Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Parki Narodowe USA

mapka

Firma wysyłała mnie służbowo do Fargo w Północnej Dakocie na spotkanie służbowe. Darmowy bilet do USA musiałem po prostu wykorzystać. Znalazłem ciekawy przelot z Warszawy przez Zurych, Chicago, Salt Lake City do Fargo w niezłej cenie, wziąłem tygodniowy stopover w Salt Lake City i najdroższy etap każdej podróży miałem za darmo. O dziwo Expedia.com, na której kupiłem bilet po USA pokazywała najtańsze przeloty Chicago-Fargo przez Salt Lake City, nie miałem więc żadnego problemu by przekonać szefostwo do tego przelotu.

Po 2h do Zurychu i 10,5h w kolejnym samolocie wylądowałem w Chicago. Podróż Swissem była dość męcząca, ponieważ wydawało mi się, że mam dość mało miejsca na fotelu. Dostałem jednak poduszkę, koc, dobre jedzenie, non stop ktoś chodził z napojami. W fotelu wbudowany był kilkucalowy monitor, więc można było oglądać filmy lub słuchać muzyki. Miałem też laptopa, więc włączyłem sobie także swój film. W Airbusie A330 było ponad 200 osób, klasa biznes wyglądała fajnie, natomiast w klasie ekonomicznej siedzenia są w jednym rzędzie 2-4-2. Siedziałem przy oknie od południowej strony. Przez całą podróż lecieliśmy nad chmurami, więc okno musiałem mieć zamknięte, ponieważ strasznie mocno odbijało się światło. Wylądowaliśmy opóźnieni o 45 minut z powodu „dużego ruchu lotniczego nad Chicago”. Do odprawy celnej czekałem prawie godzinę, kolejka straszna. Po wymianie dwóch zdań z oficerem imigracyjnym dostałem pieczątkę pozwalającą na pobyt 3-miesięczny. Potrzebowałem 11 dni. Był już prawie wieczór, poszedłem jeszcze do stanowiska Delty potwierdzić mój jutrzejszy wczesnoporanny przelot do Salt Lake City i udałem się do Terminalu 3, skąd odjeżdża Blue Line do centrum Chicago. Bilet można kupić tylko w automacie, kosztuje 1,75$, ale nie wydaje reszty. Wsadziłem więc 2 dolce (warto zaopatrzyć się w nie wcześniej) i w pociąg. Jeszcze w Polsce zarezerwowałem sobie miejsce w hostelu w downtown za 27$, jednym z zaledwie trzech hosteli, jakie pokazywał hostelworld.com. Pociąg jechał prawie godzinę do stacji Jackson, gdzie wysiadałem. Co ciekawe, w pociągu jeżdżą tylko Czarni oraz kilku turystów, czasami trafi się jakiś Meksykanin. W downtown wysiadłem już po zmroku. Po wyjściu na powierzchnię widać tylko wysokie wieżowce. Ciężko się połapać gdzie jest północ, a gdzie południe. Poszedłem więc oczywiście w przeciwną stronę zanim doczytałem się nazwy jakiejś ulicy. Po 15 minutach przechadzki z moimi plecakami mokry od potu dochodzę w końcu do hostelu. Jest około 19, centrum było puste, a ja zmęczony. Wziąłem więc prysznic i padłem na wyrko. Ciężko się spało, bo jak to zwykle bywa w salach wieloosobowych ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Do tego łóżko było wyściełane jakąś ceratą, która nieźle hałasowała. O 3 nad ranem byłem już wyspany (eh ta zmiana czasu), lecz musiałem jakoś doleżeć do 5 i dopiero wtedy się zwlokłem. Chwile po 6 byłem na lotnisku, a o 7.30 miałem przelot do Salt Lake City.

W Polsce zarezerwowałem sobie najtańszy samochód na lotnisku w Salt Lake City za 180$ z podatkami. Dopiero przy oddaniu dowiedziałem się jaki to jest przewał z tymi podatkami, ale o tym później. Dostałem Chryslera PT Cruisera z klimą i automatem – nieźle jak na najtańszy samochód. Ruszyłem od razu na autostradę w kierunku Las Vegas zmierzając w kierunku Bryce National Park. Tuż przed parkiem zaczęły się przepiękne formacje skalne i co chwile zatrzymywałem się porobić zdjęcia. Po kilku godzinach jazdy dotarłem na miejsce kupując od razu bilet wstępu ważny na wszystkie parki narodowe przez rok za 80$. W sumie opłacało się, bo na sam Bryce NP wjazd kosztował 25$. Park jest przepiękny, przeszedłem sobie całą trasę na dół i formy skalne wręcz poraziły mnie pięknem. Niesamowite jest to, że na dole w wąwozie szerokim na 10m rosną drzewa, które mają kilkadziesiąt metrów wysokości. Przejechałem się na wszystkie punkty widokowe, porobiłem zdjęcia i udałem się na kemping za 10$, gdzie spędziłem pierwszą noc. Ten kemping to w ogóle jakiś dziwny. Mimo raczej niezłej znajomości angielskiego, w instrukcji „obsługi” za kemping ciężko było się połapać w jaki sposób tak naprawdę zapłacić. Podjechał Ranger pod mój namiot i zapytał o kopertę. W kopercie miałem te 10$ i mu zapłaciłem. Okazało się, że przy wjeździe trzeba oderwać z koperty pasek i przyczepić go na słupie przy swoim miejscu. Kopertę wrzuca się do skrzynki, a wieczorem Ranger je wyciąga i sprawdza kto zapłacił. Dzwonię jeszcze na infolinię banku dowiedzieć się ile mam kasy i nagle klops. Wypożyczalnia zablokowała mi na karcie 500$, mimo, że za samochód miałem zapłacić niby 260$ z full ubezpieczeniem. Moja Visa Classic jest kartą debetową, więc nagle zrobiło mi się bardzo cienko finansowo.

W nocy trochę zmarzłem, mimo, że w dzień było bardzo gorąco. Jako, że zmiana czasu po przylocie do USA ciągle mnie trzymała to o 3 w nocy byłem już wyspany. Wstałem trochę przed świtem o 6, zebrałem się i uderzyłem w drogę do Zion National Park. Byłem tam już o 9 (ze 200km drogi), gdzie zostawiłem samochód i przesiadłem się w autobusik, który rozwoził zwiedzających. Jest to jedyny park na mojej trasie, gdzie były takie autobusiki, innych parków nie da się zwiedzić bez własnego samochodu. Zion (poza kanionem) to przedziwne formy skalne, czasami wręcz niesamowite. Zrobiłem trochę zdjęć po drodze i potem w samym kanionie. Było ładnie, szkoda, że końcówki kanionu nie mogłem zobaczyć, ale to jedynie zabawa dla tych co lubią chodzić po wodzie - rzeka wypełnia całe dno a ściany są pionowe. Chyba nie musze dodawać, że jest zimna. Po kilku godzinach zwiedzania udałem się w podróż do północnej krawędzi Wielkiego Kanionu. Na dworze piekielny skwar. Dobrze, że jest klima w samochodzie. Po drodze bardzo monotonne pustynne krajobrazy, natomiast im bliżej Wielkiego Kanionu, tym wyżej wjeżdżałem i zrobiło się bardzo zielono. Miałem przypał, bo myślałem, że zabraknie mi benzyny. W USA lepiej tankować jak już mamy pół baku, bo inaczej może paliwka zabraknąć. Co by nie mówić, to Wielki Kanion robi niesamowite wrażenie. Na północną krawędź przyjeżdża 10 razy mniej turystów niż na południową, ale robi ponoć nie mniejsze wrażenie. Szkoda, że droga do najdalej wysuniętego punktu widokowego była zamknięta z powodu pożarów - niestety jest tu bardzo sucho i do tego dość mocno wieje, więc są non stop problemy z pożarami. Obejrzenie tej wielkiej przepaści pozostaje na długo w pamięci. Zatrzymałem się tu na nocleg na kempingu - aż 18$ za miejsce + 1,5$ za prysznic. Cholera drogo sobie liczą! Do tego moje miejsce, było ostatnim na kempingu. Browarek pomógł mi szybciej zasnąć i dłużej się wyspać. Następnego dnia chciałem dojechać do Page i po drodze zobaczyć kanion rzeki Paria. Niestety z drogi za cholere nie mogłem znaleźć drogowskazu, choć same formacje skalne dookoła były super. W Page zobaczyłem tamę, dzięki której powstało jezioro Powell. Potem podjechałem zobaczyć Horseshoe Bend - to miejsce na zawsze pozostanie w mojej pamięci, po prostu coś pięknego! Jedno z najwspanialszych miejsc, jakie w życiu widziałem. Gdy dodatkowo łódka płynie rzeką to dopiero można sobie wyobrazić rozmiar tego cudu przyrody. Mój obiektyw 28mm prawie nie pokrywał miejsca. Kilka kilometrów za Page jest Antelope Canyon. Jest to własność Indian Nawajo i za wstęp trzeba zapłacić oddzielnie. Zdecydowałem się wejść do Lower Antelope Canyon (21$, jest jeszcze Upper za 26$). Ależ miejsce! Drugi raz w ciągu dnia zapiera mi dech w piersi. Do kanionu schodzi się jak do dziury w ziemi i ogląda się jak rzeka wyrzeźbiła formy skalne - po prostu meandrująca rzeka pod ziemią! Zrobiłem chyba ze 150 zdjęć i wyszedłem po godzinie z opadniętą szczęką! Zdecydowane Top5 miejsc, które w życiu widziałem. Jako, że było dość wcześnie to ruszyłem w kierunku Monument Valley. Dotarłem tam pod koniec dnia. Oczywiście przejechałem gruntową drogą całą dolinę - trzeba to koniecznie zrobić by zobaczyć wszystkie te piękne formy skalne! Zrobiłem także piękne zdjęcia zachodu słońca nad doliną oraz położyłem się spać na tutejszym kempingu za 5$ z niezapomnianym widokiem. Koniecznie trzeba być w tym miejscu rano lub wieczorem bo jest wtedy najpiękniejsze światło. Wieczorem widać jak fotografowie z najlepszymi sprzętami świata czekają na odpowiednie światło do zdjęć.

Kolejnego dnia pojechałem do Natural Bridges, gdzie można obejrzeć 3 mosty skalne, ale po tych wcześniejszych widokach nie robiły aż takiego wrażenia, choć były bardzo ładne. Pojechałem sobie żółtą na mapie drogą, niezły skrót. Przez 40km widziałem tylko 3 samochody. Gdy podjechałem pod pionową ścianę, odtąd z drogi asfaltowej zrobiła się szutrowa i zrozumiałem dlaczego nie było tu prawie wcale ruchu. Wskazówka paliwa opadała mi w oczach gdy dojeżdżałem do Natura Bridges. Gdy zapytałem Rangera na miejscu gdzie jest najbliższa stacja to oniemiałem. Na szczęście powiedzieli, że mogą mi sprzedać „emergency galon”. No to ja DZIĘKI KOLEŚ!

Dalej jadąc w kierunku Moab obejrzałem cześć Canyonlands NP zwaną The Needles. Canyonlands miały być punktem dodatkowym na mojej trasie, gdy starczy mi na nie czasu, ale to miejsce okazało się wręcz przecudne. Na drugi dzień zwiedzałem kolejną część Canyonlands zwaną Island in the Sky. Ta to dopiero robi wrażenie! Jak ktoś myślał, że Wielki Kanion zaskakuje ogromem to niech zobaczy Canyonlands! To jest po prostu coś niesamowitego, trzeba koniecznie zobaczyć wszystkie punkty widokowe! Dead Horse Point zostawiłem sobie na końcu i warto było dopłacić 7$ by zobaczyć widoki z tego miejsca. Mój samochodzik zaliczył sporo dróg szutrowych, ale spisał się na medal nawet tutaj.

Ostatnie popołudnie mojego zwiedzania przeznaczyłem na Arches NP. Myślałem, że już mnie nic nie zaskoczy, ale te wszystkie miejsca po prostu zwalają z nóg. Obszedłem wszystkie łuki i na koniec zostawiłem sobie majstersztyk - Delicate Arch. Żadne słowa nie opiszą dobrze tego, co zobaczyłem. Trochę przesadziłem ze zwiedzaniem Arches, bo chciałem zobaczyć wszystkie łuki i na Delicate Arch zaszedłem już po zmroku. Warto jednak zarezerwować sobie 5-6 godzin na ten park i spokojnie wszystkie łuki zobaczyć. Nie zapomnijcie o butelce wody, ja nie brałem na szlaki i zdychałem. Ostatniego dnia zostawiłem sobie tylko 450km podróż z powrotem do Salt Lake City. Przy oddawaniu samochodu bardzo niemiło mnie zaskoczyli dodając jeszcze ok. 80$ różnych podatków (turystyczny, stanowy, lotniskowy). Zatem z internetowej ceny 180$ zapłaciłem 334$ za samochód. Weźcie to pod uwagę w planowaniu kosztów.

Podczas podróży na benzynę wydałem 160$, wstęp do parków 80$, noclegi 50$ (uratował mnie hostel za 9$ w Moab), jadłem tylko syf w fast-foodach, więc udało mi się zamknąć cały wyjazd w 2000zł. Jadąc w dwie osoby wydałbym połowę, bo samochód, wszystkie wstępy, campingi dzieliłyby się na pół. Jadąc w 4 osoby można byłoby się zamknąć w 600-700zł. Grosze, co nie? Miejsca zostaną w pamięci na zawsze, zdjęcia wyszły na szczęście bardzo ładne.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.