mapka
Do Tunezji i
Algierii wybrałem się z Moniką. Dlaczego Tunezja? Naszła
mnie ochota na ciepłe kraje, a jedyny wolny termin jakim dysponowałem był
okres świąteczno-sylwestrowy. Do Tunezji można złapać tanie przeloty, a budżet
miałem niestety mocno ograniczony. Udało mi się znaleźć w Neckermannie
przelot za 943 zł, 15 dniowy. Jednak tyle czasu siedzieć w tak małym kraju to
trochę bez sensu, więc do planu dorzuciłem Algierię. Do wizy algierskiej potrzebne
są 3 wnioski (do ściągnięcia z www.mae.dz),
3 zdjęcia, zaproszenie z Algierii lub rezerwacja hotelu
(np. www.taxi-hotel.com),
190 zł i odbiór na drugi dzień. Ja zrobiłem lewą rezerwację gdzieś
indziej i wyprosiłem wizę w ciągu 2 godzin. Do wizy tunezyjskiej potrzebny
jest jeden wniosek, jedno zdjęcie, rezerwacja przelotu, rezerwacja hotelu oraz
12 zł za jednokrotną i 24 zł za dwukrotną. Wizy są tylko dla turystów
indywidualnych, dla wczasowiczów wbijane są pieczątki na lotnisku i nie
trzeba wiz. Ja pokazałem umowę (oczywiście lewą) z biurem na wykupienie 4
pierwszych i 4 ostatnich noclegów w Tunezji, dodatkowo napisałem plan podróży
po Tunezji i zaniosłem do ambasady. Potem się okazało, że taki plan powinno
napisać się po angielsku. 2 tygodnie czekania i pani zadzwoniła, że wiza
jest przyznana.
Nasz
pierwszy w życiu przelot odbył się na szczęście bez żadnych sensacji.
Tunis powitał nas wietrzną pogodą, chmurami i 15 stopniami ciepła. Na
lotnisku od razu wymieniamy kasę (1 Euro = 1,497 TD) i prosto przed wejściem
do lotniska jest autobus nr 35, który wiezie do centrum do Tunis Marine. Oczywiście
kilku taksówkarzy chciało nas zawieźć, ale wiedziałem o tym autobusie. Z
Tunis Marine, który jest też stacją kolejki podmiejskiej idziemy sobie
spacerkiem, główną ulicą Ville Nouvelle do bramy medyny. Tam są najtańsze
hotele. Zamieszkaliśmy w El Medine, który jest po prawej stronie, gdy stoimy
przy bramie wejściowej do medyny. Dwójka kosztuje 12 TD, dodatkowo płatny
ciepły prysznic za 1 TD. Tego dnia pospacerowaliśmy sobie po medynie.
Nastawiona jest wybitnie pod turystów, sprzedawcy zaczepiają, eh... gdzie te
klimaty z Aleppo czy Damaszku. Zaczepił nas jeden młody koleś, który bardzo
chciał pokazać nam nocną panoramę miasta. Istotnie robiła wrażenie. Potem
zaciągnął nas do swojego kramu i zaczął prezentować zapachy, które
sprzedawał. A miał „Channel 5”, „Kenzo” i inne oryginalne inaczej
perfumy. Śmierdziały jak ostatnie pomyje, nie wiem jak śmiał je tak nazywać.
Po 4 zaciągnięciach się mamy dość, wychodzimy, a on biegnie za nami by mu
dać kasy. Został olany. Rozejrzeliśmy się jeszcze trochę i wróciliśmy do
hotelu. O 6 rano pobudka – muezzin miał megafon chyba w naszym hotelu, był
bardzo głośny. Poleżeliśmy jeszcze chwilę i po 7 gdy zrobiło się jasno
wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i postanowiliśmy ruszyć do Kartaginy i Sidi
Bou Said. Z hotelu przeszliśmy pieszo główną ulicą do Tunis Marine, skąd
odjeżdżają podmiejskie pociągi. Kupujemy bilety do stacji Cartage Dormech,
na jednej ze stacji jakiś koleś wkładał mi rękę do kieszeni, ale nic w
niej nie znalazł. Kartagina to przedmieścia Tunisu, ze stacji idziemy sobie w
górę i dochodzimy do Katedry św. Ludwika. Zabytek całkiem duży, obok jest
wejście do ruin, ale za jakieś koszmarne pieniądze, poza tym w przewodniku
jest napisane, że nie ma tam nic ciekawego, więc olewamy. Przy wejściu
zaczepiają nas ludzie próbujący sprzedać „antyczne” monety, śmiać mi
się chciało gdy na monetach było napisane po francusku „Cartage”. Idziemy
sobie dalej ulicą i oglądamy wspaniałą panoramę Tunisu. Dochodzimy z
powrotem do stacji i wsiadamy w kolejkę, która dowozi nas do Sidi Bou Said.
Miasteczko reklamowane jest we wszelakich folderach o Tunezji i są tu
organizowane wycieczki fakultatywne z hotelów. Spodziewałem się fali turystów,
ale na szczęście jest zima no i wcześnie rano. Kramy z pamiątkami zaczęły
się już rozstawiać, a my chodzimy sobie po tym pięknym błękitno-białym
miasteczku. Uliczki są naprawdę urocze. Dochodzimy w końcu do punktu
widokowego na Półwysep Bon i aż siadłem z wrażenia. Siedziałem dobre
kilkanaście minut bo było tak pięknie. Potem chcieliśmy się dostać w
okolice latarni, ale nie mogliśmy trafić, przy okazji przegonili nas z
cmentarza muzułmańskiego. Wróciliśmy spokojnie na stację i z powrotem do
Tunisu. Trochę spacerku po mieście, m.in. okolice Kazby, z drugiej strony
mediny oraz szlakami polecanymi z przewodnika. Udało się także znaleźć
internet. Zaszliśmy także do informacji turystycznej zapytać się, gdzie jest
dokładnie dworzec autobusowy z autobusami do Tabarki, pani dała nam mapę i
pokazała jakieś rondo i że to jest tam. Postanawiamy wstać razem z muezinem
o 6 rano, szybko się spakować i iść na dworzec. To jakieś 20 minut z buta.
Rondo szybko znaleźliśmy, ale gdzie ten dworzec? Pytamy kilku osób, szukamy z
pół godziny i dopiero ktoś kompetentny nam pomógł. Najlepiej znaleźć kogoś
z walizkami i plecakami i iść za nim. Trafiamy w końcu tam gdzie trzeba i
autobus mamy o 10. Bez francuskiego ani rusz, wszyscy mówią w tym języku, a
po angielsku prawie nikt. Kupujemy bilety po 7,3 TD, siedzimy na dworcu. Wejść
do poczekalni i na perony mogą tylko ci, którzy mają kupiony bilet. Jakaś młoda
dziewczyna zagaduje nas po angielsku i pomaga znaleźć odpowiedni autobus, bo
oczywiście na każdym są napisy tylko w arabskich szlaczkach. Autobus podjeżdża
bardzo późno i multum ludzi czeka, ale na szczęście nasza znajoma zajmuje
nam miejsce.
Przez
Tunis wyjeżdżamy najpierw autostradą, potem dwupasmówką, potem droga robi
się coraz węższa. Tutaj także widać już biedę i slumsy. Każdy
praktycznie dom odgradza się wysokim murem od ulicy – ciekawa architektura.
Droga robi się w końcu tak wąska, że autobus by minąć się z jakimś
samochodem musi zjeżdżać prawymi kołami na pobocze. Do tego jazda po górach.
Niezłe przeżycia. Widoki natomiast średnie, bo głównie pada, góry wyglądają
raczej jak nasze Beskidy. Przed wjazdem do Tabarki jest lotnisko i kierunkowskaz
na „Touristic Zone”. W mieście buduje się sporo hoteli, a my zamieszkujemy
w najtańszym opisanym w przewodniku – de Corail. Dwójka kosztuje 15 TD,
czysto, ciepły prysznic na zewnątrz. Nie ma ogrzewania, więc dostajemy
dodatkowy koc. Miasteczko jest naprawdę ładne i pewnie niedługo dołączy do
innych znanych kurortów wypoczynkowych w Tunezji. Plaża jest duża i szeroka,
teraz niestety było na niej mnóstwo krzaków. Na cyplu piętrzy się ogromny
fort genueński. Robi niesamowite wrażenie. Niestety wygląda na to, że jest
zajęty przez Policję i niedostępny dla zwiedzających. Poszliśmy sobie do
niego ścieżką mijając kilku Tunezyjczyków pijących winko (zupełnie jak w
Polsce) oraz kilka par. Skarpa z zachodniej strony jest przepiękna, urwiska
robią wrażenie. Spacerujemy trochę po porcie, oglądamy stare drewniane
statki oraz „fristajlujących” młodych chłopaków. Nazajutrz z rana
wsiadamy w lokalny autobus do Ain Draham i wysiadamy w Babouch. Droga wiodła
przez lasy korkowe, chyba jest sezon na nie, bo każde drzewo było obdrapane z
kory. Wcześniej przy wyjeździe z Tabarki widzieliśmy fabryki ze składowiskami
kory.
Z
Babouch jest 3 km do granicy, kawałek przechodzimy i zaraz łapiemy na stopa dwóch
gości pracujących na granicy. Podrzucają nas pod sam posterunek i idziemy do
punktu tunezyjskiego. Multum ludzi o dziwo, a na drodze z Babouch nie widzieliśmy
prawie nikogo. Tłum robią Algierczycy chcący wjechać do Tunezji, w przeciwną
stronę jest zaledwie parę osób, ale i tak wpycham się bez kolejki. Oficer był
bardzo zdziwiony, że mieliśmy w ogóle wizę algierską, potem spytał czy
jesteśmy samochodem. Nasze kartki z danymi (dają je chyba na każdym przejściu
w krajach trzeciego świata) przepisuje także z angielskiego na francuski. W końcu
idziemy do posterunku algierskiego i znowu mnóstwo Algierczyków chcących
wyjechać, a mało kto chce wjechać. Niestety tu czekanie jest dłuższe, bo
musieliśmy odstać swoją kolejkę. Potem deklaracja pieniędzy, wpisali mi
nawet numer seryjny aparatu fotograficznego. Na przejściu nie ma kantoru, nie
ma autobusów, jest kilka taksówek. Do najbliższej miejscowości jest spory
kawałek, więc byliśmy zdani na taksówkarza i płacenie w Euro. Ustaliliśmy
dojazd do Annaby (ponad 110 km) za 15 Euro za nas dwoje. Cena niezła, w Tunezji
prawie tyle samo zapłaciliśmy za autobus jadący taką trasę. A tu taksówka.
Pogoda od razu jakoś ładna się zrobiła. Gość się zatrzymuje po drodze w
kilku miejscach bym mógł porobić zdjęcia. W Algierii od razu zauważa się,
że jest mnóstwo progów zwalniających. I to nie tylko takich gumowych jak u
nas, także z asfaltu, piasku, itd. W każdej miejscowości jest po kilka, do
tego przy większych miasteczkach na rogatkach stoi policja. W Annabie dojeżdżamy
do dworca autobusowego i zaczynamy szukać jakiegoś banku lub kantoru, bo nie
mamy złamanego algierskiego grosza. W końcu musimy zrobić spacerek do ścisłego
centrum miasta, bo w okolicy dworca nie ma nic. Spacerek wyszedł 1,5 godzinny,
doszliśmy do Bank of Algerie, gdzie nam wymieniono kasę po kursie 1 Euro =
84,99 DA. Tych drobnych po przecinku to się od dawna nie używa, ale w banku
wydają. W mieście robimy sporą sensację, każdy na nas patrzy. Nie ma tu
raczej nic do zobaczenia i nie warto zostać na dłużej. Można jedynie z
daleka pooglądać ogromną bazylikę św. Augustyna ze złamanym krzyżem.
Jednak wycieczka do bazyliki to co najmniej 3 godziny, a my chcieliśmy być
jeszcze dziś w Constantine. Dochodzimy do dworca i oczywiście zgaduj gdzie który
autobus jedzie. Przy wejściu stał jakiś w miarę młody gość, który mówił
po angielsku i nam pomógł. Wsadził nas do autobusu i mieliśmy szczęście,
bo za 10 minut odjechaliśmy. Droga raczej się dłużyła przez progi zwalniające
i zwalnianie na blokadach policyjnych. W autobusie śmierdziało spalinami aż głowa
bolała.
W
końcu na pół godziny przed zmierzchem wjeżdżamy do Constantine. Pierwsze
wrażenie to po prostu szok. Miasto położone jest na szczycie wąwozu Rhumel,
który tworzy ponad 600 metrowe pionowe przepaście. Z autobusu podziwiamy
tunele, wiszące mosty, dalej jedziemy przez dzielnicę slumsów do dworca
autobusowego. Nagle grad kamieni obsypuje autobus. Kierowca ani pilot nie reagują,
a dzieciaki sobie uciekają. Pomyśleliśmy, że niezłe przygody tu będą. Słyszałem
od ludzi, którzy wcześniej bywali w Algierii, że czasami w ich stronę
poleciał jakiś kamień, ale grad kamieni w zwykły autobus? Na dworcu
rozpoczynają się negocjacje z kilkoma taksiarzami w sprawie dowiezienia do
Centre Ville. Ustalam cenę na 100 DA i jeden zawozi nas do jakiegoś hotelu w
bocznej uliczce. Przy wsiadaniu do taksówki jakaś natarczywa żebraczka chciała
ode mnie pieniędzy i musiałem mocno ją odpychać. Przed hotelem są takie
starsze dzieciaki i biorą od taksiarza jakieś drobne za pilnowanie samochodu.
Ciekawe co by było jakby im nic nie dał. W hotelu chcą 600 DA za dwójkę,
gdy pytam o ciepły prysznic to mówią, że wody nie ma w ogóle. Pomyślałem,
że to jakiś żart i powiedziałem taksiarzowi by podrzucił nas do widzianego
przeze mnie po drodze hotelu Grand. W LP Africa, jedynym przewodniku jaki jest
po Algierii, choć i tu jest zaledwie kilkanaście stron, piszą, że jest tu
ciepła woda i czysto. Idziemy do recepcji, płacimy 600 DA za dwójkę i
wchodzimy do pokoju. Jest czysto i ciepło, bo grzejniki działają. Zlew jest,
ale wody nie ma. Obok w bidecie stoi kilka butelek plastikowych z wodą. Wracam
do recepcji i pytam się o wodę w kranie – odpowiedź jest jedna: nie ma. To
chyba przez to położenie na szczycie wąwozu mają tu ogromne problemy z wodą.
Nie ma czasu na poszukiwanie innego hotelu, poza tym jest już ciemno i lepiej
nie wychodzić na zewnątrz. Przez balkon oglądamy życie nocne – mnóstwo
ludzi, ogromny tłum. Kładziemy się spać w miarę wcześnie, żeby jutro od
rana zacząć zwiedzanie. Rano na ulicy taki sam tłum, tak jakbyśmy byli w
Indiach. Czy ci ludzie nie pracują? Ponoć jak mają wybór pracować czy nie,
to wolą nie pracować. Wystarczy jedna osoba pracująca na kilkunastoosobową
rodzinę i z pensji może wszystkich utrzymać. Wymieniamy znowu kilka Euro i
chodzimy po mieście. Na ulicy jest mnóstwo tematów do fotografowania, uliczni
sprzedawcy handlujący chusteczkami higienicznymi, starsi ludzie błagający by
kupić od nich baterie, młodzi handlarze papierosami na sztuki, coś
niesamowitego. Tyle, że przy próbie wyjęcia aparatu można dostać w łeb i
się ze sprzętem pożegnać. Jako, że miałem pożyczony obiektyw to wolałem
nie ryzykować. Spacerujemy sobie dookoła wąwozu, widoki przecudne, wchodzimy
na sam szczyt wąwozu i tu jest jakaś figura w kształcie łuku triumfalnego.
Stoją tu także policjanci, pilnujący porządku. Jeden do nas mówi byśmy uważali
na sprzęt i siebie, bo jest tu niebezpiecznie. Wskazywał też na grupkę
dzieciaków jaka zebrała się za nami. Aparat rzadko wyjmowałem i trzymałem
pod polarem, a mimo to dzieciaki mnie zauważyły i chodziły za nami. Policjant
kazał nam iść z powrotem do miasta i sam przytrzymał dzieciaki. Uff, umknęliśmy.
Po południu spacerujemy jeszcze po jednym moście wiszącym i oglądamy slumsy.
Po kryjomu robię zdjęcia. Wygląda to przerażająco, ale anteny satelitarne są
na większości domów. Ludzie noszą wiadrami wodę, ogrom śmieci. Monika
podczas studiów w Holandii poznała Algierczyka i on opowiadał jak rodziny
robią: wyprzedają wszystko co mają, zamieniają mieszkania na slumsy po to by
zebrać pieniądze i wysłać jedno dziecko do Europy. To dziecko potem pracuje
jakiś czas i powoli osoba po osobie ściąga rodzinę do siebie. Zatem kto może
to ucieka z tego kraju, a myśmy tu przyjechali zwiedzać. Dlatego też wiele
ludzi mówiło, że jesteśmy szaleni, że tu przyjechaliśmy i dlatego też nie
widzieliśmy żadnych turystów przez czas naszego pobytu. Mimo wszystkich
przeciwności Constantine robi niesamowite wrażenie, jedno z piękniejszych
miast, mimo śmieci, jakie widziałem. Idziemy wcześnie spać i rano mamy
zabierać się do Algieru. Dowiedzieliśmy się jeszcze jaki autobus miejski
jedzie na dworzec. Rano gdy wychodzimy z hotelu zaczyna lekko prószyć śnieg i
od razu topi się na ulicy bo temperatura jest dodatnia. Jestem w szoku, że
widzę śnieg. Chcieliśmy jeszcze rano wymienić pieniądze w banku, bo wczoraj
po 15 banki były już zamknięte. Dzisiaj po 7.30 dalej są zamknięte. Widzimy
dwa bankomaty, może uda się coś wyjąć. Na obu niestety napisane, że
temporary unavailable. Później się okazało, że tak jest w każdym
bankomacie w Algierii. Jedyną instytucją akceptującą karty kredytowe jest
Sheraton Hotel w Algierze. No cóż, kasy mamy mało, ale jedziemy na dworzec.
Autobus dowiózł nas gdzie trzeba, ale okazało się, że to jest dworzec
lokalny, mimo, że przyjechaliśmy na niego ładny kawał z Annaby. Dworzec dla
autobusów odjeżdżających do Algieru jest gdzieś indziej. Trzeba było brać
taksówkę (100 DA). Na dworcu wskazują nam akurat odjeżdżający autobus.
Okazuje się, że mamy za mało pieniędzy, ale 10 euro na 2 osoby rozwiązuje
sprawę. Przy okazji mokną mi buty, bo wszędzie są kałuże. Okaże się to
potem tragiczne. Autobus jest zimny, a przyjdzie nam spędzić w nim 400 km.
Zaraz za miastem widać ogromne połacie śniegu (chyba mocno padało w nocy), w
autobusie nie ma ogrzewania, wieje przez dziury w oknie, odpada górny luft, który
potem uszczelniają gazetami i w ogóle jest nieciekawie. Za chwilę też
zaczyna sypać i to mocno. Wiatr wieje chyba ze 150 kph, ciężarówki stają na
drodze, samochody nie mogą ruszyć, pchają się niektórzy pod prąd robiąc
skuteczny korek. Stoimy w tym korku ponad 4h, marznąc na kość. Próbujemy się
jakoś rozgrzewać, ale to mało pomaga. Nogi mi strasznie przemarzają, a to
dopiero kilkadziesiąt kilometrów drogi. W końcu jakimś cudem korek się
przetyka, a ja patrzę na ciągnący się kilometrami korek w drugą stronę.
Dobrze, że to wszystko działo się na kawałku autostrady, bo na zwykłej
drodze to chyba stalibyśmy o wiele dłużej. Algierczycy próbują nas zagadywać,
ale my jesteśmy na skraju wyczerpania. Kupują nam nawet ichniejszą ziołową
herbatę. Dobrze, że jest ona w malutkich kubeczkach, bo przełknąć się tego
nie da. Droga jest bardzo ciężka, bo non stop są te przeklęte progi zwalniające
oraz mnóstwo ciężarówek jadących 20 kph i trudno je wyprzedzić.
Ledwo
żyjąc po 13 godzinach dojeżdżamy na godzinę 21 do Algieru. Mam adres do Zygfryda
i jego żony, u których mieliśmy zamieszkać w Algierze, ale obecnych
kilku taksówkarzy nie ma chęci nas zabrać. Dworzec jest zamknięty łącznie
z bramami wyjazdowymi by na jego teren nie wpuszczać żadnego podejrzanego
towarzystwa. Gość z obsługi dworca mówi po angielsku i jest tak miły, że
załatwia nam transport. Wiezie nas jakaś kobieta prawie nowym prywatnym
Mercedesem – dopiero na koniec dnia mamy trochę szczęścia. Nie chce pieniędzy,
bo jak mówi nie jest taksówkarzem. Chwilę szukaliśmy ulicy, ale znaleźliśmy.
Powitania, od razu gorąca kąpiel i próbujemy dochodzić do siebie. Dobrze, że
w mieszkaniu jest cieplutko, więc możemy się zregenerować. Nazajutrz
zwiedzamy Algier. Miasto iście europejskie zabudową i właściwie nic
ciekawego w nim nie ma. Chodzimy trochę po okolicach portu, po ulicach
handlowych. Po południu Zyga zaprowadza mnie do sklepu, gdzie mogę wymienić
Euro po wartości czarnorynkowej. Dostałem 114 DA za 1 Euro, a w banku 84,99
DA... Niezła różnica, trzeba tylko wiedzieć gdzie wymieniać. Wieczorem
robimy sobie wigilię, była choinka, był opłatek, który wiozłem z Polski i
było 12 dań. Były nawet kolędy z telewizji. Wieczorem czuję także, że coś
zaczyna mnie rozbierać. Mierzę temperaturę i mam 38,5. A rano mieliśmy jechać
do Ghardai. Postanawiamy rano podjąć decyzję, jeśli temperatura nie będzie
wysoka to jedziemy, a jeżeli wysoka to musimy zostać i jakoś się leczyć. A
rano mam 40,4... Szok. W życiu nie miałem takiej temperatury. Następne 3 dni
taka mi się utrzymuje i pozostaje mi tylko leżeć, łykać co popadnie (m.in.
aspiryna i witamina C) i wypocić. Trzeciego dnia jedziemy do polskiej doktorki
mieszkającej od 20 lat w Algierii. Przebadała mnie. Okazało się, że serce
sprawne, w płucach nic nie ma, w oskrzelach także, ale temperatura, kaszel i
katar występują obficie. Dostaje specjalistyczne leki i antybiotyk, który mam
zacząć łykać jeśli temperatura będzie się dalej utrzymywała. Zacząłem
go brać na następny dzień i zaczęła na szczęście spadać. Jednak Monika o
tym jeszcze nie wiedziała, gdy poszła kupować bilety Algier-Tunis. Doszliśmy
do wniosku, że nie ma co ryzykować i do 1 stycznia posiedzimy u Zygi i
polecimy bezpośrednio do Tunisu. Bilet kosztował ok. 100 Euro na osobę
(koniecznie po oficjalnym kursie), ale na szczęście bank był zamknięty i
biletów nie kupiła. Wieczorem temperatura spadła mi poniżej 37 i postanowiliśmy
kupić przelot do El Oued pod granicę tunezyjską na Saharze i chociaż trochę
uratować wyprawę. Bilety wyszły po 45 Euro na osobę. Dziękujemy serdecznie
za gościnę i jedziemy na lotnisko. Autobusy po 20 DA odjeżdżają z okolic
portu. Na lotnisku bardzo szczegółowa kontrola, potem autobus podwozi nas pod
samolot i jeszcze przed wejściem stoi kobieta i mężczyzna i sprawdzają ludzi
pod ubraniami czy nie mają jakiejś broni czy bomb. Dobrze, że tak pilnują.
Samolot mały, ale wygląda jak prawie nowy. Spodziewaliśmy się jakiegoś złomu,
bo co może latać za marne 45 Euro? Nawet skromny posiłek dali.
Z
góry El Oued wygląda dość ciekawie. Każdy dom przed zwartymi zabudowaniami
miasta jest obsypany wałami z piasku, stanowią zapewne ochronę przed wiatrem.
Po wyjściu z samolotu mocno wieje, ale jest sporo cieplej niż nad morzem.
Policjanci zabierają nam paszporty i rejestrują na posterunku. Wychodzimy z
lotniska i przychodzi nam zmierzyć się z taksówkarzami w sprawie transportu
do centrum. Nagle przechodzi wysoki koleś, pyta czy mówimy po angielsku i
zaprasza nas do swojej Laguny. No to jedziemy. Zaczyna opowiadać o mieście,
pyta gdzie chcemy się zatrzymać. W końcu podwozi nas pod hotel Si Moussa,
gdzie bierzemy dwójkę za 600 DA (brak ciepłej wody) i zaprasza do siebie do
domu na lunch. Mieszkanie jak mówił ma wynajmowane od kilku lat, bo pochodzi z
Algieru dlatego nie ma go ładnie urządzonego. Widać, że żyje skromnie. Mały
15-miesięczny synek biega między nami, a nasz przyjaciel zastawił cały stół
jedzenia. Pojedliśmy trochę, m.in. ziemniaki z kalafiorem na ostro, do tego
obowiązkowa bagietka, którą się je do wszystkiego. Potem zabrał nas jeszcze
na obrzeża miasta pooglądać wydmy piaskowe. Szkoda, że na każdym kroku jest
tu mnóstwo śmieci. Odwozi nas do hotelu i na koniec mówi, że ma tu jakieś
drobne tunezyjskie pieniądze i nam je da, bo on nie ma gdzie tego wymienić.
Nie chciałem brać, ale on mówi, że to nie jest jałmużna. Wzięliśmy w końcu,
potem liczymy w hotelu a to prawie 200 zł. Nieźle. Z balkonu hotelowego mamy
widok na cmentarz muzułmański, ale chyba nie pójdziemy na jego teren –
niewiernym nie wolno. Biorę aparat i idziemy na miasto pozwiedzać. Wszyscy są
nas ciekawi, spojrzenia zupełnie inne niż w Constantine, dzieciaki same się
podstawiają by im robić zdjęcia, chodzą za nami i się uśmiechają. Jest
przyjemnie. Katar i kaszel trochę mnie męczą, ale pustynne powietrze nawet mi
pomaga. Dowiadujemy się gdzie jest postój taksówek wieloosobowych i idziemy
spać do hotelu. W nocy jak zwykle bardzo zimno. Z rana łapiemy taksówkę, bo
do postoju jest spory kawałek i gdy wysiadamy od razu pytania gdzie jedziemy.
Akurat dwóch osób brakowało do taksówki do granicy. Cena na początku 1600
DA, stargowałem do 800 DA za 2 osoby. Akurat tyle kasy miałem. Do granicy
widoki pustynne bardzo ładne, do tego piękne poranne światło. Na granicy
pozostali pasażerowie przypilnowali byśmy nie przepłacili i zapłaciłem
tylko 250 DA za nas oboje. Tylko ciekawe co ja zrobię z resztą tych dinarów.
Na posterunku tłum, tak jak na granicy w Babouch wszyscy chcą wjechać do
Tunezji. Początkowo czekamy w kolejce, ale Monika zagadała jednego z
posterunkowych i załatwili nas poza kolejnością. Mimo tego i tak trwało to
sporo. Po wyjściu za szlaban widzimy 4 gości na motorach KTM, jadą chyba na
wyprawę na pustynię. Akurat jak wyszliśmy za bramkę to byli to pierwsi turyści
jakich widzieliśmy w Algierii. Między szlabanami jest chyba ze 3 km i stoją
podstawione taksówki wieloosobowe. Cena wysoka, mam jeszcze tych dinarów
sporo, więc bierzemy taksówkę tylko dla siebie i nie musimy czekać na
innych. Do tej pory mam jeszcze ponad 200 DA, będą na pamiątkę, bo nie było
już gdzie ich wydać.
Szlaban
tunezyjski bez problemu i idziemy sobie na busa do Nefty. Potem szybka
przesiadka do Tozeur. Miasto to leży na skraju szotów, czyli słonych jezior,
ale bez własnego środka transportu to ciężko zobaczyć cokolwiek.
Postanowiliśmy zatem jechać do Kebili groblą między szotami. To był strzał
w dziesiątkę, bo droga jest po prostu przecudna. Najpierw widzimy wielką słoną
skorupę, później wodę aż po horyzont, oczywiście bardzo płytką, potem
znowu skorupę. Wrażenia nieziemskie. Szkoda, że nie mogliśmy się zatrzymać
przy szotach, ale zatrzymywali się tylko bogaci turyści w Landcruiserach. W
Kebili zagaduje nas nasza współpasażerka i razem przesiadamy się w taksówkę
do Douz. Jest to typowa oaza z popularnymi wycieczkami wielbłądami na
pustynie. Myśmy chcieli zobaczyć oazę, bo na komercyjne wycieczki nas nie stać.
Kobieta kupuje nam daktyle jako prezent, tyle, że za taksówkę to głównie ja
zapłaciłem. Potem w Douz przesiedliśmy się w inną, bo okazało się, że
odbywa się właśnie festiwal Sahary. Nie wiem czy to szczęście czy to pech.
Szczęście, bo kobieta wprowadziła nas za bramki na środek placu i mogliśmy
wszystko oglądać. Mimo końcówki festiwalu można było popatrzeć na wyścigi
koni, wielbłądów, wspaniałe stroje ludzi i orkiestrę. Oglądający
siedzieli na wielkiej trybunie, a my na środku placu. Pech polegał na tym, że
jak wszystko się skończyło to masa ludzi chciała dojechać do miasta (5 km
od stadionu), a nie było żadnego transportu. Prosimy kolesi w pickupie czy możemy
się zabrać na pakę – na szczęście nam pozwalają. Pech polegał też na
tym, że wszystkie hotele były pozajmowane, a ściemniać miało się za godzinę.
W końcu postanawiamy jechać do Kebili i tam coś szukać, albo złapać busa aż
do Gabes. Na zatłoczonym dworcu busów wywiązała się spora bójka tuż obok
mnie, nawet nie wiem z jakiego powodu. W końcu ładujemy się szybko i uciekamy
stąd. W Kebili jesteśmy po zmroku, ale w przewodniku wymieniony jest tylko
jeden hotel i to kawał od miejsca, gdzie wylądowaliśmy. Czekamy więc na busa
do Gabes i jedziemy aż nad morze. Dzięki mapce z przewodnika szybko znajdujemy
hotel za 15 TD za dwójkę (mieszkając w trójce). Do łazienki niestety strach
wejść. Tego dnia zrobiliśmy mnóstwo kilometrów od El Oued oraz straciliśmy
mnóstwo kasy na przejazdy. Uratowały nas te pieniądze od Algierczyka. Rano
oglądamy gaj palmowy w Gabes, idziemy na dworzec by złapać autobus do El-Jem.
Przy okazji spotykamy polską rodzinę, która zwiedza na własną rękę
mieszkając w hotelu na Dżerbie. Trochę to nie na rękę, bo ostatni autobus
mają o 14. My za to płacimy aż prawie 10 TD na osobę i jedziemy do El-Jem.
Rozumiem, że busy są drogie, ale autobusy? Droga dość długa, wzdłuż niej
ciągną się jakieś rozłożyste drzewa przez setki kilometrów. Nie mam pojęcia
co to. Do El-Jem docieramy kilka minut przed 17 i idziemy od razu do Koloseum.
Akurat o tej godzinie zamykają, więc sobie nie pozwiedzamy, a był przepiękny
zachód słońca. W mieście jest tylko jeden hotel – Julius. Ma dwie gwiazdki
i dwójka ze śniadaniem kosztuje 26 TD. Jest sylwester, więc postanawiamy
zaszaleć. Mamy super łazienkę, wielkie łóżko, grzejnik, telewizor i jest
extra. Niestety spłukaliśmy się całkowicie i idziemy do banku by coś
wymienić. Jest już po 18 i wszystko zamknięte, a jutro też będzie zamknięte
bo 1 styczeń. Pojutrze mamy wylot z samego rana, więc nie jest dobrze. Na szczęście
ratuje nas bankomat, z którego wyciągamy 70 TD (akceptuje vise electron).
Szybkie przemieszczanie się po Tunezji zmęczyło nas sporo, do tego ta moja
choroba. O 21 kładę się spać i tego sylwestra po prostu przesypiam. Monika
trochę kręciła nosem, ale naprawdę nie miałem siły siedzieć do północy.
1
stycznia 2004 wstajemy rano i idziemy zwiedzać Koloseum. Otwierają o 9 i my
akurat o tej porze jesteśmy. Cena wstępu wysoka – 4.2 TD. Koloseum jak to
Koloseum, całkiem nieźle zachowane, ale jakoś zupełnie mnie takie zabytki
nie kręcą. Kilkanaście minut po 9 zaczęły zjeżdżać autokary z
hotelowiczami i trzeba było się stąd zabierać. Do Kairouanu mimo drogi na
mapie nic stąd nie jeździ, można z przesiadką w Sousse. Jedziemy zatem do
Sousse pozwiedzać ponoć piękną medynę, a Kairouan odpuścimy. W Sousse
idziemy sobie z buta z plecakami, od postoju busów jest ze 2 km do medyny. Same
mury, uliczki i domy w medynie całkiem ładne, ale Sousse to znane miasto
kurortów dla turystów, więc wszystko jest przez nich zepsute. Kramy z pamiątkami
pod turystów, ceny kebabów też, wstęp do meczetu płatny (można wejść
tylko na dziedziniec), no po prostu beznadzieja. Wracamy na dworzec i jedziemy
do Tunisu. Idziemy do naszego starego hotelu, zostawiamy plecaki na jakiś czas
i idziemy na souki po ostatnie zakupy. Po ostrych targach kupujemy pluszowego
wielbłąda i ja jak zwykle koszulkę Hard Rock Cafe Tunis. Kasę przepuściliśmy
już prawie całą (poszło nam aż 500 zł w 3 dni w Tunezji), postanowiliśmy
więc jechać już na noc na lotnisko i tam kiblować. Bo inaczej to pewnie
musielibyśmy o 5 rano taksówką jechać i mogłyby być problemy. Noc na
lotnisku strasznie się dłużyła, ale trochę pospałem na krzesłach. Za
resztki dinarów kupujemy kanapki i gorącą czekoladę. Samolot tym razem był
sporo większy niż ostatnio, ale widoki przez cały lot żadne, bo ogromne
chmury były non stop. A w Polsce mróz i śnieg, zupełnie jak na drodze z
Constantine...