. Potoki ludzi większe niż w warszawskiej Arkadii zniechęcają mnie jednak do długiego chodzenia. Myślałem, że coś sobie kupię, ale jakoś nie było okazji. Zjadłem więc w końcu whoopera w Burger Kingu (co za ulga po tych wszystkich ryżach!) i wróciłem do pokoju.
Korea jest całkiem fajna i przyjazna. Jest też dość tania, na pewno tańsza niż Polska, choć na stronach MSZ straszą, że jest drogo. Seul jest sterylnie czysty, poza nim dopiero trochę widać azjatycki syf i niedbałość, np. w ciągnięciu linii wysokiego napięcia. Warto nadmienić, że w Korei nie istnieją inne samochody niż rodzime. Widziałem może z 5 Lexusów i ze 3 BMW, reszta to wyrób koreański. Tak samo jest z telefonami komórkowymi - nikt nie ma Nokii czy Sony Ericssona. Mam nadzieję, że następny raz nie przyjadę tu w zimie, która jest dość sroga. A mam w planie odwiedzenie jeszcze parę miejsc, np. dawną stolicę Geongju.