mapka
Wyjazd odbył się bez totalnego przygotowania i na tym niestety ucierpiał. O tym, że mamy urlop dowiedzieliśmy się o godzinie 16, a o 22 wsiedliśmy w autobus z Warszawy do Lwowa bez przewodnika, mapy, niczego. We Lwowie, po przyjeździe rano na dworzec kolejowy od razu kupujemy bilety na wieczór do Czerniowców za jakieś śmieszne pieniądze (miałem wrażenie, że taniej niż 3 lata temu) i zostawiamy plecaki w przechowalni. Uderzamy do centrum i do naszej ulubionej pizzerii, gdzie napychamy się do pełna. Można tam już płacić kartą, więc skorzystałem z tej opcji, chociaż prawdę mówiąc terminal wyglądał jakby nie działał. Chcieliśmy pochodzić trochę po Starówce, ale okazała się totalnie rozkopana. Może w końcu kanalizację naprawiają? Udajemy się też na cmentarz łyczakowski i orląt lwowskich, trochę szukaliśmy grobu Konopnickiej i Zapolskiej, ale najprościej było po prostu iść za tłumem Polaków. Po powrocie na prospekt siadamy jeszcze w jednej knajpie, gdzie kiedyś piłem piwo po 2zł. A teraz chyba po 5zł, do tego chciałem sobie wziąć "sandwicha" i pani uraczyła mnie śmieszną kanapką z połowy kromki chleba z kawałkiem wędliny z tłuszczykiem za łączną kwotę 4zł. Stwierdziłem, że to już nie ta dawna Ukraina... Spacerujemy jeszcze dla zabicia czasu i w końcu wsiadamy do naszego ulubionego śmierdzącego plackartnego przedziału. Tej nocy nogi pasażerów wyjątkowo śmierdziały.
Rano w Czerniowcach wsiadamy w trolejbus i uderzamy na "terminal" autobusowy. A tam dość duża grupa Polaków szuka transportu do Rumunii. Nie mówią ani słowa po ukraińsku czy rosyjsku, nie umieją czytać cyrylicy i kłócą się ze wszystkimi dookoła dlaczego nie ma transportu do Suczawy. Odsunęliśmy się na bok dla spokoju. Szukaliśmy transportu do Chocimia. Wg wywieszonego rozkładu musieliśmy czekać 2h, trochę mi się to nie podobało, więc zapytałem w kasie czy nie ma nic wcześniej. Pani twierdzi, że nie, więc kupiłem bilet. Oczywiście okazało się, że w międzyczasie przejechały dwa autobusy przelotowe, do których można było wsiąść i kupić bilet u kierowcy. Pani w kasie sprzedaje tylko bilety na autobusy wyjeżdżające z Czerniowców i nie zamierza informować o autobusach przelotowych. No cóż, jedno doświadczenie więcej. W Chocimiu lepiej nie wysiadać na głównym przystanku, bo trzeba będzie butować z 5km do twierdzy. Nie wiedzieliśmy o tym, lecz miły gość z następnego busa podrzucił nas do zjazdu do twierdzy i butowaliśmy tylko 2km. Oczywiście za darmo. Twierdza ciekawa, nie wiem dlaczego przed wejściem na zamek śmierdziało niesamowicie kałem, przecież to otwarta przestrzeń. Chodzimy po zamku (w środku niestety nic ciekawego), chodzimy dookoła, robimy sobie piknik, zdjęcia i cóż, trzeba uciekać dalej. To miejsce na pewno zapamiętamy, rzeka, wzgórza i pięknie wkomponowany zamek. Idziemy z buta tym razem w drugą stronę dochodząc znowu do głównej drogi. Nie czekaliśmy nawet 5 minut na kolejnego busa do Kamieńca Podolskiego. W Kamieńcu idziemy od razu na stare miasto i do polskiego kościoła z zapytaniem o nocleg. Niestety mieli tego dnia 55 turystów z Polski i nici z naszego spania :(. Ze wzgórza kościoła popatrzyliśmy na zamek i zaczęliśmy się wracać do miasta zahaczając po drodze o 3 hotele z pytaniem o nocleg. W żadnym nie było miejsc. Cholera jasna, akurat musieliśmy trafić na takie oblężenie? Nie zwiedziliśmy zamku i jedyna okazja na nocleg to... pociąg do Odessy. W ostatniej chwili kupujemy bilety i jazda.
W Odessie byłem pewien, że uda się znaleźć jakąś babuszkę na dworcu z kwaterami. Nie było nikogo. Biegałem trochę i biegałem i jedyna osoba jaka się znalazła chciała 100 hrywien za jeden nocleg. W cholere kasy. Na więcej dni to byłoby sporo taniej. Hotele w Odessie są drogie, więc w sumie nie było wyjścia a prysznic jednak by się przydał. Pakujemy się na kwatere, która oczywiście nie była wart tej kasy i uderzamy na miasto. Robimy wielki spacer dookoła, podjeżdżamy trolejbusami i w końcu dochodzimy do słynnych schodów, które zupełnie nie wiemy dlaczego są słynne. Beton i nic więcej, do tego widok na port. Schody hiszpańskie w Rzymie były ciekawsze :>. Kamienice są już niestety bardzo zniszczone i nie za bardzo jest komu to remontować, choć na ulicach jeździ tyle Lexusów, że w żadnym innym mieście takiej ich liczby nie widziałem. Najciekawiej było chyba jak sobie posiedzieliśmy nad Morzem Czarnym obserwując miejscowych rybaków i sącząc piwko (ja) oraz gorącą herbatę (Monika). Zajeżdżamy jeszcze na dworzec autobusowy i kolejowy w celu rozejrzenia się za transportem do Mołdawii. Transportu dużo więc nie kupujemy żadnych biletów. Na drugi dzień jedziemy na dworzec autobusowy i chcieliśmy dostać się jakoś do Tyraspola. Niestety jeden autobus odjeżdża totalnie zapchany, a drugi jaki się znalazł jechał do Kiszyniowa, ale nie przez Tyraspol. No cóż, druga porażka po Kamieńcu, postanawiamy wsiadać i jechać bezpośrednio do Kiszyniowa. Ten autobus południem omija Republikę Naddniestrzańską jadąc po totalnie hardkorowych drogach. Na granicy miałem jeszcze miłą rozmowę z celnikiem, bo przyczepił się mojej pieczątki tranzytowej, według której miałem wjechać do Mołdawii przez Mamałygę. Na szczęscie nie robił nam wielkich problemów i puścił.
W drodze do Kiszyniowa Mołdawia wygląda jak zaorane pole. Nie ma żadnych lasów, tylko pola i pola, z czego większość to plantacje winorośli. Na ich nieszczęście Rosja 2 miesiące wcześniej wstrzymała import win mołdawskich ze względu na substancje toksyczne. To jest oficjalna wersja, nieoficjalna to nauczenie posłuszeństwa wobec Rosji. W Kiszyniowie pierwsza rzecz to uderzenie do baru, żeby coś zjeść. Wchodzimy do pierwszego lepszego, który wygląda wystarczająco podle by nas było stać. Dwa obiady + piwo za 8,50zł to naprawde dobry deal :-). Obok dworca ponoć miał być jakiś tani hotel. Nie było żadnego, a na samym dworcu, swoją drogą bardzo ładnym, były jakieś koszmarnie drogie pokoje. No cóż, złapaliśmy taksiarza i pytamy czy nie zna jakiegoś taniego spania. Zawiózł nas do akademika, gdzie za naprawde fajne warunki zapłaciliśmy 25zł. Szkoda tylko, że prysznica nie było ;-). A właściwie według ciecia był, tylko, że nie działał. No trudno, wsiadamy w marszrutkę za 40 groszy i z jej okien zwiedzamy miasto. Wywiózl nas gdzieś w cholere daleko, więc wysiedliśmy i wsiedliśmy w taką samą z powrotem i jakoś dotarliśmy w okolice centrum. W mieście jest chyba więcej zieleni niż w całym kraju. Miasto położone jest na wzgórzach, sporo ruiny w środku, generalnie mówiąc fatalnie zagospodarowane. Plus taki, że dużo się buduje. Po zwiedzeniu nowego centrum udajemy się na spoczynek. Następnego dnia już z plecakami odwiedzamy jedyne ciekawe miejsca w tym mieście, czyli prawosławną katedrę i łuk triumfalny. Poza tym nic tu nie ma, może dlatego warto było tu przyjechać. Wsiadamy w trajtka i jedziemy na dworzec autobusowy. Tu od razu łapiemy autobus do Orhei, który wysadza nas na zjeździe do kompleksu klasztornego Orheiul Vechi, chyba największej atrakcji Mołdawii. Na przystanku za zjazdem stoi jakaś Łada i chce nas naciągnąć na dojazd do klasztoru za jakieś 15zł (było 15km). Poczekaliśmy jednak na busa, który podrzucił nas 10km za jakieś grosze. No i dalej był problem. Łapaliśmy stopa, ale nic prawie nie jeździło. W końcu jakaś rodzinka podrzuciła nas kolejne 2km i powiedziała, że zaraz będzie autobus. Jesteśmy obok więzienia, które Cezar opisywał w swojej relacji (http://moldawia2004.republika.pl). To już ruiny zamku w Chocimiu lepiej się trzymały, przejebane siedzieć w takim pierdlu. Przysiągłbym, że jest nieczynne, lecz strażnik na wieżyczce z kałachem przeczył temu. Faktycznie za chwile wypatrzyliśmy autobus, który jechał z 10km/h pod górkę. Stanęliśmy na zakręcie i mu machamy a ten nas minął. Jak już zacząłem klnąć na niego to się zatrzymał na górce i trąbi. Bał się chyba stanąć pod górkę, bo by nie ruszył. W środku totalny folklor, babuszki z kurczakami, itp. Ten autobus jechał z Kiszyniowa, ale nazwa wiochy docelowej tak się nazywała, że nie dało sie zapamiętać ;-). Gość na słowo Orheiul Vechi machnął ręką i nawet zjechał z trasy by nas podwieźć pod samo miejsce. Klasztor stoi na górze pięknego wąwozu, są jeszcze wykute w skale na skarpie. Pod dzwonnicą są drzwi, więc postanawiam je uchylić. Ciemno i zimno, schody w dół i na dole ktoś się kręci. No to się pytam, że my turisty z polszy i czy możemy pasmatrić. Możemy. Zarośnięty mnich jest tu szefem, piękna kapliczka ze wspaniałym widokiem z tarasu. Rzucam mu coś do puszki, on daje nam się napić wody święconej i idziemy dalej. Gdy wyszliśmy mnich nas wyprzedził i kazał iść za nim. Pokazał nam sporo jasniń wykutych w skale, bardzo podobne widziałem w Bakczysaraju na Krymie. Miejsce to można odwiedzić, ale uważać je za największą atrakcję kraju? W tej Mołdawii faktycznie musi nic nie być do zobaczenia ;-). Jako, że było jeszcze wcześnie to postanowiliśmy się stąd wydostać. Jakimś cudem udało się złapać samochód za samochodem (tutaj przejeżdża coś raz na godzine, bo się asfalt kończy) i jedziemy Golfem III prosto do Orhei. Panowie byli tak mili, że zboczyli z drogi i zawieźli nas prosto na dworzec autobusowy. Na wjeździe do miasta "remontowano" drogę. Wylano asfalt na całą szerokość, walca nie było i wszyscy to objeżdżali drogą gruntową obok. Jak ten asfalt nieubity zaschnie to chyba będą większe dziury niż były. W ciągu 5 minut pojawiła się marszrutka do Bielc. Jako, że nie miałem już mołdawskiej kasy, zapłaciłem za część i powiedziałem, że reszta w Bielcach. Nie było problemu. Na miejscu był jeden kantor, gdzie wymieniłem na szybko 10$ i oddałem kasę. Okazało się, że o 21.30 odjeżdżał nocny autobus do Lwowa. Żeby kupić bilet, musiałem znowu wymienić kasę, lecz kantor już zamknęli. Gość pod kantorem oferował gorszy kurs, więc chcieliśmy podjechać do centrum. W centrum po 18tej niestety wszystko już zamknięte i nie dało rady nic wymienić. Potem podliczyłem, że ten gość pod kantorem oferował taki kurs, że na 20$ straciłbym złotówkę. Cholera, czasami się tylko myśli, że gorszy kurs i się nie wymienia zamiast liczyć ile strace ;-). Dolcami za autobus w kasie nie dało się zapłacić, ale w autobusie się da - tak twierdzi Pani w kasie. Niestety wehikuł przyjechał totalnie zapchany i do tego pierwszeństwo mają osoby z biletami. Na szczęście waluta robi swoje. Kierowca nawet wygonił pilotkę z jej miejsca i mogliśmy siedzieć. Około 10 osób nie miało takiego szczęścia i jechali pół nocy na stojąco.
We Lwowie jak zwykle jedzonko w naszej pizzerii i jazda na dworzec autobusowy. Bilety do Lublina niestety podrożały i brakowało mi jednej hrywny! Pani bilety jednak wydrukowała, a ja je zabrałem, powiedziałem tylko z uśmiechem, że moge dorzucić złotówkę, lecz nie chciała. Po 5h z znanym przemytniczym autobusie dojechaliśmy do Lublina, gdzie mogliśmy wziąć upragnioną kąpiel w domu rodziców.
Warto jednak przygotowywać wyjazd i brać przewodnik, żeby uniknąć takich niepowodzeń, jakie my mieliśmy