Moje Przeloty
Odwiedzone Kraje

Bałkany

mapka

Z powodu próby ustatkowania się w nowym mieście wiedziałem, że w tym roku nie będzie nas stać na dalekie wakacje. Już w grudniu 2005 przeglądając promocje tanich linii lotniczych kupiłem dwa bilety na trasie Kraków-Ateny za 118zł od osoby w obie strony. Niezły deal, z Aten blisko na Bałkany, a tych jeszcze nie widziałem. Żeby zapełnić dziurę na mojej mapie chcieliśmy odwiedzić Grecję, Albanię, Macedonię, Serbię i Czarnogórę. Pomyślałem, że to jednak sporo krajów i kupiłem bilet na 2,5 tygodnia, w praktyce okazało się, że te kraje są tak małe, że 2 tygodnie w zupełności wystarcza. 5 lipca po pracy od razu udajemy się na Dworzec Centralny, gdzie dzięki biletowi Wojażer mamy transport do Krakowa, skąd odlatuje nasz samolot Sky Europe. Na Balicach oglądam jeszcze skrawki półfinałowego meczu między Francją i Portugalią i udajemy się do odprawy. Nasz samolot odlatuje o godzinie 0:15, pamiętam tylko start i lądowanie, bo byłem bardzo śpiący.

Lądujemy o 3:40, generalnie o tym czasie nie ma co robić, ale z pół godziny to chyba szliśmy do bagażu na tym wielkim lotnisku. Mimo odległości 27km od miasta cywilizacja jest, bo są i nocne autobusy. Numer X95 za 2,9 euro dowiózł nas do placu Syntagma i zrobiła się 5 rano. Miałem zarezerwowany hostel San Remo w odległości 2 przystanków metra od Syntagmy, ale przecież zawsze można się przejść, szczególnie tak rano... Niestety nie miałem kompasu, wiec pogoniliśmy 5 minut w inną stronę zanim się doczytałem jakiejś tablicy z nazwą ulicy. O 6 w końcu dotarliśmy do hostelu budząc obsługę. Mówię, że mamy rezerwację, ale ona oczywiście ważna jest od 11. Musieliśmy wyglądać na potwornie zmęczonych, bo gościu zapytał czy chcemy odpocząć i dał nam inny pokój byśmy mogli się do tej 11 wyspać. Szok! Pakujemy się więc do dwójki, nastawiamy klimę i nadrabiamy nocne zaległości. Około południa wytaczamy się i idziemy oglądać atrakcje tego miasta. Długim spacerkiem wąskimi uliczkami miasta kierujemy się w stronę Akropolu. Nie wiem dlaczego, ale zabudowa często przypomina mi kraje arabskie. Z daleka już widać, że na Akropolu turystyczna stonka zlewa się w jedną masę. Wchodzimy najpierw na wzgórze obok, by podziwiać panoramę miasta. Robi wrażenie, nie ma wysokich budynków, otoczone górami oraz morzem. Kupujemy w końcu bilety po 12 euro, mały plecak zostawiamy w przechowalni i uderzamy w tłum. Ruiny oczywiście mnie rozczarowały, słabo zachowane i wszystko w remoncie. Do środka nie można wchodzić, co zresztą okaże się normą w tym mieście. Ruiny są po prostu ogrodzone. Spędzamy tu chwilę na skwarze i wchodzimy do muzeum dla ochłody. Z Akropolu kierujemy się do Ancient Agory na kolejne ruiny. Na szczęście bilet z Akropolu działa. Tu oglądamy następną świątynię oraz podziwiamy posąg Hadriana bez głowy. Po południu wracamy tu jeszcze obejrzeć świątynię Zeusa oraz powłóczyć się trochę po uliczkach. Obok naszego hostelu jest główna stacja kolejowa. Tam dowiadujemy się o pociągi na dalszą podróż. Pociągi w Grecji są tańsze dwukrotnie niż autobusy. Niestety sieć kolejowa jest słabo rozwinięta. Patrząc na mapę i widząc proste drogi postanowiliśmy pojeździć trochę stopem.

Następny nasz przystanek do Delfy, chcemy zatem wyjechać pociągiem z Aten do Thivy i stamtąd stopować. Na drugi dzień byliśmy na dworcu 20 minut przed odjazdem pociągu, ale kolejka do kasy długa. W końcu na 2 min przed odjazdem pociągu zacząłem kupować bilet, a gościu mi mówi, że to kasa do biletów kupowanych z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem. Wkurzeni biegniemy do pociągu, tam musieliśmy kupić bilet z dopłatą 1,8 euro oraz za 3,5 bilet, w dodatku trzeba było siedzieć przy kiblu z braku miejsc. W Thivie wychodzimy na drogę i łapiemy. Ruch spory, ale każdy ma nas gdzieś. Wcześniej jak jeździłem z Moniką to chyba nigdy dłużej niż 15 minut nie stałem. Teraz prawie godzina i dopiero zatrzymuje się jakaś furgonetka, która zresztą jedzie tylko 40km do Livadii (do Delf było z tego miejsca ze 100 km). Okazuje się, że żona kierowcy to Polka, ma na imię Halina i dostaliśmy zaproszenie do greckiego domu w powrotnej drodze. Miło. Facet wysadza nas między dwoma zjazdami do miasta, a my próbujemy dalej. Staliśmy 2 godziny na skwarze zanim się ktoś zatrzymał! Szlag by to. W dodatku gościu też jechał tylko do tej Livadii. Trudno, zabieramy się na dworzec autobusowy wiedząc, że w Grecji stop nie działa. Na dworcu pytamy się o autobus do Delf, okazuje się, że takowego nie ma, mimo tego, że wg Lonely Planet jest. Trzeba najpierw podjechać do Arachovy, a stamtąd do Delf. Autobusy są drogie, za te 50 km wydajemy chyba po 5 euro od osoby. Na dworcu kupuję jeszcze souvlaki, pomagamy trójce Anglików i jazda w drogę. Droga do Delf ciągnie się serpentynami, widoki przednie. Ruiny są kilkanaście minut pieszo od centrum, niestety w inną stronę niż campingi. W informacji turystycznej, która też robi za przystanek autobusowy zostawiamy plecaki (1 euro za sztukę) i idziemy zwiedzać. Puste hotele i knajpki zapraszają, tak samo sklepy z turystyczną tandetą, my jednak im dziękujemy. Delfy osiągnęły swoją wielkość w IV w. p.n.e. i całą sławę zawdzięczają wyroczni. Ośrodkiem świętego okręgu była świątynia Apollina. My schodzimy najpierw do Sanktuarium Ateny, która to była nam najbardziej znana z wszelakich obrazków tego miejsca. Zachował tam się okręg, dużo kamieni oraz zrekonstruowano 3 kolumny. Sceneria górska chyba większe wrażenie robiła. Wracamy się potem kawałek do świątyni Apollina, ale 6 euro od osoby za kilka leżących kamieni nie przekonało nas do wejścia do środka. Kupujemy zimne napoje i wracamy po plecaki. To był ciężki dzień, żar lał się z nieba, potrzebowaliśmy prysznica. Hotele niestety w Delfach drogie, ale 1,5 km od centrum jest camping. Butujemy zatem 15 minut i meldujemy się. Camping jest świetny, piękne widoki, basen i inne bajery, ale jak zobaczyłem cenę 20 euro za 2 osoby i namiot to przeklinałem ten cholerny dzień i Delfy jeszcze przez kilka dni. Straciliśmy dziś mnóstwo nerwów, zdrowia na stopie, kasy na autobusy oraz camping, a ruiny były tego nie warte. Mówi się trudno ;-). Przynajmniej skorzystaliśmy z basenu i nacieszyliśmy oko widokami z góry na Zatokę Koryncką.

Dowiedzieliśmy się, że rano pod campingiem zatrzymują się autobusy do Lamii, skąd można szukać dalszego transportu do Trikali i Kalambaki. Jakby ktoś chciał zaoszczędzić to z Aten są dwa pociągi do Kalambaki za 10 euro od osoby, a jadąc taką trasą jak my to wydamy jakieś 30-35 euro od osoby. Właściwie dzień bez historii, mieliśmy 3 przesiadki, więc cały dzień spędziliśmy w autobusach albo na dworcach. Zamiast w Kalambace, lepiej spać w położonych kilometr dalej Kastrakach, skąd jest bliżej do Meteorów. Meldujemy się na campingu, który tym razem kosztuje bardziej ludzko (12 euro za 2 osoby i namiot), kąpiemy się w basenie, potem idziemy do miejscowej knajpy na souvlaki za 5 euro (najadłem się do syta) i knujemy plan na jutro, w jaki sposób obejrzeć wszystkie klasztory. W nocy leje jak z cebra, ale nasz namiot na szczęście nie przepuścił ani kropli. Niedzielę zaczynamy od klasztoru Agiou Nikolau z XV wieku. Trzeba troszkę się wspinać po schodach. Klasztor jak klasztor, trochę malowideł oraz niezłych widoczków na Kastraki. Wstęp 2 euro od osoby do każdego z klasztorów. Meteory lepiej zwiedzać w weekend, bo na tygodniu różne klasztory są różnie pozamykane. Z napotkanymi po drodze Polakami idziemy ścieżką wśród lasu do następnego klasztoru. Trzeba nadmienić, że tymi ścieżkami prawie nikt nie chodzi, bo wszyscy jeżdżą po klasztorach samochodami. Wydają się one na zdjęciach bardzo niedostępne, ale od tylnej strony można podjechać prawie pod ich drzwi... Dowiedzieliśmy się o tym dopiero przy następnym klasztorze, bo ten pierwszy faktycznie był mniej dostępny, pewnie też dlatego było tam mało turystów. Następny klasztor to Megalou Meteorou, prezentuje się pięknie. Był także największy i najbardziej znany odkąd został zbudowany w XIV wieku. Stąd także można porobić niezłe zdjęcia innym klasztorom. Także tu podziwialiśmy walkę polskiego wczasowicza ze świeckim pilnującym, żeby nie robić zdjęć. Nasz rodak nie zachowywał się zgodnie z przyjętymi tu normami i wywiązała się właściwie bójka o jego kamerę. Nie przyznajemy się do nich i idziemy dalej. Monastyr Varlaam okazał się chyba najlepszy jeśli chodzi o widoki na pozostałe monastyry. My natomiast uciekając przed turystami z chyba 30 autokarów spacerujemy dalej do Agias Varvaras Rousanou, do pięknego Agias Triados (zupełnie pustego) oraz na sam koniec do Agiou Stefanou. Tutaj kończy się droga. Jako, że do Kastraków było stąd 9 km, a w przewodniku i na mapce jest ścieżka na skróty przez góry to postanowiliśmy się tędy przejść. Ścieżka na początku faktycznie jest, lecz potem ginie wśród skał, a my, szukając różnych alternatywnych przejść mało co nie pospadaliśmy z tych skał i nie ugrzęźliśmy tam na dobre. Lepiej tamtędy nie chodzić. Po wyjściu na główną drogę odpoczywamy trochę w cieniu i machamy do przejeżdżających Greków, oczywiście nas olewają. Dopiero po kilku minutach zatrzymują się Włosi. Podrzucają nas pod sam camping oszczędzając 2 godziny butowania, uff. W zamian rewanżuję im się kibicując ich drużynie w finale mistrzostw świata i popijając zimnego Amstela (greckie piwo to niestety szczyny).

Następnego dnia spadamy z Grecji, kupujemy bilety do Ioaniny (po 9,5 euro), tam przesiadka do Kakavii (kolejne 5 euro) i autobus podjeżdża pod samą granicę z Albanią. Chcąc jeszcze przed przejściem skorzystać z toalety widzimy 4 stojące Toi-Toi. Monika biegnie pierwsza, zagląda do wszystkich i wchodzi do ostatniej. Wracając do mnie mówi, że ostatnia najlepsza i że przeżycie w środku jest niezłe. Wchodząc widzę 30 cm górę kupy ponad powierzchnię, leżące butelki, podpaski, wszystko obszczane i wysmarowane gównem. Skoro ta jest najlepsza to może dobrze, że nie widziałem pozostałych. Już od greckiego terminalu atakowali nas taksówkarze odnośnie dalszego transportu. Na razie ich zlewałem uśmiechem. Po albańskiej stronie sprawdzili paszporty i powiedzieli „Welcome to Albania”. O dziwo nie płaciłem żadnej opłaty 10 euro, na którą narzekali inni podróżnicy i o której pisali w przewodniku. Wymieniam jeszcze kasę i idziemy. Z przewodnika wynika, że są tu tylko taksówki i cena to 15 euro do Gjirokastry. Targować się umiem, więc pojechaliśmy za 10. Ku zaskoczeniu droga dobra i szeroka, na polach widać pierwsze bunkry, a ja od razu zaczynam się czuć jak w innym świecie, takim, który bardzo lubię. Po prostu czuć w powietrzu, że tu jest już inaczej. Taksiarz podwozi nas pod same stare miasto i oszczędza nam 2 km butowania pod górę od głównej drogi. Wysiadamy przy hotelu Cajupi, który ma zarówno odnowione pokoje po 2000 leków, jak i stare po 600 (1 euro=122 leków). Bierzemy stare, a brak dostępu do prysznica zamieniamy na prysznic z butelki. Gjirokastra wpisana jest na listę UNESCO z powodu pięknej XIX wiecznej zabudowy oraz zamku. Stare Miasto jest zniszczone, ale bardzo urokliwe. Domy w wielu miejscach są już opuszczone, zbudowane są z kamienia, na dachach także są kamienie, tyle, że takie płaskie przypominające dachówkę. Warto tu sobie pochodzić i nawet zagubić się w tych kamienicach. Ludzie są mili, jedna osoba zaprasza nas do swojej knajpki z kebabami. Będąc dumnym z zagranicznych gości zastawia nam cały stół frytkami, sałatkami, kebabem, zapiekanym białym serem oraz grzankami, za co płacę jedyne 400 leków. Po najedzeniu się do syta ruszamy na sam szczyt do zamku. Według przewodnika wstęp 100 leków, pani kasuje po 200 i chowa kasę do torebki, biletów nie ma. Obok policjant, więc może nie oszukuje. W zamku jest kolekcja złomu armatniego z II wojny światowej, śmierdzi szczynami i ogólnie wszystko jest zarośnięte i zdewastowane. Jest też flaga albańska i obok Unii Europejskiej (czyżby mnie coś minęło?). Niezłe są widoki z góry na dolinę z miastem oraz otaczające góry. Co ciekawe to miasteczko w większości położone jest na stokach, a nie w dolinie. Rano idąc na przystanek autobusowy widzimy busy do Kakavii – jest zatem jakiś transport publiczny do granicy z Grecją. Miejscowi na busy mówią furgon. My chcemy dostać się do Beratu, nie ma jednak nic bezpośredniego i trzeba się przesiadać w Patosi. Łapiąc transport stoi się tu po prostu na ulicy i macha jak coś przejeżdża. Furgony są trochę droższe od autobusów, lecz warto nimi jeździć, bo są sporo szybsze. Dopiero wyjeżdżając z Gjirokastry zobaczyliśmy jak kiepskie i strasznie kręte są albańskie drogi. 100 km furgon pokonuje w 2,5 godziny, autobus pewnie z godzinę dłużej. Za 500 leków mamy transport do Patosi. Kierowcy tu nie kantują. Cała Albania to właściwie góry oraz bunkry, ale nawet jak ich nie widać to też jest zajebiście ;-). Na skrzyżowaniu dróg w Patosi czekają ze 3 furgony do Berati. Cena 200 leków, no ale czekają aż się zapełnią. Nam się nie chce czekać, więc jak zobaczyliśmy jakiś przejeżdżający to zabraliśmy plecaki ze stojącego i ruszyliśmy. Wytrzęsło nas niemiłosiernie zanim udało nam się dojechać na miejsce. Pierwsze kroki robimy do hotelu Mangalemi Tomi, który jest bardzo polecany w LP. Wchodzimy, tam sporo ludzi, kelner każe siadać przy stoliku i czekać. Czekamy z 5 minut i gdy chce już go pogonić to przychodzi szef z dwoma zajebiście zimnymi piwami, stawia nam, mówi, że to na jego koszt i się uśmiecha by jeszcze chwilę poczekać. Niezły gość. Po wypiciu na szybko dwóch piwek (Monika jest abstynentką) zrobiło mi się fajniej, a kelner niestety nas poinformował, że nie mają wolnych miejsc, ale może nam polecić inny hotelik. Wskazuje nam go i zaprasza na ewentualny lunch. Idziemy sobie zatem do hotelu Palma (przy głównej drodze, przy moście) i dostajemy zajebisty pokój ze sterylnie czystą łazienką, klimatyzacją, telewizorem, tarasem z widokiem na rzekę za 20 euro. Bajer. Tego hotelu nie ma w LP, pewnie dlatego był pusty. Po chwili odpoczynku idziemy zwiedzać. Berat to drugie po Gjirokastrze miasto muzeum w Albanii, słynne jest z otomańskiej zabudowy. Zabudowa jest też na stokach oraz najfajniejsza na samej górze przy twierdzy Kalasa. Brukowana droga na samą górę swoim nachyleniem mogłaby się zaliczać do najtrudniejszych etapów Tour de France. Naprawdę nieźle się trzeba napocić, żeby tam wejść. Zabudowa na górze to rewelacja, mógłbym tam siedzieć i podziwiać. Widok z twierdzy zapiera dech w piersi. Turystów prawie nie widać, spotykamy jednego Australijczyka, który jest tak samo oczarowany. Próbowałem robić zdjęcia miejscowym, ale niestety się zasłaniają. Jestem naprawdę pod wrażeniem kunsztu budowniczych w tym regionie, oba te miasta-muzea są przepięknie położone.

Rano jedziemy do Tirany. Przed Durres ponoć zaczyna się autostrada. Jak się nią przejechaliśmy to było nam trochę do śmiechu. Są dwa pasy, jest kawałek betonu je odgradzający, ale boczne drogi normalnie dochodzą do głównej. Nie ma skrzyżowań bezkolizyjnych, jest natomiast znak końca autostrady, rondo i potem znak początku autostrady. Nieźle :-). Prędkość maksymalna to 90 km/h. Przed Durres zaczyna się jeden wielki plac budowy, rosną chyba kurorty, albo raczej apartamentowce. Między dźwigami dostrzegamy morze. W końcu dojeżdżamy do Tirany na jakiś dworzec spory kawał od centrum. Widzę przystanek autobusów miejskich, więc tam idziemy. Pakujemy się do środka, ktoś się pyta gdzie jedziemy. Chodziło mi o Seshi Skanderbei, czyli główny plac miasta, stamtąd mogłem pobutować do jakiegoś hoteliku. Główny plac to pomnik Skanderberga i kolorowe ściany muzeum historii. Idziemy do hotelu Endri, gdzie ponoć za 18 euro są pokoje. Hotelu lepiej nie szukać, bo i tak nie ma żadnej tablicy, jednak ludzie z okolicznych sklepów wskażą drogę. Cena niestety się zmieniła z 18 na 30 euro i gościu nie chciał się targować. Trudno, nie będzie miał nic. Idziemy do rok temu otwartego pierwszego hostelu w Tiranie, gdzie nocleg w dormie kosztuje 12 euro. Też tanio nie jest, ale trudno. Na recepcji mówią, że jeszcze godzinę nie będzie prądu i wody, ale to tylko chwilowe problemy. Idziemy zwiedzać stolicę Albanii, ale tu przecież nic nie ma do zwiedzania, centrum można obejść w 2 godziny i ruszyć dalej. My poszliśmy także w drugą stronę, okolice hostelu to dzielnica z ambasadami, więc też pewnie bogatsza. Ambasady, na czele z amerykańską otoczone są bardzo wysokim murem i drutem kolczastym, natomiast apartamentowce wyglądają bardzo śmiesznie, bo mają pstrokate kolory. Na jednym budynku można znaleźć mix żółtego, pomarańczowego i zielonego. Trafiamy jeszcze na stadion piłkarski i czas powoli wracać. W hostelu spotkaliśmy znajomego Australijczyka z Beratu. Pogadaliśmy trochę, przyjechał do Europy Wschodniej na 4 miesiące, żeby sobie pozwiedzać.

Mając dość telepiących furgonów na drugi dzień wsiadamy do pociągu, który za 120 leków (czyli 1 euro) jedzie do Szkoder (jakieś 100km). Pociąg wcale nie był taki zły, trochę gorsza wersja naszych osobówek, w naszym wagonie chyba tylko ze 3 szyb nie było. 100 km pokonujemy w 3,5 godziny i jednak też telepie. Przyczepił się do nas jakiś obrośnięty uczeń liceum, który wyjął zeszyt z angielskiego i pytał się jak brzmią poszczególne wyrazy po polsku. Po 5 minutach mieliśmy go dość, zlewanie poskutkowało. Stacja kolejowa w Szkoder jest kawał od centrum, na szczęście czekał bus, który dowoził. Wysiedliśmy pod hotelem Rozafa, skąd ponoć są busy do Ulcinj w Czarnogórze. Taksiarze oczywiście wmawiają, że nie ma transportu, lecz im nie wierzę. Idę do hotelu i pytam. Są dwa busy dziennie o 15 i 17 i kosztują ponoć ok. 5 euro (w LP napisali 8). Taksiarze chcą nas zabrać za 25. Jednemu mówię, że możemy pojechać za 10. Była godzina 13, poszliśmy coś zjeść, pochodzić po dwóch głównych ulicach tego miasta, gdzie koncentruje się życie. Obok stoją 2 autokary na czarnogórskich blachach dowożące turystów i pokazujące ten dla nich dziki kraj. O 14 nasz taksiarz znalazł jakieś dwie laski z Czarnogóry i przyjął nasze warunki, czyli 10 euro. No to jedziemy. W Albanii nawet drogi po płaskim terenie są kręte, dziwne. Dojeżdżamy do przejścia, które wygląda jak na Łysej Polanie, czyli dwa drewniane domki. Problemów nie było, nic nie kazali płacić. W Ulcinj łapiemy autobus do Budvy, gdzie rozbijamy się na campingu po 8 euro za dzień. Budva to turystyczne badziewie, mnóstwo turystów, pełno kramów z tandetą, wesołe miasteczko, sklepiki, mała kamienista plaża całkowicie wykupiona przez okoliczne knajpki, wiec żeby wejść trzeba wynająć leżak za 2 euro i parasol za kolejne 2. Jako, że zajechaliśmy na wieczór to ten dzień mamy z głowy. W następny z rana łapiemy lokalny autobusik za 1 euro do Sveti Stefan, czyli znanej ze zdjęć małej wysepki całkowicie zabudowanej. Z zewnątrz wygląda fajnie, ale generalnie to szkoda 7 euro za wejście do środka. Zabudowa typowa dla wielu Starych Miast z regionu adriatyckiego. Po zwiedzeniu jedziemy w druga stronę, czyli do Kotoru. Największy fiord na Adriatyku prezentuje się okazale, Stare Miasto także. Chcieliśmy jeszcze podejść do kościółka na zboczu, ale za wejście biorą kasę, więc niech spadają.

Następnego dnia chcieliśmy się przedostać aż do Prishtiny w Kosovie. Najpierw jedziemy do stolicy Czarnogóry Podgoricy. Bus chyba z 50 minut wspinał się pod górę zanim Budva zniknęła nam z oczu. Stolica zupełnie nieciekawa, ani z okien busa, ani po wyjściu na zewnątrz dworca. Stąd transportu do Prishtiny nie ma, a raczej jest jeden autobus w tygodniu, w czwartki. Jedziemy zatem do Rozaje, skąd ponoć jest sporo transportu do Kosova. Autobus przebija się przez góry. W ogóle ten dopiero co niepodległy kraj to same góry i kawałek wybrzeża, gdzie ściągają turystów. Wnętrze jest całkowicie wyludnione. Znowu leje, przez co Monika w Rozaje wyciąga z bagażnika całkowicie mokry plecak. O 15 w Rozaje niestety nie ma już żadnego transportu do Kosova. No to jesteśmy w dupie. Mówią, że można taksówką po 5 euro od osoby do Peja, lecz musi uzbierać się komplet. A skąd tu wziąć komplet w takim zadupiu? Gdy butujemy na wylot miasta zatrzymuje się gość na szwajcarskich blachach i pyta co my tu robimy. Nagle po drugiej stronie zatrzymuje się taksiarz z jednym pasażerem i pyta Szwajcara dokąd jedziemy. Zaczęli między sobą negocjować i za 10 euro taksiarz zabiera nas do Peja. Fart ;-). Pasażer taksiarza to obywatel Kosova mówiący bardzo dobrze po polsku, ponieważ spory czas w Krakowie przebywał. Non stop zagadywał mnie czy mu nie wypisze zaproszenia do Polski, no to mu mówiłem czemu nie. Na granicy Kosova straszna kolejka. Taksiarz się wkurzył i ruszył lewym pasem, aż wbił się w jakąś przerwę. Gościu z kolejki wyskoczył z ryjem i już myślałem, że będzie bójka. Nasz taksiarz jednak wsiadł z powrotem i pojechał dalej w kierunku szlabanu, aż wbił się komuś dosłownie przed samym szlabanem. Parę godzin stania mniej. Żołnierz stacjonującej tu ONZ każe mi iść do okienka po wizy. Myślę sobie jakie wizy, przecież nas nic nie obowiązuje. W okienku wypisują mi świstek, gdzie deklaruję tranzyt do Macedonii, na szczęście świstek jest za darmo. Skończyła się Czarnogóra, skończyły się i góry. Kosovo prezentuje się jako rozległa równina. W Peja robię pierwsze zakupy i odkrywam, że pomimo waluty euro jest tutaj tanio, np. litrowy sok 2zł. Wsiadamy w autobus do Prishtiny i po drodze szukamy śladów wojny. Nic nie widać, jedynie 3 zniszczone kościoły na całej drodze, a pamiętam jaki szok widziałem wjeżdżając w 2000 roku do Bośni. Wieczorem lądujemy w stolicy Kosova na dworcu na jego obrzeżach. Pytamy jeszcze o transport do Skopje i idziemy w stronę taksówek. Niestety do jedynego taniego miejsca do spania jest spory kawałek. Na szczęście taksiarze mają tu liczniki, więc przejazd kosztuje nas 3,5 euro. Velania Guest House położona jest na wzgórzu wśród domków jednorodzinnych. Nie ma szans by tam trafić z mapy w LP. Płacimy 18 euro za pokój, może nie najczystszy, ale jest. Kończymy dzień oglądając albańskie teledyski.

Rano schodzimy w dół oglądać miasto. Nic tu nie ma ciekawego. Śladów wojny nie ma, jest kilka nowych wysokich budynków ONZ, dużo wojska ONZ, no i normalne miasto, gdzie widać więcej meczetów niż kościołów. Na przystankach są plakaty nawołujące do alternatywnej wojny – czyli do bojkotowania serbskich produktów. Wracając wchodzimy jeszcze na samo wzgórze, gdzie widzieliśmy jakiś pomnik. Okazało się, że było tam mauzoleum zmarłego w tym roku pierwszego prezydenta Kosova, Ibrahima Rugova. O 11 wsiadamy do autobusu do Skopje, który wiezie nas za 5,5 euro. Przed granicą widać stacjonujący polski kontyngent. Aż miło się na sercu przez chwilę zrobiło. W Skopje wymieniamy kasę na dworcu i od razu jedziemy do Ohridu, stolicę zostawiamy sobie do obejrzenia w powrocie. Kolejne godziny w autobusie i na dworcu przechwytuje nas dobrze mówiący po angielsku gość i oferujący czysty pokój i osobną łazienkę za 15 euro. Bierzemy. Tego dnia jeszcze idziemy nad jezioro podziwiać zachód słońca. W następny dzień z rana zwiedzamy kościółki i Stare Miasto. Muszę przyznać, że te małe kościółki robią na mnie naprawdę duże wrażenie. Architektura wspaniała i te bardzo skomplikowane dachy z dachówki. Wszystko to w otoczeniu jeziora prezentuje się imponująco. Warto pochodzić po wszystkich tutejszych atrakcjach, bo zajmuje to nie więcej niż 3 godziny. Podejmujemy tu decyzję, że wracamy do Polski lądem. Został nam jeszcze tydzień do samolotu, a już wszystko właściwie zwiedzone. Nie ma sensu sztucznie zabijać czasu, tym bardziej, ze tanio to tu nie jest. Zbieramy się więc do Skopje, gdzie mamy całe popołudnie na zwiedzenie tego miasta. Nowa część do shit ze sklepami, stara muzułmańska przypomina kraje arabskie, a więc są wąskie uliczki oraz sklepiki jak souki. Siadamy w jednej knajpie coś zjeść. Przynieśli mi tak dużą porcję mięsa, że połowę zawinąłem w chleb i schowałem do plecaka, przyda się na śniadanie. Wróciliśmy na stację kolejową i czekaliśmy na pociąg o 22:50 do Belgradu. Bilet dla mnie jakieś 20 euro, dla Moniki 20% tańszy, bo Pani w kasie powiedziała, że ona wygląda na mniej niż 26 lat, a w pociągu legitymacji nikt nie sprawdza. Gdy już przysypialiśmy na ławce na peronie okazało się, że nasz pociąg jedzie z Grecji i jest spóźniony o 100 minut. Szlag by to trafił. Na szczęście jak już dojechał to był pusty, więc zamknęliśmy się w przedziale i spaliśmy na masę. Do Belgradu dojechaliśmy 4,5 godziny spóźnieni...

Popatrzyliśmy jeszcze na pociągi do Budapesztu i kupiliśmy bilety po 19 euro na następny dzień rano. Kombinować z biletami przez granicę się nie opłaca, bo wychodzi tyle samo. Butujemy zatem do hostelu Jelica Milanovic, który jest de facto akademikiem z pokojami wolnymi przez wakacje. Upewniamy się dwa razy laski na recepcji, że cena za pokój za dwie osoby wynosi 10 euro i uderzamy na miasto. Belgrad jest nowoczesny, dużo sklepów, deptaków oraz twierdza na wzgórzu skąd jest ładny widok jak Sawa wpada do Dunaju. Jak dla mnie to w tym mieście nie ma nic ciekawego, ale czas trzeba było jakoś spożytkować. Siadamy w chińskiej knajpie, żeby coś zjeść. Na pytanie czy podają dania z ryżem padła odpowiedź „tak”. Jak zamówiłem danie to kelner pyta czy podać do tego ryż. Okazało się, że jednak trzeba było za niego oddzielnie zapłacić. To niestety nie pierwszy tuman w tym mieście. Rano jak opuszczaliśmy hostel to padła cena 20 euro za 2 osoby. Wkurzyliśmy się, bo laska wczoraj powiedziała 10, i tyle kasy w dinarach sobie zostawiłem. Nie chcieli oddać nam paszportów, a policja nie miała zamiaru przyjść zza rogu. W końcu napatoczył się jakiś Amerykanin, od którego gość z recepcji chciał podpisu, że potwierdza naszą sytuację i że my nie zapłacimy więcej bo zostaliśmy źle poinformowani. On chyba coś źle zrozumiał, bo wyjął kasę i zapłacił za nas brakującą resztę. Dzięki gościu, ale czas nas goni na pociąg.

Na peronie stał ładny ekspres, jechał aż do Wiednia. Jako, że tu bilety wypisuje się ręcznie, a my chcieliśmy dla niepalących, to Pani w kasie oczywiście się pomyliła. Monika pobiegła zmienić miejscówkę i okazało się, że nowa jest w pierwszej klasie. No trudno, będziemy jak burżuje. Konduktorzy się nie czepiali. Do Budapesztu dojechaliśmy 40 minut spóźnieni, jakoś nas to nie zdziwiło. Stał pociąg do Warszawy, ale do Krakowa był 2 godziny później. Biegniemy do kasy międzynarodowej, a tam od groma ludu. Bilet do Warszawy kosztował jakieś kosmiczne pieniądze, do Krakowa zresztą też około 60 euro. Dziwi mnie, bo odległość oraz czas podróży jest taki sam jak ze Skopje do Belgradu i z Belgradu do Budapesztu, a te dwa ostatnie kosztują bardziej normalnie. Kupujemy zatem bilety do pierwszej stacji w Słowacji, a więc do Koszyc po ok. 80zł (można płacić kartą) i idziemy do Pizza Hut coś zjeść. Resztki euro wymieniam na słowackie korony, aby móc kupić u konduktora w nocy bilet w pociągu. Okazało się to bezproblemowe. Przejściówkę przez polską granicę kupuje się już u polskiego konduktora, lecz gdy mu powiedziałem, że jedziemy do Krakowa to sprzedał nam normalne bilety od granicy bez żadnych dopłat. To lubię.

Nasz pociąg znowu się spóźnił, tym razem o 16 minut, co spowodowało, że minutę wcześniej uciekł nam pociąg do Warszawy, znowu pech. Poszedłem do kasy z biletem Wojażer po dwie miejscówki na najbliższy pociąg. Pani mówi 50zł. Ile??? Bo to intercity. Dałem 50zł, Pani mi wydała 10zł, a na miejscówkach była cena po 25zł. Nie wiem o co chodzi. Gdy szukaliśmy wagonu to okazało się, że sprzedała nam pierwszą klasę, a nikt jej o to nie prosił. Trudno. Nowy otwarty wagon pierwszej klasy, siedzą dwa śmierdziele przy stoliku na samym środku (czyli my), a dookoła sami gogusie w krawatach i garniturach i patrzą się na nas. W ten oto sposób, o dziwo nie spóźnieni dojeżdżamy do Warszawy.

Designed by Piotr Wasil written in PHP by Marcin Lubojański. All rights reserved.